Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

reportaże

Zapiski na marginesie podróży

bookfa

Nebraska

Zbigniew Białas

Wydawnictwo MG, 2016, stron 187

Ta książka, nietypowa w literackim dorobku autora, jest owocem dziewięciu miesięcy spędzonych w USA. To bardzo osobiste zapiski. Autor nie ukrywa swoich poglądów, obaw oraz opinii o napotkanych ludziach. Ten wyjątkowo prywatny charakter notatek i brak autocenzury świadczą o tym, że pierwotnie raczej nie były przeznaczone do druku i cieszę się, że autor nie przeredagował tekstu przed publikacją. Wisienką na torcie jest bardzo amerykańska okładka.

nebraska

Dzięki Komisji Fullbrighta profesor Zbigniew Białas w 2001 roku pojechał do Nebraski, a konkretniej do Omaha studiować obszerne relacje z ekspedycji Lewisa i Clarka oraz wypraw Alexandra von Humboldta. Swoją amerykańską przygodę zaczynał od przysłowiowego zera, wynajął mieszkanie, które potem z mozołem meblował, zrobił amerykańskie prawo jazdy, kupił samochód…

Oprócz badań naukowych zdążył też objechać kawał Ameryki. Podczas wakacyjnych miesięcy w podróży po Ameryce towarzyszli autorowi żona i nastoletni syn.

 

"- I gdzie byliście?

- Nebraska, Colorado, Utah, Nevada, potem dotarlismy do Pacyfiku w Oregonie, pojechaliśmy w dół przez Kalifornię do granicy Meksyku, zahaczyliśmy znowu o Nevadę, a wróciliśmy przez Arizonę, Nowy Meksyk, Kolorado, Teksas, Oklahomę i Kansas. Tak jakoś.

- Ja to muszę wszystkim opowiedzieć. Że mam kolegę wariata, który jeździł po całej Ameryce starym gruchotem i nawet nie wykupił AAA."

 

Ameryka to dość egzotyczny kraj, nie tylko z powodu rożnorodności klimatu, ale także ze względu na obyczaje. Pełen trafnych spostrzeżeń dziennik napisany jest z dużą dozą humoru, choć nie brak w nim momentów refleksyjno-filozoficznych. Muszę w tym momencie dodać, że autor postrzega niektóre amerykańskie obyczaje inaczej niż ja. Możliwe, że moje wieloletnie miejsce zamieszkania ma na to wpływ. Dla mnie nawet Polska od jakiegoś czasu wydaje się być dość egzotyczna. Żeby nie drążyć dalej tego tematu, po prostu polecam szczególnej uwadze lekturę notatki z 2 października, a opinię Grega, amerykańskiego przyjaciela autora, potraktować w skali makro.

 

Zapiski powstały już kilkanaście lat temu, ale pewne rzeczy się nie zmieniają nawet w Ameryce, więc dziennik nie stracił na aktualności.

"Nad drzwiami wejściowymi powieszono taki szyld: „Kowboje! Przed wejściem zdrapujcie gówno z butów!” Postanowiłem zrobić zdjęcie. Zauważył to starszy mężczyzna i wyszedł pogawędzić. Stanął przed sklepem, spojrzał do góry i pokiwał głową.

- Wisi tutaj od lat i nikt nie zwraca na niego uwagi.

- To znaczy… - powiedziałem z wahaniem.

- No, po prostu nie czytają, włażą do środka z gównem na butach… No nie zdrapują wcale… - i pokręcił głową z dezaprobatą."

 

Przeczytałam Nebraskę z zainteresowaniem. Ciekawe było skonfrontować swoje własne amerykańskie doświadczenia ze spostrzeżeniami autora. Dziennik ma jedną poważną wadę, ma tylko 187 stron.

9/10

kursywą cytaty z książki

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

Na tropach absurdów

bookfa

Maciej Zaremba Bielawski

Polski hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji

Biblioteka Gazety Wyborczej, Reporterzy Dużego Formatu DF, 2013, stron 431



Polski hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji. Tytuł dość mylący, bo biorąc ten zbiór reportaży do ręki może się wydawać, że oto Szwecja od podszewki, Szwecja jaką do tej pory znali tylko Ci co tam mieszkają. Otóż nie. Nawet jeżeli punktem wyjścia dla autora, dziennikarza Dagens Nyheter Macieja Zaremby Bielawskiego, jest rzeczywiście Szwecja, to absurdy, podobne do tych, które opisuje można znaleźć właściwie wszędzie. Z resztą sam autor podpiera się często statystykami, żeby uzmysłowić, że problemy, które opisuje istnieją też w innych krajach europejskich.

Reportaże Macieja Zaremby Bielawskiego niejednemu odczarują Szwecję, to nie żaden raj na ziemi, to po prostu kraj, w którym nie ma już czego budować więc, żeby robić "coś", zmienia się to co jest, chociaż nie zawsze na lepsze. No cóż, Szwedzi chcą być prekursorami nowoczesności. Nie tylko w Europie, na całym świecie.

Parę lat temu ciężko przeżyli spadek z pierwszego miejsca w rankingu dotyczącym zinformatyzowania społeczeństwa. Szok! Prawie żałoba narodowa! Nie poddali się jednak, zaczęli rozkopywać miasta i wsie i wszędzie doprowadzać światłowody, żeby internet był szybszy, niż myśli przelatujące człowiekowi przez głowę. Od kilku lat nowe roczniki zaczynające szkołę dostają komputery (w pierwszych klasach tablety) i to nie jakieś tam, tylko te z nadgryzionym jabłkiem. Wszystko ma być najlepszej jakości. Szwedzi brzydzą się bylejakością. Jeszcze dwa-trzy lata i nie będzie w Szwecji ani jednego ucznia bez komputera, albo przynajmniej tableta.

Programy nauczania zmieniają się jak w kalejdoskopie i każda z moich córek przeżyła po dwie rewolucje programu nauczania i metodyki, które wszystko postawiły na głowie. Niestety dotarliśmy do takiego punktu, w którym szkolnictwo stoi na głowie cały czas i żeby stanęło znów mocno na nogach potrzeba kolejnej rewolucji. Zszokowani politycy i wyborcy, bo okazało się, że szwedzka młodzież wypadła blado na tle swoich rówieśników z innych krajów europejskich. Ta przyszłość narodu zaczyna się zmieniać w stado matołków, które kiepsko czyta, a jeszcze gorzej liczy. Za rok wybory i panika koalicji. Nagle temat obniżenia podatków, ta od lat najważniejsza marchewka wyborcza nikogo nie obchodzi. Trzeba ratować szkołę i jak koalicja się potknie na wyborach, to potknie się o dukającego ucznia, który podobno do trzech ledwo zliczyć potrafi.

Mobbing, wszechobecny stres, chora służba zdrowia, absurdalne przepisy paraliżujące funkcjonowanie placówek opieki społecznej, szkoła, w której uczniowie i nauczyciele czują się intruzami, instrukcje, które mają promować nowoczesność opartą na  tradycji (czy to się w ogóle da pogodzić? ). Oto o czym jest ta książka.

Doskonała lektura, zwłaszcza dla wszelkiej maści malkontentów. Zapewniam, że cudownie będzie poczytać i zdać sobie sprawę, że historie oglądane w Uwadze, Sprawie dla reportera i Czarno na białym, to nie tylko polska egzotyka, podobnie może być w tym europejskim raju, za jaki uważana jest Szwecja i wszędzie indziej.

Maciej Zaremba Bielawski jest publicystą skutecznie tropiącym absurdy. Dziennikarstwo jakie uprawia jest bardzo w Szwecji popularne i nazywa się grevande journalistik. Często reklamuje się ono sloganem Vi grever i skiten, fast det luktar (Grzebiemy w gównie mimo, że śmierdzi).  Taki rodzaj dziennikarstwa jest bardzo potrzebny, daje nadzieję, że czasem dzięki niemu ktoś się ocknie.

Polecam drugie wydanie Polskiego hydraulika poszerzone o cztery nowe reportaże wszystkim tym, którzy potrafią się zdystansować do tego co czytają. Autor pisze o skrajnych przypadkach, gdzie absurd osiągnął apogeum. Jednocześnie uspokajam, że nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej, a przy odrobinie szczęścia, może być nawet nieco lepiej.

Martwią mnie dwie rzeczy. Mimo, że niektóre reportaże były pisane już kilka lat temu, to nie straciły wiele na swojej aktualności, oraz to, że też od czasu do czasu padam ofiarą któregoś z  absurdów.

 

8/10

 

Polecam rozmowę o książce z autorem, którą można przeczytać w portalu kulturalnym Magazyn

Umierają stojąc

bookfa

Sven Olov Karlsson

Philip Pereira dos Reis

Opuszczone szwedzkie domy 2. Rewizyta

Natur och Kultur, 2011, stron 158

 

Opuszczone domy maja w sobie coś, co mnie przyciąga. Mam wrażenie, że czas stanął w nich w miejscu, że mają ochotę wykrzyczeć swoją historię. To tak jakby w progu czas przeszły zderzał się z teraźniejszością. Kiedy trafiam w realu na takie budowle, to moja wyobraźnia rusza z kopyta. Oglądam te miejsca ze szczególną uwagą i wyobrażam sobie jak to było, kiedy tętniło w nich życie. W tym roku obejrzałam dość dokładnie taki porzucony na łaskę losu, jakiś zapewne kiedyś dom wczasowy, w Orłowie. Lubię też odwiedzać internetowe strony URBan EXploration. No i czytać, a przede wszystkim oglądać, książki o tej tematyce.

 

 

O tej książce wspominałam tu na blogu już w zeszłym roku. Podczytywałam ją w pracy od czasu do czasu na wyrywki i do znudzenia oglądałam zdjęcia, za każdym razem wypatrując na nich nowych szczegółów. W końcu i tak wzięłam ją do domu i przeczytałam całą jeszcze raz, tym razem od deski do deski. Jest w niej opisanych i udokumentowanych doskonałej jakości zdjęciami dziesięć miejsc, rozsianych praktycznie po całej Szwecji. Nikomu niepotrzebne, bo ich czas już minął, remont byłby zbyt kosztowny, lub mają zawiłą sytuację prawną.

Na zdjęciach niby ruiny, niby nic szczególnego na czym można by zawiesić oko, ale jak się przeczyta odgrzebane przez autorów, fascynujące historie tych domów, to można na tych fotkach jednak wiele zobaczyć. Szpital psychiatryczny w Sater, hotel w Mattmar, camping w Galans oraz kilka domostw rozsianych na obrzeżach wiosek, zamieszkałych przez dziwaków-odludków.

Najbardziej zadziwiają mnie miejsca, w których ma się wrażenie, że jeszcze przed chwilą ktoś w nich mieszkał. Filiżanki stoją jeszcze na stole, firanki wiszą w oknach, pościel leży na łóżkach, buty walają się w sieni. Po prostu ktoś opuścił kiedyś te miejsca, wyszedł, zamknął za sobą drzwi i już nie wrócił...

 

7/10

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci