Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

zapiski zakurzonej kancelistki

Kancelistka zabiła w końcu bibliotekarkę

bookfa

W kancelarii Towarzystwa Historycznego tkwię już ponad rok. Teraz już wiem, że utknęłam tu na dobre. Raportów zakurzonej kancelistki nie było na blogu zbyt wiele, bo… tak jakoś wyszło.

Na początku nie mogłam się odnaleźć w nowym miejscu, więc nie bardzo było o czym pisać. Zupełnie nowe obowiązki, masa nowych ludzi i niewiele książek. Tonęłam w dokumentach i starych fotografiach. Trochę czasu zajęło zanim zorientowałam się z czym się to wszystko je. Do tej pory porządkuję dokumenty i zdjęcia, wiele ponownie skanuję do zdigitalizowanej bazy danych. Jest to zajęcie jeszcze na długie lata.

vmo

Praca w redakcji naszego kwartalnika to osobny rozdział. Na rozmowie kwalifikacyjnej podkreśliłam grubą czerwoną kreską, że za pracę redaktora dziękuję, ale nie jestem zainteresowana. Po jakimś czasie, sama nie wiem kiedy, zostałam wciągnięta w pracę redakcji i teraz uważam, że to jedna z najbardziej odjazdowych rzeczy, które robię.

Z czasem przekonałam się, że taka kancelistka ma bardzo urozmaicone życie, nie tylko biurowe. Biegam z aparatem i cykam fotki gdzie popadnie, ku pamięci przyszłych pokoleń. Przygotowuję wystawy, walne zgromadzenia i publiczne odczyty, skanuję robione na szklanych płytkach ponad sto lat temu zdjęcia, odszyfrowuję (z różnym powodzeniem), archiwizuję mapy i napisane starą szwedczyzną dokumenty. Odbieram też telefony. Dzwonią przede wszystkim członkowie Towarzystwa i pytają o różne rzeczy, często bardzo dziwne.

Niedawno organizowaliśmy wystawę fotograficzną widoczków naszej mieściny z początków ubiegłego wieku. Wystawa miała miejsce w bibliotece, moim dawnym miejscu pracy. Kiedy się tam zjawiłam, zostałam bardzo sympatycznie przyjęta przez moje byłe koleżanki i kolegów. Wieszając zdjęcia nagle zdałam sobie sprawę, że biblioteka to już zamknięty rozdział i tak naprawdę to wcale nie tęsknię i nie chciałabym już do niej wrócić.

 

Nieoczekiwane spotkanie z pisarzem

bookfa

 

Okazuje się, że bycie zakurzoną kancelistką stwarza zupełnie nieoczekiwane możliwości. Na przykład nagle wchodzi do kancelarii pisarz Thomas Lundh, który oprócz tego że jest pisarzem, jest też dziennikarzem miejscowej gazety i akurat potrzebuje zdjęć sprzed mniej więcej stu lat do artykułu, który właśnie pisze.

Nie byłam pewna, że to on to on dopóki się nie przedstawił. Zmienił swój image totalnie. Wcześniej przypominał przysłowiowe ubiegłowieczne dziecko-kwiat z nowojorskiego Central Parku. Teraz skojarzył mi się raczej z reporterem wojennym, który za chwilę uda się w obszary objęte wojną i będzie stamtąd relacjonował na żywo przebieg walk. Przywitał się sympatycznie i podając mi rękę rozglądał się po biurze oczarowany portretami wiszącymi na ścianach. Na ramieniu miał zawieszony na pasku zaawansowany aparat fotograficzny godny rasowego paparazzi. Po kilku chwilach byliśmy zgodni, że dziś takich zdjęć jak te wiszące na ścianach już nie da się zrobić.

Chwilę potem pisarz usiadł przy stole konferencyjnym i zaczął przeglądać nasze albumy w poszukiwaniu interesujących go zdjęć. Lundh słynie z tego, że nie jest zbyt rozmowny, więc zapadła dość krępująca cisza. Dyskretnie wycofałam się do biura i zajęłam sie swoją pracą, ale w końcu bookfowa ciekawość zwyciężyła i w zaatakowałam go pytaniem, czy i kiedy można się spodziewać dalszego ciągu kryminalnej historii, której akcja toczy się w naszej mieścinie. Lundh wyglądał na zdumionego, że czytałam tę powieść i zapytał, czy mi się podobała. Nie powiedziałam mu oczywiście, że było to mistrzostwo świata, bo nie było, ale ponieważ uważam, że była to zupełnie przyzwoita lektura, przytaknęłam, że owszem, podobała mi się i chętnie przeczytam ciąg dalszy. Autor wyglądał na bardzo zaskoczonego i powiedział, żebym nie spodziewała się dalszego ciągu, bo nie ma takich planów.

Tym razem to ja byłam zaskoczona, bo tekst na okładce wyraźnie sugerował, że jest to początek serii. Zaraz potem przypomniałam sobie, że całkiem niedawno w Erikshjälpen (Second Hand) kupiłam po pięć złotych za sztukę wszystkie wcześniejsze książki Lundha. Leżały ułożone w zgrabne stosiki, zupełnie nowe, jakby trafiły tutaj prosto z drukarni. Zastanawiałam się wtedy skąd się wzięły w Erikshjälpen. Teraz nie wykluczam, że to sam autor pozbył się z domu wszystkich egzemplarzy autorskich.

No cóż, zawsze można mieć przecież nadzieję, że jednak zmieni zdanie i przwróci do życia komisarz Berit?

 

fbfbfb85

Nieoczekiwany zwrot akcji

bookfa

Wcześniej wypożyczałam książki, teraz sprzedaję. Między innymi.

Odwiedzający mój blog mieli okazję śledzić na bieżąco moją bibliotekarską karierę zakończoną przykrym finałem. Z bibliotekarki zmieniłam się teraz w kancelistkę. Towarzystwo Historyczne mieści się dwa domy dalej, czyli droga do pracy zabiera mi obecnie dwie minuty.

Pierwsza wizyta w kancelarii Towarzystwa była dla mnie dość zaskakująca. Ze ścian spoglądali na mnie z portretów nieżyjący już mieszkańcy mojej mieściny, a nos drażnił zapach historycznego kurzu. Nie jestem alergiczką, ale trudno mi było powstrzymać kichanie. Jakimś cudem dostałam tę pracę na okres próbny. Może nie było więcej chętnych? Przez pierwszy miesiąc pracowałam z dotychczasowym kancelistą. Łaziłam za nim krok w krok, bez przerwy patrzyłam mu na ręce, albo zaglądałam przez ramię. Cud, że to wytrzymał! Miał zostać do połowy kwietnia, ale pod koniec marca stwierdził, że umiem już tyle co on, albo i więcej (co za poczucie humoru!), więc on w takim razie z chęcią pożegna się wcześniej. Może więc jednak nie wytrzymał? Zarząd się zgodził i mój poprzednik z radoscią opuścił Towarzystwo i naszą mieścinę na zawsze. Udał się na zachodnie wybrzeże.

Kancelaria leży w starym drewnianym budynku o kiepskiej izolacji, więc często słyszę jakieś szelesty, skrzypienie, czy kroki. Mam wrażenie, że nigdy nie jestem w biurze zupełnie sama. No i te wszystkie wpatrzone we mnie z portretów oczy…

Ostatniego marca przejęłam obowiązki poprzednika i od tej pory jestem jedyną zatrudnioną w tej niewielkiej kancelarii. To dosyć dziwne uczucie być jednocześnie szefem, pracownikiem i biurową sprzataczką. Zakres obowiązków mam dosyć szeroki, od sprzątania, poprzez wszelakie czynności biurowe, sprzedaż reprintów oraz współczesnych monografii o mojej mieścinie, po współpracę z redakcją kwartalnika wydawanego przez Towarzystwo. Muszę się sporo nauczyć. Także tego, żeby uważać na palce przy zamykaniu sejfów.

Dzień pracy organizuję sobie sama. Na razie trzy czwarte moich obowiązków to sprzątanie. Po ilości kurzu śmiem sądzić, że pierwsze od lat. Na razie wysprzątałam swój pokój biurowy z aneksem kuchennym i toaletą. Sortowanie dokumentów i fotografii zajęło mi kilka dni. Od jutra biorę się za naszą mini „księgarnię”, która mieści się na dwóch stolikach, a zaraz potem za ukryte za parawanem podręczne archiwum i niewielką biblioteczkę. To zajęcie na kilka najbliższych tygodni.

Potem ruszę do piwnicznych archiwów. Życzcie mi powodzenia.

DZIĘKUJĘ!

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci