Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

saga rodzinna

Horror emocjonalny

bookfa

Sabina Czupryńska

Kobiety z domu Soni

Prószyński i S-ka, 2012, stron 472

 

Trochę się zdziwiłam czytając pierwszy rozdział. Powieść zaczyna się pogrzebem, umarła Julia, babcia, matka i siostra w jednej osobie. Nie mogłam się oprzeć skojarzeniom z czytaną przeze mnie całkiem niedawno Wytwórnią wód gazowanych, w której pierwszy rozdział to też czytelniczy udział w pogrzebie. Ale to jedyne podobieństwo.

Nie wiem skąd ten trend, że ostatnio opisuje się życie zaczynając od pogrzebu, ale nie przeszkadza mi to wcale, nawet jeżeli akurat mnie (po przeczytaniu całości) zmusza do czytania początku po raz drugi. Dopiero wtedy rozdział pierwszy nabiera pełnego wymiaru i sensu, mam wtedy wrażenie, że biorę udział w pogrzebie kogoś dobrze mi znajomego. Lubię tę narracyjną kostkę Rubika, gdzie kolejne elementy cudzego życia powoli zaczynają się układać w logiczną całość. Według mnie, to udany debiut powieściowy autorki.

W opisie książki przeczytałam, że chodzi o pięć pokoleń kobiet, ale jak bym nie liczyła wychodzą mi cztery. Antonia, jej córka Julia, dwie córki Julii Basia i Jagoda oraz córka Jagody Sonia. Kolejny przypadek, kiedy opis książki napisał ktoś kto jej nie czytał, czy to ja przegapiłam jedno pokolenie?

Śmierć Julii zgromadziła  wszystkich bliskich na pogrzebie tylko dlatego, że tak wypadało. Gdyby nie obłuda i hołdowanie życiu na pokaz, pewnie nikt by się nie zjawił. Oto pogrzeb, na którym nikt nie opłakiwał tej, która odeszła. Ale o tym dowiedziałam się dopiero w trakcie lektury.

Trochę mi trudno zrozumieć, jak to się stało, że pełna mądrości życiowej, anielsko dobra i wszystkim życzliwa nestorka rodu Antonia mogła wychować  uosobienie zła, perfidii i egoizmu jakim była Julia. Geny?  Bierność? Pobłażliwość?

Julia to toksyczna do obrzydzenia córka, żona, matka i w końcu babcia. Wyzuta z wszelkich uczuć, zrzędliwa pozbawiona skrupułów egocentryczna jędza i despotka, która zatruwa życie kolejnym pokoleniom. Jej córki szukały własnych sposobów na szczęście, marzyły o miłości i innym lepszym życiu. Jednak matka, jak ten zły duch była zawsze gdzieś w pobliżu, jak nie ciałem, to przynajmniej duchem. Wyrwanie się z tego zaklętego kręgu okazało się być właściwie niemożliwe. Autorka często podkreśla, że żeby zacząć żyć inaczej, trzeba mieć skąd czerpać wzorce, a jak się ich nie ma, to tylko powiela się wcześniejsze schematy.

Córki Julii Basia i Jagoda, obie pełne kompleksów miotają się w życiu. Obie chciały być szczęśliwe i za nic w świecie nie chciały być podobne do matki, a potem z czasem upodobniały się do niej coraz bardziej, zwłaszcza Jagoda, która, o ironio, z całego rodzeństwa miała najgorszy kontakt z własną matką i przysięgała sobie, że nigdy nie będzie taka jak ona. Całe życie zabiegała o jej akceptację i miłość, bez powodzenia. Wysiłki Jagody bacznie obserwowała babcia Antonia, która była w jej życiu szczególnie ważna. To Antonia dała Jagodzie siłę, żeby wyrwać się z domu i przynajmniej spróbować żyć inaczej.

Ja już niczego nie wiem na pewno. Może jedynie to, że chciałabym umrzeć, wiedząc, że jesteście szczęśliwi i… - zawahała się, ale natychmiast uzmysłowiła sobie, co jest najważniejsze oprócz szczęścia - …że się szanujecie. Że siedzicie razem przy stole i że okazujecie sobie szacunek przy posiłku. Bo taka wieczerza jest jak życie kochanie. Nie jest ważne, że stół suto zastawiony, ale to, że ci którzy przy nim siedzą, patrzą na siebie, mówią do siebie, słuchają się nawzajem. Nieśpiesznie i z uwagą. Jeśli będziesz miała te wszystkie pyszności, o których marzysz, a nie będziesz miała z kim ich zjeść, nie będą ci wcale smakować. Pamiętaj o tym Jagódko. Ja tylko tego bym chciała, żebyście przy stole życia nie byli głodni szczęścia i szacunku…

 I choć rezultat nie był taki jakiego by chciała Antonia, to jednak Jagoda zrobiła pierwszy krok w dobrym kierunku.

Kiedy w powieści pojawiła się wreszcie tytułowa Sonia, córka Jagody, prawnuczka Antonii to aż się przestraszyłam. Oto kolejne pokolenie okaleczone emocjonalnie, niezdolne do zbudowania normalnych relacji z bliskimi i otoczeniem? Następna napiętnowana przez los wyznaczony przez babcię Julię, której prawie nie znała? Wszystko na to wskazywało. Jednak dzięki pewnej przyjaźni Sonia poczuła się nagle komuś potrzebna.

To było nowe uczucie. Inne niż to, które towarzyszyło jej od dzieciństwa – poczucie bycia zbędną. Objawiające się w nie do końca akceptowanym przez Sonię, zaszczepionym jej przeświadczeniu, że lepiej nie być dla nikogo problemem, nie narzucać się, nie mówić za dużo, nie oczekiwać, nie wyrażać swoich uczuć. Być grzecznym i miłym, to znaczy – niezauważalnym. Właśnie zaczynała rozumieć jak ją to przeświadczenie uwiera.

Sonia nie pojawiła się na pogrzebie babci Julii. Odważyła się przeciwstawić rodzinnym schematom, życiu na pokaz. Pierwsza od pokoleń, która w końcu nabrała odwagi, żeby żyć po swojemu, nie licząc się z tym, co wypada i co inni powiedzą.

A więc jest nadzieja. Trochę mi ulżyło.

 

kursywą fragmenty powieści

8/10

Żywot Eleonory

bookfa

Dorota Combrzyńska-Nogala

Wytwórnia wód gazowanych

Wydawnictwo MG, 2012, stron 498

 

Po tę książkę sięgnęłam  przede wszystkim z dwóch powodów, pierwszy; lubię czytać polskie autorki, drugi; mam sentyment do wytwórni wód gazowanych starej daty.

To, że chętnie sięgam po polskich autorów powtarzam regularnie co jakiś czas. Mam wrażenie, że im dłużej mieszkam poza ojczyzną tym chętniej i to niezależnie od tego, czy dobrze piszą, czy nie. Ot, taki kredyt zaufania. Z sentymentem do wytwórni wód gazowanych wiąże się pewna historia z dzieciństwa. Brat mojej babci był w latach 60-tych kierownikiem poniemieckiej Wytwórni wód gazowanych i rozlewni piwa i raz zabrał mnie ze sobą do pracy, żeby mi pokazać jak produkuje się uwielbianą przeze mnie czerwoną oranżadę. Były to czasy kiedy robiło się ją na prawdziwym soku, który stał tam w wytwórni w wielkich bańkach, takich samych w jakich rolnicy odstawiali do mleczarni mleko. Wizyta w hali produkcyjnej zapadła mi w pamięci na całe życie. Taśma, po której dźwięcząc przesuwały się butelki zamykane na porcelanowe kapsle i kobiety ubrane w kalosze za kolana i długie do ziemi gumowe fartuchy. Niektóre miały też na rękach wielkie rękawice i dzierżyły w dłoniach gumowe węże, z których właściwie bez przerwy pod ciśnieniem tryskała woda spłukując betonową podłogę. Do tego wszystkiego intensywny zapach soku malinowego pomieszany z kwaśnym odorem piwa. Takich rzeczy się nie zapomina!

Patrząc na stylową okładkę tej książki od razu powróciło wspomnienie tego miejsca i przypomniałam sobie ten dziwny zapach. Tak nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie tej książki, do tej pory zupełnie nieznanej mi autorki, a ten wybór okazał się strzałem w dziesiątkę.

Kiedy trafiam na coś tak doskonałego jak Wytwórnia wód gazowanych, to niemal popadam w ekstazę. Jednak tym razem na ziemię skutecznie sprowadzał mnie w trakcie lektury sam wydawca. Wyjątkowo byle jak wydana pozycja, redakcja i korekta pod psem, trafiają się nawet błędy ortograficzne. No po prostu skandal! Wygląda na to, że ta wszechobecna bylejakość dosięgnęła, a nawet już zdążyła się zadomowić na rynku wydawniczym. Czy to, że oznacza zero szacunku dla autora i czytelnika jeszcze kogoś obchodzi? Czarna rozpacz!

Powieść Doroty Combrzyńskiej-Nogali, to rodzinna saga, choć główną bohaterką tej opowieści jest Eleonora Jarecka, z domu Pstrońska. W chwili śmierci ma 99 lat, a czytelnik ma okazję prześledzić całe jej życie, bogate w wydarzenia nie tylko ze względu na osobowość samej bohaterki, ale także z powodu czasów, w których przyszło jej żyć. Lenorka, Lena, Babka, niezwykła kobieta, uosobienie wielu sprzecznych cech charakteru, umiała poradzić sobie w każdej sytuacji, zaradna życiowo, przedsiębiorcza i twardo stąpająca po ziemi. Jednocześnie nie pozbawiona wrażliwości apodyktyczna intrygantka, manipulantka i notoryczna kłamczucha, naginająca prawdę według potrzeb, starannie pielęgnująca wielką tajemnicę, a pod koniec swojego życia, próbująca układać się nawet z Bogiem.

To naprawdę fantastyczna opowieść, niezwykle sugestywna, pełna niezwykłych postaci. Odpadłam, czytając rozdział JÓZEF I SARA, nigdy nie czytałam piękniejszej i bardziej wzruszającej historii o wzajemnym przywiązaniu wnuczki i dziadka. Po lekturze całości przeczytałam ten rozdział po raz drugi, równie wzruszona. Jeszcze raz przeczytałam też rozdział pierwszy, POGRZEB i wtedy odebrałam go zupełnie inaczej. Nie czytałam już po prostu o śmierci i dziwacznym pogrzebie jakiejś starszej pani, a o śmierci Babki Leny, kobiety, której nic nie zdołało złamać, i która zrobiła dosłownie wszystko, żeby nikt nigdy nie odkrył skrywanej przez długie lata tajemnicy.

9/10

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci