Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

Z przesuniętym punktem ciężkości zainteresowania

bookfa

Inge Löhnig

Zapłatą będzie śmierć

Przekład: Agnieszka Hofmann

Initium, 2012, stron 350

 

Po Jussim Adlerze-Olsenie i Johanie Theorinie każdemu następnemu autorowi szeroko pojętej sensacji będzie coraz trudniej rzucić mnie na kolana, czy choćby oczarować. Poprzeczka jest podniesiona tak wysoko, że niektórzy muszą porządnie zadrzeć głowę, żeby ją zobaczyć. I właśnie trafia na nią Inge Löhnig, debiutantka. To nie może się udać. A jednak…

Oto nowa seria kryminałów, tym razem niemiecka,  z komisarzem Konstantinem „Tino” Dühnfortem. Na okładce można przeczytać, że charyzmatycznym, ale według mnie daleko mu do charyzmy np. adlerowskiego komisarza Morcka. Życie osobiste ma dość pogmatwane, jak ostatnio większość powieściowych komisarzy. Właśnie trafiło mu się skomplikowane śledztwo, które z początku wydawało się zupełnie proste. Zaginął kilkuletni chłopiec, więc pewnie zabłądził, lub został porwany dla okupu. Nikt się nie spodziewa, że to dopiero początek tragicznych wydarzeń. Autorka nie zaskoczyła jednak niczym niezwykłym, choć nie można też powiedzieć, że to wszystko już było. Niestety, domyśliłam się dość szybko kogo, chwilami bezradnie drepcząc w miejscu, szukał komisarz Dühnfort, a pomogła mi w tym sama autorka stosując wielopłaszczyznowy sposób narracji i w ten sposób podając mi mordercę właściwie na talerzu.

W powieści można odnaleźć coś ze skandynawskich klimatów, pięknie położona mała miejscowość (wieś?) rzut kamieniem od Monachium. Wszyscy się tam znają i właściwie od początku wiadomo, że poszukiwanym mordercą jest jeden z mieszkańców, więc fakt, że tak szybko się domyśliłam kto nim jest nie jest właściwie niczym szczególnym także dlatego.

Moją uwagę zwrócił jeden z wątków z zamierzenia raczej drugoplanowych, który akurat dla mnie wysunął się zdecydowanie na pierwszy plan i czytając, to na nim się najbardziej skupiłam. Psychopatyczna perfidia kontra chorobliwe poczucie winy. Dość wnikliwe studium psychologiczne kobiety, której życie legło w przysłowiowych gruzach. W pożarze zginął jej mąż i kilkuletnia córeczka. Powoli czytelnik dowiaduje się szczegółów i okoliczności tej tragedii, a z czasem okazuje się, że to co od początku wydawało się straszne, wcale nie było jeszcze takie straszne. Według mnie przede wszystkim właśnie dla tego wątku warto sięgnąć po tę powieść.

Inge Löhnig zdążyła wydać w Polsce już następną książkę z komisarzem Dühnfortem, którą miałam szczęście wygrać u dachauki, tłumaczki tych powieści. Tak więc, mimo, że autorka nie rzuciła mnie na kolana, to za jakiś czas można się spodziewać, że napiszę parę słów o kolejnej. Nie mogę przy okazji nie wspomnieć o samym tłumaczeniu. Bardzo dobre profesjonalnie, czyta się gładko, zero zgrzytów, no może poza jednym. Do końca nie wiem, czy Mariaseeon to miasteczko czy wieś. Jest to oczywiście kompletnie nieistotne dla całej akcji, ale dla mnie samej, niedawnej kursantki warsztatów translatorskich nagle nabrało nieproporcjonalnie dużego znaczenia.

7/10

Komentarze (14)

Dodaj komentarz
  • dachauka

    Fajne podsumowanie:-) Masz rację, rozwikłanie zagadki nie stanowi tutaj większego problemu, choć autorka stara się zmylić trop. Jednak to, co mnie urzeka w jej książkach, to ta szczególna wrażliwość, która zamyka się w słowie, geście, jakimś motywie, a nie epatowaniu brutalnością czy wymyślnymi zapętleniami akcji.
    Co do Mariaseeon: na stronie 14, w ostatnim akapicie Dühnfort wjeżdża do wioski położonej... i tak dalej. Czyli wioska. To wprawdzie miejscowość fikcyjna, ale wzorowana prawdopodobnie na wsi Kirchseeon albo czymś podobnym. Autorka zresztą mieszka w tamtych okolicach i nawet kiedyś sfotografowała sławetną kapliczkę, gdzie rozgrywa się finał (nie mogłam się oprzeć i zamieściłam to zdjęcie u siebie: krimifantamania.blogspot.de/2012/06/znacie-te-kapliczke.html)

  • tommyknocker

    Oceniam tą książkę pozytywnie - podobało mi się umiejscowienie akcji, bohaterowie i.. tłumaczenie. Druga część cyklu czeka na lekturę. Ciekawe, czy wydawnictwo zajmie się następnymi powieściami pani Lohnig..

  • bookfa

    **dachauka** o właśnie, nawet w komentarzu napisałaś najpierw "wieś" a potem "miejscowość". To samo znalazłam w powieści. Na stronie 20 stoi napisane, że jest tam piekarnia, księgarnia, apteka, papierniczy, ratusz, kościół i gospoda. Nie mam pojęcia co można znaleźć na niemieckiej wsi, na szwedzkiej nic z tych rzeczy ;P

    Na warsztatach mieliśmy sporo gorących dyskusji o takich szczegółach, stąd to moje czepialstwo ;)
    Kapliczkę wyobrażałam sobie jako nieco mniejszą :)
    Wszystkim chętnym kliknąć na link dachauki: należy usunąć nawias na końcu linka, inaczej strona się nie wyświetli.

  • bookfa

    **tommyknocker** fajnie się czyta, tłumaczenie naszej blogowej koleżanki bardzo dobre! Prawdziwa profesjonalistka :)
    Mam własny egzemplarz drugiej powieści i na pewno go przeczytam. Pierwszy pożyczyła mi niezwykle uprzejma i cierpliwa opty2, bo pożyczanie mi czegoś, to pożyczanie na co najmniej na pół roku ;P

  • dachauka

    Zaraz, bo nie do końca rozumiem. Miejscowość może przecież być wioską (wg. Kurpisza ti teren zamieszkany przez ludzi, będący odrębną jednostką administracyjną, wyr. bliskoznaczne: osada, wieś, wioska, miasto, miasteczko). Dla mnie to pojęcie nadrzędne, a zatem jak najbardziej można je stosować zamiennie. Zresztą w niemieckim mamy Ortschaft i Dorf (czyli miejscowość i wieś). Dla mnie to dość jasne, ale może mi coś umyka?
    W niemieckich wsiach można (nie w każdej, ale jednak) znaleźć wszystko to, co wymieniłaś, nawet ratusz, który ja kojarzę raczej z miastem. Notabene, właśnie ratusz stoi jak wół w rodzinnej wsi mojego męża (choć księgarni nie mają:-)) i nawet odbyło się w nim nasze wesele:-) W Szwecji widać jest inaczej.

  • bookfa

    **dachauka** nic Ci nie umyka, to właśnie te szczegóły, na których można się potknąć, ale akurat według Kurpisza wcale tego nie zrobiłaś, o ile powieściowa wieś jest odrębną jednostką administracyjną. ;P
    Szwedzka wioska nie ma często nic poza domostwami porozrzucanymi tu i ówdzie. Na pewno nie ma tam takich luksusów jak księgarnia, nie ma często nawet małego sklepiku spożywczego. No i nie ma żadnych ulic. Adresem jest po prostu nazwa wsi (często nawet sąsiedniej, która jest większa) i numer domu, bo wszystkie domy są po prostu ponumerowane.
    Nie każda wioska jest jednostką administracyjną ( w Szwecji wiele nie jest), bo żeby nią była musi posiadać ograny władzy uchwałodawczej i wykonawczej. Jeżeli nie ma, to nie jest więc nawet z definicji Kurpisza miejscowością.

    Spotkam się latem z moim koleżeństwem kursowym i podyskutujemy na ten temat :)

  • opty2

    7/10 to całkiem dobra ocena:) Oczywiście, że nie jest to mistrzostwo świata ale sympatycznie się czyta (m.in. dzięki tłumaczeniu, co będę ukrywać:) Książka wpisuje się niejako w serie toczące się na prowincji, jak u C. Graham, M. Grimes czy N. Schulmann, tylko tym razem jest to wieś niemiecka.

    ps. czy bliskość spotkania zmobilizowała Cię do czytania ? ;)

  • bookfa

    **opty2** jak Ty mnie dobrze znasz ;P

  • Gość: [Ala] *.adsl.inetia.pl

    Czytałam - nic nie pamiętam. Nawet po recenzji pustki w głowie, czyli słaba lektura ;)

  • bookfa

    **Ala** nigdy nie streszczam książek, a zwłaszcza kryminałów, więc nie dziwne, że sobie nie przypomniałaś ;)
    Ja historię Agnes zapamiętam na pewno, co do reszty, to nie jestem pewna ;)

  • Gość: [Ala] *.adsl.inetia.pl

    Rozumiem, nie miałam nic złego na myśli i dalej sobie nie przypominam :)

  • bookfa

    **Ala** jasna rzecz, że nie miałaś :)
    Też większości kryminałów po jakimś czasie nie pamiętam, nawet kto zamordował :P

  • Gość: [Ala] *.com.pl

    dokładnie, w sumie to racja :)

  • bookfa

    **Ala** taka uroda kryminałów ;)

Dodaj komentarz

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci