Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

biografie, wspomnienia

Strzępy wspomnień i magii

bookfa

Stanisław Karolewski

Rok w antykwariacie. Szarlatańskie wersety.

Szarlatan, 2015, stron 137

Antykwariat kojarzy mi się przede wszystkim z książkami o lekko przykrym zapaszku i z nietuzinkowymi ludźmi, którzy go systematycznie odwiedzają. Snują się między półkami w poszukiwaniu jakiegoś skarbu, a często znajdują coś, o czego istnieniu nie mieli nawet pojęcia.

 

Rokwantykwariaciebookfa

Antykwariat z Szarlatańskich wersetów to miejsce nie tylko z książkami, można tam usłyszeć brzęk starej porcelany, dotknąć przeszłości zaklętej w przedmiotach nikomu już dziś niepotrzebnych, ale przyciągających oko i zanurzyć rękę w magicznej szkatule z guzikami…

(…) ile razy ten, czy ów czarodziej rzeczywiście wchodził do Szarlatana, próbując nająć mnie na ucznia, czy był to wysuszony Peruwiańczyk, czy rubaszny impresario operowy, wymuskany bioenergoterapeuta czy wręcz lewitujący zwolennik politeizmu, zawsze proponowałem im wtedy zabawę guzikami, które stoją w szkatule na mym biurku. Zachęcałem, ręką wskazywałem tę możliwość, która właśnie się przed nimi otworzyła. Propozycję jednak kwitowali prychnięciem lub wzruszeniem ramion. Woleli rozprawiać o swoich duchowych skarbach. Każdy z nich dźwigał wór osiągnięć, wyrzeczeń, spraw utraconych i przecierpianych. Niektórzy ubierali te magiczne umiejętności, widoki innych istot i światów. Zaś skrzynia pełna cudów – guzików odprutych z niejednego płaszcza i niejednej damskiej bluzki – pozostawała całkowicie poza obszarem ich zainteresowań. Odpowiadałem tylko dziękuję, będąc pewnym, że żaden z nich nie nadaje się na mego ucznia.

Ta niesamowita, choć niewielka książeczka ma w sobie coś magicznego. Język, jakim jest napisana jest po prostu piękny. Wydana niezwykle starannie (choć niestety nie bez pewnych usterek), jest prawdziwym cacuszkiem już sama w sobie, a jej zawartość przyprawiła mnie o lekki zawrót głowy. Spostrzegawczość i przenikliwość autora obserwującego przewijających się przez antykwariat postaci wzbudziła mój lekki niepokój i zarazem oprócz żalu także radość, że nigdy tam nie byłam.

- Babcia obiecała piętnastowieczną polską porcelanę.

- To niemożliwe. W piętnastym wieku w Europie nie produkowało się porcelany.

- Nie, na pewno. Tylko babcia jeszcze żyje, więc na razie orientacyjnie się pytam. Ile może być warta?

Nic i nikt nie umknie jego uwadze, nawet to, co niewidoczne lub niedopowiedziane zostało ujawnione. Czym jest ta książka? Trudno powiedzieć, jest pełna metafor, anegdot, filozofii i magii. Po prostu niezwykła.

8/10

Spluwa i różaniec

bookfa

Kaya Mirecka-Ploss

Kobieta, która widziała za dużo

Świat Książki, 2012, stron 302

 

Hanna Adela Czech vel Kaya Mirecka-Ploss, to kobieta o bardzo interesującym i bogatym życiorysie. Jest między innymi pisarką, choć nie ma zbyt dużego dorobku literackiego. Dwie powieści i jedna sztuka teatralna, to wszystko, czym może się pochwalić. Sztuką teatralną Aleja słowików zainteresował się nawet sam Kazimierz Dejmek.

Niejaki Zdzisław Grudzień, partyjny notabl z Katowic, kazał zdjąć z afisza teatru w Bielsku-Białej moją sztukę Aleja słowików. Jak słyszałam nie podobało mu się, że jednym z głównych bohaterów jest folksdojcz. Ale sztuką zainteresował się Kazimierz Dejmek:

- Pani sztuka, to wielkie gówno, ale dla drugiego aktu gotów jestem ją wystawić.  

Obawiam się, że gdyby Kazimierz Dejmek miał okazję przeczytać Kobietę, która widziała za dużo wyraziłby się o niej podobnie.

mireckaploss

Poza nielicznymi fragmentami dotyczącymi wojennej przeszłości autorki oraz gnębienia przez komunistów historia nie wciąga, a całość opowiedziana jest w sposób wręcz infantylny.

Myślałam tylko o tym, by Lee się rozluźnił i żebym mogła go przygwoździć pytaniami.

- Lee, w ciągu ostatnich dwóch tygodni bardzo wiele się o Tobie dowiedziałam. Ale chciałabym wiedzieć jeszcze coś. Powiedz, czy to ty zabiłeś Alana i Donnę?

Kaya Ploss mieszkała w latach 70-tych wraz z mężem w Waszyngtonie. Kiedy postanowli sprzedać dom, wynajęli agenta nieruchomości, Lee Earmana. Wkrótce doszło do morderstwa, w którym zginęła para młodych ludzi: kolega z pracy Earmana, Alan Foreman i jego dziewczyna Donna. Kaya podejrzewała, że Lee Earman mógł mieć z tą zbrodnią coś wspólnego.

Mimo grozy całej opisanej historii, autorce nie udało się stworzyć w powieści klimatu, który by ją oddawał. Wiecznie podkreślana przez bohaterkę książki szlachetność pobudek, oraz jej ostentacyjna religijność na pograniczu dewocji powodują, że całość jest po prostu nudna.

Na okładce oprócz (a jeszcze lepiej zamiast) pukawki powinien się znaleźć różaniec i książeczka do nabożeństwa. To by dużo lepiej oddało treść i atmosferę powieści. Określanie jej jako psychologiczny thriller to pomyłka.

Strata czasu.

4/10

kursywą fragment powieści

Wspomnienia w kolorze sepii

bookfa

Włodzimierz Kalicki

Powrót do Sulejówka

Agora SA, Biblioteka Gazety Wyborczej, 2014, stron 131



Staranne wydanie historii niezwykłego domu zwanego Milusinem to jakby podróż w czasie przez kawał polskiej historii.

Dworek dla Marszałka Piłsudskiego zbudowali jego żołnierze. Zbudowany w pośpiechu ("bo Komendant nie miał dachu nad głową") i byle jak, już po roku wymagał gruntownego remontu. Związek Legionistów przeprowadził zbiórkę pieniędzy na ten cel. Remont był bardzo staranny, dzięki niemu dworek przetrwał bez remontów kilkadziesiąt kolejnych lat. Urządzony nadzwyczaj skromnie wspólnym wysiłkiem właściciela i różnych darczynców trwał przez lata prawie nienaruszony. Nawet II wojna światowa obeszła sie z nim dość łaskawie.

Dopiero socjalistyczna ojczyzna postarała sie, żeby niszczał bez przeszkód, w pewnym momencie zmieniono go nawet w przedszkole. Konsekwentnie też odmawiano rodzinie prawa do odzyskania dworku, a adwokatów reprezentujących rodzinę zastraszano. Myślę jednak, że i tak należy mówić o wielkim szczęściu, że nie rozebrano go do ostatniej cegły i nie zbudowano w tym miejscu jakiegoś spektakularnego symbolu władzy ludowej.

Marszałek Piłsudski był bardzo niewygodną postacią historyczną w powojennej Polsce. Nie dało się go zupełnie wymazać z polskiej historii, ale w Polsce Ludowej postarano się, aby wszystkie jego dokonania zmieścić w jednym akapicie szkolnego podręcznika do historii. Wielkim błędem było wypytywanie nauczyciela o jakiekolwiek szczegóły z jego życiorysu, lub działalności politycznej. Dociekliwość groziła uczniowi obniżonym stopniem z historii, a ewentualna zbytnia gadatliwość nauczyciela wyrzuceniem z pracy. Na egzaminie maturalnym z historii zawsze w zestawie było jedno pytanie na temat przyjaźni polsko-radzieckiej i nigdy nie było żadnego dotyczącego Marszałka, wiec ten fragment historii można było sobie “odpuścić”. I chyba o to chodziło...

Znajdujący się w Sulejówku Milusin był ukochanym azylem Józefa Pilsudskiego, w którym przetrwał polityczne wygnanie jak nie przymierzając Napoleon na Elbie. Przez Milusin przewinęło się też wiele osobistości okresu międzywojennego.

Kiedy po przewrocie majowym Marszałek wrócił do polityki, a potem zamieszkał w Belwederze to i tak często uciekał do Sulejówka choć na parę chwil, żeby odpocząć. Córki Marszałka wolały wygodny Belweder, a kiedy któregoś razu nie chciały jechać do Milusina, mama Aleksandra poirytowana przypomniała im, że prawdziwy dom mają w Sulejówku, a Belweder jest tylko hotelem.

Powrót do Sulejówka to bardzo interesujące opracowanie z wieloma fotografiami z prywatnych zbiorów, między innymi córki Marszałka, Jadwigi Jaraczewskiej. Niezwykle staranna szata graficzna (mój mąż ze zgrozą zawołał: wylałaś kawę na książkę?!) wyjątkowo ucieszyła moje oko.

 

8/10

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Agora SA

Podglądanie Italii

bookfa

Lucia (Lucyna Kleinert)

Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką

Novae Res, 2013, stron 333

 

Zacznę od wyjaśnienia co oznacza tytuł książki, bo nie wszyscy lubią zaszyfrowane tytuły. Doczytałam się, że badante oznacza opiekunkę dla osób starszych i niepełnosprawnych, zatrudnioną systemem tempo pieno, czyli będącej do dyspozycji 24 godziny na dobę. Po takim wyjaśnieniu spodziewać się można opisów całodobowej pracy, ale w tym wypadku to nic bardziej mylnego. Owszem, Lucia pisze sporo o swojej pracy i o tym, jak to według mnie niezbyt szczęśliwie określiła „pomogła trzem osobom przejść na drugą stronę”. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie, dzięki niej ludzie, którymi się opiekowała godniej dotrwali do końca ziemskiej wędrówki.

Praca którą wykonuje autorka jest cięższa niż to sobie do tej pory wyobrażałam. W życiu nie dałabym rady opiekować się parą po 80-tce na jaką (między innymi) trafiła Lucia, Ritą z bardzo zaawansowaną sklerozą, ale bardzo sprawną fizycznie, oraz jej mężem Mariem, częściowo sparaliżowanym po wylewie i cierpiącym na częste ataki agresji. Do tego potrzeba anielskiej cierpliwości i ogromnej siły fizycznej. Skąd ona to bierze?

Lucia znalazła się w Italii nie do końca z wyboru. Wybrało za nią samo życie. Podobno kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi zawsze o pieniądze. Tym razem wiadomo o co chodziło i też chodziło o pieniądze. Zmiana ustroju w Polsce postawiła na głowie życie wielu ludziom, między innymi Lucii. Ponieważ nie należy ona do kobiet, które załamałyby ręce, spakowała manatki i ruszyła w poszukiwaniu pracy do Italii. Gdyby nie była Lucią pewnie jej wspomnienia nie byłyby tak ciekawe, ale to kobieta dziesięciu zasad, których się twardo trzyma.

Owszem, pracuje i to dobrze, skoro zostaje z czasem badante najwyższej kategorii i pozostaje w przyjaźni z rodzinami, które opuszcza. Lucia od razu uczy się języka (zasada trzecia) i korzysta z wolnego czasu (zasada szósta) w sposób racjonalny i zorganizowany. Zwiedza (zasada dziesiąta) bliższą i dalszą okolicę w towarzystwie tajemniczego P., o którym wiadomo, że jest przystojny i szpakowaty, świetnie gotuje, jest zazdrosny jak na Włocha przystało, oraz zna się na makaronach, nazywanych w tamtych rejonach Europy od zawsze pastą. Ich wspólne podróże autorka opisuje w detalach. Trochę mnie przytłoczyła ilość zwiedzanych lub mijanych przez nich kościołów. Parkują koło kościoła, idąc mijają następne dwa lub więcej, żeby dojść do jeszcze jednego, a na horyzoncie widzą jeszcze jeden lub dwa kolejne. Lucia opisała wiele miejsc, które bardzo bym chciała kiedyś sama zobaczyć. Numer jeden to Acquasanta Terme, czyli grota z wodospadami, gdzie można się popluskać. Numer dwa to Lungomare w San Benedetto, czyli wielokilometrowa nadmorska promenada. Numer trzy to Marche Infernaccio, czyli Gardło czeluści piekielnych w Marche.

Lucia jest bardzo spostrzegawcza, a mieszkając u najprawdziwszych z prawdziwych Włochów ma możliwość podejrzeć Italię od podszewki. I tak już wiem na przykład co to są koronki tombolo, dlaczego Włoszki tak chętnie ubierają się na czarno nawet na śluby, dlaczego o figach należy mówić w liczbie mnogiej, dlaczego Włochów nie zraża NIE i dlaczego waży się makaron przed gotowaniem. Znalazłam w książce jeszcze całą masę innych ciekawostek, o których nie piszą w żadnych przewodnikach.

Fajnie się czyta, pod warunkiem, że najpierw przeczyta się dedykację, która wyjaśnia iż na książkę składają się wpisy z internetowego dziennika TS. Inaczej lektura może się wydać nieco chaotyczna. Ja, jako „doświadczona dziennikowiczka” TS nie mam na szczęście problemu ze skakaniem w czasie i z tematu na temat. Książka Lucii to nie tylko podglądanie Italii, ale też dowód na to, że los lubi płatać figle. Nawet kiedy może się wydawać, że już nic się w życiu nie wydarzy, wszystko może się nagle zmienić, więc rzeczywiście nigdy nie należy mówić nigdy.

Podglądając Italię razem z Lucią polecam zajrzeć na jej blog, bo książka plus blogowe wpisy z masą fantastycznych fotek to jest dopiero to! Szkoda tylko, że blog się nieco "rozjechał". Nie mogę nie wspomnieć o przepisach na kilka potraw z włoskiej kuchni, które Lucia umieściła w dzienniku. Nie, żebym zaraz miała zamiar rzucić się do garów, ale chętnie bym to wszystko zjadła (z wieloma dokładkami), gdyby tylko autorka zechciała mnie tymi specjałami poczęstować.

Niestety, na koniec muszę się przyczepić do niestarannej redakcji i korekty. Podziwiam panie, które były za to odpowiedzialne, że odważyły się umieścić w książce swoje nazwiska. Jest tyle literówek, błędów gramatycznych, oraz innych kwiatków, że chwilami słabo się robi. Zepsuły tym całość, w tym bardzo udaną szatę graficzną.

 

7/10

Broszura propagandowa

bookfa

Johanna Strömqvist, Mattias Pettersson, Madelene Lindberg, Johan Lundin

Nasza rodzina królewska na co dzień i od święta 2012

Semic, 2012, stron 64

 

Wydawnictwo Semic chwali się na okładce, że wydaje tego rodzaju kronikę królewskiego rodu już od ponad 30 lat. Od niedawna zmieniono szatę graficzną okładki i jakość zdjęć też jest zdecydowanie lepsza. Nasza rodzina królewska na co dzień i od świeta 2012, to obowiązkowa lektura starszych wiekiem rojalistów. Inni zagladają do niej z ciekawości, że może trafi się jakieś interesujące zdjęcie lub komentarz do wydarzeń. Jest to tak wyretuszowny portret szwedzkiej dynastii Bernadotte, że przeglądając ją podziwiam to mistrzostwo świata taniej propagandy. Tytuł sugeruje, że to wydanie będzie poświęcone najmłodszej z rodu Bernadotte, ale nie jest.

Od jakiegoś czasu szwedzki dwór koncentruje się na ukrywaniu kolejnych skandali, ale z mizernym skutkiem. Następczyni tronu postawiła na szczęśliwy związek i ku rozpaczy ojca popełniła mezalians. Zaraz potem wyszły na wierzch kłopotliwe fakty z rozrywkowego życia króla, kiedy jeszcze mu się więcej chciało i więcej mógł. Nieśmiały książę Carl Philip dostał w mordę przed dyskoteką, gdzie balował z obecną narzeczoną, gwiazdką jakiegoś telewizyjnego reality show. Starsza siostra księcia, temperamentna Madeleine zerwała zaręczyny, bo okazało się, że jej swietnie urodzony i wykształcony przyszły mąż nie dość, że miał problemy z rozporkiem, to jeszcze rozpisała się o tym prasa. Księżniczka uciekła więc lizać rany do USA, a tam szybko znalazła nowego narzeczonego, z niezłym wykształceniem i kasą, bankstera Chrisa. Ślub wkrótce, tym razem na koszt papy króla. Naród się buntuje, podobno wiecej niż połowa chce abdykacji króla, a oprócz tego większość nie chce dokładać do kolejnych królewskich ślubów. Tak w telegraficznym skrócie można zreferować żywot członków szwedzkiej rodziny numer jeden. O niczym takim jednak nie przeczyta się w tej książce.

Otwieram rocznik 2012 wydawnictwa Semic i czytam w pierwszym zdaniu: nasza rodzina królewska miała naprawdę bajeczny rok.

Hm... poza jedynym wydarzeniem, ja poddana, nie zauważyłam niczego bajecznego.

Tym jedynym wydarzeniem były według mnie narodziny córki Victorii i Daniela, czyli kolejnej królowej Szwecji, Estelle.

Serdecznie gratuluję szczęśliwym rodzicom i cieszę się ich szczęściem. Reszcie mniej lub więcej współczuję.

P.S. Nie obeszło się oczywiście bez krytyki imienia, a szwedzki historyk numer jeden, Herman Lindqvist nie tylko się oburzył, ale nawet obraził za to imię!

 

5/10

Królowie pozorów

bookfa

Johan T Lindwall

Madeleine. Prinsessan privat

Forum, 2012, stron 318



Trochę przypadkiem przeczytałam Medeleine Johana T Lindwalla. Zamierzałam ją tylko przekartkować, ale jak zaczęłam czytać, to w końcu przeczytałam całą. Wiadomo, że ta książka nigdy by nie powstała gdyby nie skandal, a nawet dwa. Szwedzka księżniczka Madeleine i Jonas byli parą przez kilka dobrych lat, kiedy nagle wydało się, że narzeczony jakiś czas temu  stracił kontrolę nad swoim rozporkiem. No i stało się, wybuchł skandal. Pierwszy z powodu tego właśnie rozporka, a drugi z powodu zerwania zaręczyn.

A miało być tak pięknie...

Autor, z zawodu dziennikarz, dworski reporter Expressen, od lat depcze po piętach szwedzkiej rodzinie królewskiej, ma w jej najbliższych kręgach kilku donosicieli, zwanych ładnie informatorami. Jeden telefon lub sms od któregoś z nich i już wie co się dzieje.

Życie rodziny królewskiej polega przede wszystkim na unikaniu prasy i fotografów oraz stwarzaniu pozorów, że robią coś innego niż naprawdę robią.

Cała ta historia opisana przez Lindwalla, to coś na kształt taniego romansu, ale za to, w drogiej oprawie. Jak podróż, to biznessklasą jako supervip, przynajmniej za ocean z górą walizek marki Louis Vuitton. Jak impreza to w knajpie najdroższej z możliwych. Pieniądze na to są, bo oprócz własnych, bez mrugnięcia okiem biorą od poddanych kilkadziesiąt milionów zasiłku rocznie, zwanego elegancko apanażami.

Księżniczka bardzo prywatnie

Jeżeli to co pisze Lindwall jest prawdą, to rodzinę królewską określiłabym jako dysfunkcyjną, żeby nie nazwać tego dosadniej. Król, na co dzień arogant, w porywach choleryk, o niepokojącej potrzebie kontrolowania otoczenia, a zwłaszcza własnej rodziny. Królowa, temperamentna dama, na hm... stare lata upokorzona przez małżonka, która uporem mogłaby konkurować z przysłowiowym osłem. Księżniczki, jedna dorównuje matce uporem, druga temperamentem i niechęcią do mediów. Książę, trzymający się trochę na uboczu facet o nienachalnej osobowości, upodobaniu do hucznych imprez i kobiet z czołem myślą niezmąconym. Rodzeństwo, choć bardzo dorosłe, musi słuchać taty króla, a swoje życie układać nie tylko pod jego dyktando, ale także brać pod uwagę „co ludzie powiedzą”. Historia tej rodziny to mistrzostwo świata pozorów, obłudy, uników i nie wiem czego jeszcze.

Nie przepadam za plotami, nawet tymi z wyższych sfer, a jednak dałam się autorowi złapać na haczyk. Zaczął od bulwersującego poddanych skandalu z byłym narzeczonym Madeleine, potem  nagle cofa się w czasie do narodzin księżniczki i zgrabnie prowadzi nas przez jej lata przedszkolne, szkolne, pierwsze randki oraz imprezki przy najsłynniejszym w Szwecji skrzyżowaniu ulic, zwanym Stureplan. Potem równie zgrabnie wraca do tematu, czyli problemów z rozporkiem narzeczonego księżniczki i kulisów tej historii. Doczytałam więc do końca, byłam mimo wszystko ciekawa, zdradził w końcu, czy nie, bo się tego na początku publicznie bardzo wypierał.

Księżniczka przy pracy

Zdradził, zdradził. I to nie raz.

 

4/10

Wyjątkowa przyjemność czytania cudzej korespondencji

bookfa

Helene Hanff

84. Charing Cross Road

The Duchess of Bloomsbury Street

En bok for alla, 2009, stron 223

 

Nigdy nie myślałam, że napiszę o jakiejś książce, „urocza”. A jednak to pierwsze określenie, które przychodzi mi do głowy po jej przeczytaniu. Moje wydanie 84. Charnig Cross Road, zawiera także kontynuację, czyli The Duchess of Bloomsbury Street.

Helene Hanff, amerykańska pisarka i krytyk literacki, urodzona w Filadelfii mieszkanka Nowego Jorku, musiała być niezwykłą osobą. Świadczą o tym jej listy do londyńskiego antykwariatu Marks & Co, zebrane w tomie 84. Charing Cross Road. W jednym z listów do Londynu pisze o sobie tak:

 (...)jestem tak kiepsko wykształcona, że nie ukończyłam żadnej uczelni. Po prostu przypadkiem, mam dosyć specyficzny gust, jeżeli chodzi o książki, a to, dzięki jednemu profesorowi z Cambridge, o nazwisku Quiller-Couch, zwanym także Q. Kiedy miałam 17 lat, wpadłam na niego w jednej z bibliotek. (...) Jestem mniej więcej tak samo elegancka, jak żebrak z Broadway'u. Noszę zjedzone przez mole swetry i długie wełniane spodnie, ponieważ w ciągu dnia mój dom nie jest ogrzewany. Mieszkam w pięciopiętrowym budynku, którego wszyscy mieszkańcy wychodzą do pracy przed dziewiątą, a wracają po szóstej. Dlaczego więc właściciel domu miałby go ogrzewać dla jednej pisarki, która pracuje w swoim mieszkaniu na parterze?

 Pewnego dnia, 1949 roku znalazła mały anons tego antykwariatu, specjalizującego się w sprzedaży książek już nie wznawianych, w Saturday Rewiew of Literature. 5 października napisała pierwszy list do Londynu. Otrzymała zamówione książki, rachunek i kilka uprzejmych słów skreślonych przez zarządzającego antykwariatem, Franka Doela. I tak to się zaczęło, a potem trwało przez dwadzieścia kolejnych lat. Helene Hanff uważała, że wygodniej zamawiać książki w Londynie niż przejść kilka przecznic, żeby poszukać ich w antykwariatach Nowego Jorku. Poza tym nigdy nie kupowała książek, których wcześniej nie czytała, pożyczając je w bibliotece.

Uprzejma wymiana korespondencji nabiera dość szybko przyjacielskiego charakteru, zwłaszcza gdy Helene Hanff dowiaduje się o racjonowaniu żywności w Anglii i wysyła pracownikom antykwariatu szynkę na święta.

Przez lata planuje podróż do Londynu, która jednak dochodzi do skutku dopiero w czerwcu 1971 roku. The Duchess of Bloomsbury Street, to dziennik z tej podróży. Trzeba mieć wielki talent, żeby pozbawioną nadzwyczajnych wydarzeń, trwającą kilka tygodni wizytę w Londynie, opisać w tak zajmujący sposób. Czytałam ten dziennik z prawdziwą przyjemnością. Przeraziła mnie jednocześnie moja niewiedza, slash, ignorancja. Autorka sypie jak z rękawa nazwiskami wielu angielskich pisarzy, a ja o większości z nich nawet nie słyszałam. Pocieszające, że autorka myślała o sobie podobnie:

 Wstyd mi za każdym razem, kiedy odkrywam jak ludzie są oczytani i jak ja jestem kiepsko wykształcona, w porównaniu z nimi. Gdybyście zobaczyli, jak długa jest lista znanych książek i autorów, których nie czytałam, to nie uwierzylibyście własnym oczom. Mój problem polega na tym, że kiedy inni przeczytali pięćdziesiąt książek, ja przeczytałam jedną książkę pięćdziesiąt razy.

 

8/10

Przewazyla skromnosc czy poczucie winy?

bookfa

Janina Bauman

Nigdzie na ziemi

Powroty

Opowiadania

Wydawnictwo Officyna, 2011, stron 301

 

Trudna sztuka pisania o sobie udala sie (wedlug mnie) Janinie Bauman jakby tylko czesciowo. Paradoksalnie to co jest autobiograficznym wspomnieniem (Nigdzie na ziemi) jest tylko dosc lakoniczna kronika wydarzen. Spodziewalam sie raczej mocno emocjonalnych opisow powojennej rzeczywistosci.

Janina Bauman opisuje swoje powojenne losy bez wiekszych emocji. Kiedy skonczyla sie druga wojna swiatowa i bomby przestaly leciec ludziom na glowy, wojna nienawisci trwala dalej a jej punktem kulminacyjnym w Polsce byl rok 1968. I wlasnie w tym momencie koncza sie wspomnienia Janiny Bauman. Autorka przedstawia swoje losy w formie luznych, pozbawionych emocji scen, przeplatajac je wstawkami z terazniejszosci (czasy wspolczesne to tez zaden sielski obrazek). Mozliwe, ze spowodowane jest to skromnoscia i pokora autorki, ktora ma sobie samej wiele do zarzucenia. Moze bala sie, ze zbyt osobista forma wspomnien bedzie zle przyjeta?

"...nie podly charakter sprawil, ze w dwanascie lat pozniej popelnilam czyn podly. To bezdenna naiwnosc i chorobliwa, blednie ukierunkowana ambicja zrobily ze mnie denuncjatorke. Czy to mnie usprawiedliwia? Jesli uznacie, ze nie, zabraknie mi slow na swoja obrone." (str.61)

Nie mnie oceniac zycie i wybory, ktorych dokonywala autorka. Nie ulega jednak watpliwosci, ze nalezala do grona osob, dzieki ktorym komunistyczny rezim w mogl sprawniej funkcjonowac w sferach intelektualnych. Oprocz tego, ze byla pionkiem przesuwanym po szachownicy zgodnie z zasadami ustalanymi w KC, sama miala niemaly wplyw na przesuwanie innych pionkow tej szachownicy.

Autorka przytacza slowa Martina Niemöllera, niemieckiego pastora, ktore moglyby byc mottem dla jej wspomnien:

”W Niemczech nazisci przyszli po komunistow. Nie protestowalem, bo nie bylem komunista. Nastepnie przyszli po Zydow. Nie protestowalem, bo nie bylem Zydem. Potem przyszli po czlonkow zwiazkow zawodowyh. Nie protestowalem bo nie bylem czlonkiem zwiazku zawodowego. Pozniej przyszli po katolikow, jestem protestantem, wiec nie sprzeciwialem sie. Wreszcie przyszli po mnie… I wtedy nie bylo juz nikogo, kto by stanal w mojej obronie”. (str.184)

W podobna pulapke wpadla autorka. Przymykala oczy na to co sie dzieje, dopoki jej samej to nie dotyczylo. Oddala legitymacje partyjna dopiero wtedy gdy zaczela czuc sie przesladowana. Osaczona, wraz z rodzina opuscila Polske w 1968 roku. Jej wspomnienia to bolesny rozdzial naszej historii, tym ciekawszy, ze pokazany z punktu widzenia polskich Zydow.

Powroty  i Opowiadania zawieraja, oprocz sugestywnych opisow rzeczywistosci, prawdziwa mieszanke wybuchowa uczuc. Glowni bohaterowie cierpia i tesknia, czesto targani sprzecznymi uczuciami. Ich zydowskie pochodzenie ma wplyw na ich dalsze losy a uczucia na wybory, ktorych dokonuja. Wydaje mi sie, ze to wlasnie w opowiadaniach przemyca cala game wlasnych emocji i przemyslen, ktorych nie odwazyla sie ujawnic we wspomnieniach Nigdzie na ziemi. Nielatwo jest w krotkiej formie przekazac az tyle ale Janina Bauman to potrafi.

7/10

Przeczytalam dzieki uprzejmosci wydawnictwa Officyna.

**

Jezeli ktos z czytajacych ten wpis tez czytal te ksiazke, bede wdzieczna za zostawienie linka do swojej recenzji w komentarzu.

”Wygraj sobie ksiazke” – zapraszam do wziecia  udzialu w losowaniu wspomnien i opowiadan Janiny Bauman przez zgloszenie sie w komentarzu pod wpisem. Losowanie w najblizsza srode.

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci