Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

zapiski niedoświadczonej tłumaczki

W punkcie wyjścia

bookfa

 

Znajomość języka i niezmierzone pokłady cierpliwości – oto czego przede wszystkim potrzebuję jako niedoświadczona tłumaczka. Po prawie trzech miesiącach otrzymałam krótką odpowiedź: NIE.

 

Wygląda na to, że nie trafiłam w gusta odpowiedzialnych za to, co wydawnictwo włącza do swoich planów wydawniczych, mimo, że jest to powieść, która została nagrodzona Augustpriset (najważniejszą szwedzką nagrodą literacką), doczekała się kilku wydań, została przetłumaczona na kilkanaście języków, została sfilmowana, a nawet doczekała się adaptacji teatralnej. Okazuje się, że nie jest to wystarczajaca rekomendacja dla książki, albo po prostu za wysoka półka. Powodu mogę się tylko domyślać.

Czytam w tej chwili reportaże Macieja Zaremby Bielawskiego. W przedmowie do polskiego wydania przeczytałam ciekawą opinię autora o pracy tłumacza i redaktora.

W Polsce nie jest w zwyczaju, by autor komentował pracę tłumacza i redaktora. A więc niedobre mamy obyczaje. To prawie jakby tak jakby w czołówce filmu pominąć reżysera i operatora zdjęć.

Nie ma czegoś takiego jak „uczciwy przekład”. Tłumacząc książkę o ambicjach literackich to w pewnym sensie pisać ją na nowo. To rodzaj adaptacji. Nie chodzi tylko o to, żeby wiernie oddać treść. Trzeba przekształcić słowa tak, by poruszyły czytelnika o innych skojarzeniach i odmiennej wrażliwości.

Czas skoczyć na głęboką wodę. To, że zmarnowałam tyle czasu, to oczywiście moja wina, bo powinnam była odłożyć na bok sentymenty i wysłać książkę do kilku wydawnictw jednocześnie.

 

Najtrudniejszy pierwszy krok zrobiony

bookfa

 

Doszlifowaną do połysku próbkę tekstu, którą umiem już na pamięć wysłałam do pierwszego z osobiście ułożonej listy potencjalnych wydawców. Nauczona doświadczeniem z Zakamarkami nie spodziewałam się odpowiedzi w tym kwartale, zwłaszcza, że wysłałam mejla bardzo późno wieczorową porą. Ku mojemu najwyższemu zdziwieniu uprzejma odpowiedź przyszła po mniej więcej godzinie. Sympatyczne podziękowanie i informacja, że moja propozycja poszła dalej, do dwóch pań zajmujących się wydawaniem przekładów. Okazuje się, ze mimo starań nie dotarłam od razu do właściwej osoby. Oczywiście to, że mi podziękowano jeszcze nic nie znaczy i może się zdarzyć, że wydawnictwo nie zauważy jaki proponuję im diament. Ale to zawsze jakiś początek.

Wydawnictwo, które posiada prawa autorskie uwinęło się migiem ze wszystkimi formalnościami i nawet oferuje pomoc w poszukiwaniu wydawcy, bo też ma swoje kontakty. W sobotę wybieram się na targi do Goeteborga, gdzie może osobiście poznam sympatyczną panią z wydawnictwa, z którą do tej pory tylko wymieniałam się mejlami. Te targi to świetna rzecz! No i znów dopadnę ulubionego autora numer jeden, który będzie promował i podpisywał swoją nową powieść, czyli ostatnią część kwartetu olandzkiego. Rozmowa promocyjna z autorem będzie super krótka, ale stanę na głowie, żeby na czas odnaleźć scenę biblioteczną.

 

Przepoczwarzanie

bookfa

Co robi była przypadkowa bibliotekarka? Na razie zbiera siły, robi codziennie długie rowerowe wycieczki po okolicznych wioskach i wreszcie miała możliwość sfotografować użytkowniczki wanien, które były stałym elementem krajobrazu za busowym oknem od wiosny do jesieni, o czym kiedyś pisałam…

Kiedy wyjęłam telefon i zaczęłam strzelać foty, to tylko jedna z gracją zaspokajała pragnienie. Jednak po chwili ciekawość przywiodła całe stado, które pozowało chętnie do kolejnych fotek…

 

Pogoda jest fantastyczna tej jesieni, więc swoje rowerowe wycieczki odbywam systematycznie, prawie codziennie. Przeliczając to na kilometry, robię ich ponad sto tygodniowo. Czasem podwiozę kawałek jakiegoś trzmiela lub ważkę na ramieniu, widać lubią mój kremowy lekko błyszczący sweter. Czasem słucham muzyki, czasem przyrody i myślę co dalej. No i wymyśliłam.

Wreszcie postanowiłam spróbować wziąć się na poważnie za tłumaczenia. Chodziło mi to po głowie od dawna, ale jakoś się nie składało, z różnych powodów. Teraz doszłam do wniosku, że to właściwie dobrze. Powinnam nawet podziękować losowi, że pierwszy wydawca, który mi się trafił kilka lat temu okazał się zupełnie niepoważnym typem. Gdyby wydanie książki w moim tłumaczeniu doszło wtedy do skutku, pewnie wstydziłabym się tego tłumaczenia do końca świata, albo i dłużej.

Miałam dużo szczęścia, że zakwalifikowałam się na warsztaty tłumaczy w Gdańsku, które odbyły się na przełomie zimy i wiosny, bo to mnie przygotowało merytorycznie do nowego wyzwania. Kurs był doskonały! I nie jest to tylko moje zdanie. Inni uczestnicy przyznali, że nauczyli się na nim więcej niż przed dwa lata na uczelni.

Tym sposobem przepoczwarzam się właśnie z przypadkowej bibliotekarki w niedoświadczoną tłumaczkę. Nie jest łatwo zacząć, zwłaszcza na polskim rynku wydawniczym. Pierwszym wydawnictwem, do którego się zgłosiłam były Zakamarki. Na odpowiedź na mejl czekałam dłużej niż wieczność, czyli mniej więcej trzy miesiące i w końcu przyszło mi do głowy, że mój mejl pewnie nie doszedł, bo zwykła przyzwoitość wymaga, żeby wysłać choć zdawkową odpowiedź, choćby taką, że wydawnictwo nie jest zainteresowane. A jednak. Kiedy się przypomniałam dostałam odpowiedź, którą trudno nazwać uprzejmą, a z której wywnioskowałam, że zawracam d…, tzn. głowę. No cóż… wydawcy to okazuje się też ludzie, na dodatek nie zawsze uprzejmi. I pomyśleć, że mnie ostrzegano, a ja nie uwierzyłam!

Postanowiłam zacząć inaczej. Skontaktowałam się z wydawnictwem szwedzkim, które posiada prawa autorskie książki, którą chciałabym przetłumaczyć. Poszło ekspresowo. Wysłałam mejla w czwartek i momentalnie pocztą zwrotną dostalam odpowiedź, że X jest na urlopie do poniedziałku. W poniedziałek skoro świt (parę minut po ósmej) dostałam odpowiedź. Jesteśmy w fazie ustaleń wstępnych, ale przynajmniej się ze mną rozmawia.

 

Ciąg dalszy nastąpi. Mam nadzieję.

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci