Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

Wszystko

Przez bardzo duże R

bookfa

Jak cię zabić, kochanie?

Alek Rogoziński

Filia, 2016, stron 335

Po przeczytaniu pierwszej powieści Alka Rogozińskiego nie mogłam się oprzeć porównaniu jej do książkek Joanny Chmielewskiej z czasów jej świetności, czyli czasów Lesia, Romansu wszechczasów i Całego zdania nieboszczyka. Podobny styl i podobni bohaterowie.

Drugiej powieści, czyli dalszych przygód Joanny niestety nie przeczytałam do tej pory z powodu zamieszania, którego głównymi winowajcami są pocztowi złodzieje. Tym sposobem wbrew własnej woli przeskoczyłam od razu do Jak cię zabić, kochanie? trzeciej książki autora, która jest o niebo lepsza od tej pierwszej. U Joanny Chmielewskiej było akurat odwrotnie. Jej późniejsze dzieła są coraz słabsze, a bohaterowie już nie są roztargnieni i nierozgarnięci, a po prostu głupawi.

jakciezabic

Autor odnalazł swój styl, nikogo już nie naśladuje, stworzył nietuzinkowych bohaterów, którym zbrodnia niestraszna i wymyślił intrygę tak nieprawdopodobną, że czytając można dostać zawrotów głowy. Fabuła mieści się w ramach klasycznej komedii omyłek polegającej na gigantycznym splocie szczęśliwych i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Choć jest przewidywalnie, to nie jest nudno. Barwni, pozbawieni skrupułów bohaterowie, dowcipne dialogi z dużą dozą czarnego humoru to główne atuty tej powieści (moje absolutne faworytki to siostrzyczki zakonne z LA). Akcja toczy się częściowo w USA i tak się szczęśliwie składa, że książka ukazała się już także za oceanem.

jakcie

Kasia i Darek akurat przeżywają kryzys małżeński, kiedy na horyzoncie pojawia się amerykański spadek obwarowany pewnymi warunkami. Kasia zaczyna więc od razu planować zbrodnię doskonałą. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że zamiast morderczynią sama stanie się ofiarą.

Jak zwykle u Alka jest dowcipnie, błyskotliwie, ironicznie i groteskowo. Na wesoło oberwało się przy okazji po trochu celebrytom, politykom, duchownym, służbie zdrowia i programom serwowanym przez polską telewizję. Jestem pewna, że trudno będzie znaleźć lepszą lekturę na poprawę humoru. Rozrywka przez bardzo duże R.

9/10

 

Na koniec nie mogę się oprzeć, żeby nie zacytować samego autora (tekst kursywą). Oto historyjka o tym, jak sam kupował swoją powieść w księgarni X. Mam nadzieję, że mi to wybaczy!

Jak wiadomo zapominalstwo to jedna z moich głównych cech. Tym razem udało mi się zagubić w mrokach niepamięci fakt, że obiecałem podarować swoją książkę pewnej przemiłej pani i to w dodatku w szczytnym celu, bo na aukcję charytatywną. Poszedłem więc do księgarni, wcześniej sprawdziwszy w Internecie, że książka tam jest. Poszukałem na półce - nie ma. Poszukałem w stosach, walających się na podłodze - też bez sukcesu. Udałem się więc do punktu oznaczonego optymistycznie brzmiącym napisem "Informacja" i ozdobionego mocno znudzoną nastolatką, mającą makijaż, jakby właśnie zgarnęli ją z koncertu Behemotha , tudzież kolczyki wszędzie gdzie się dało, upodabniające ją troche do postaci z horroru "Hellraiser". Odbyliśmy tam dialog dramatyczny treści następującej:
Ja (radośnie i z nadzieją): Dzień dobry, czy mogłaby mi pani pomóc?
Pani (obrzuciwszy mnie obojętnym wzrokiem): Bry. Zobaczymy...
Ja: Szukam książki "Jak Cię zabić, kochanie?"
Pani (nieco się ożywiwszy): Fajny tytuł. Jaka kategoria? Poradnik?
Ja (nieco skonfudowany): Nie. Kryminał.
Pani (tracąc i tak nikłe zainteresowanie): A, kryminał. Pewnie Remigiusza Mroza...
Ja (wzniósłszy oczy ku niebiosom): Mój.
Pani (znów ożywiona, z nadzieją): Pan jest Remigiuszem Mrozem?
Ja (zastanawiając się, czy oby tym razem na kłamstwie nie wyszedłbym lepiej): Nie. Ale bardzo go lubię...
Pani (znów tracąc entuzjazm): A, bo jak ktokolwiek pyta ostatnio o kryminał, to zawsze o niego...
Ja (pouczająco): Ale on naprawdę nie napisał wszystkich kryminałów w naszym kraju.
Pani: No tak... Jest jeszcze Bonda i ta od wsi...
Ja (zastanawiając się, kogo dziewczynka ma na myśli, mówiąc "od wsi", i postanawiając w duchu nie wdawać się w dyskusję o mnogości polskich twórców literatury kryminalnej): A moja książka? Powinna być, a nie ma. Może pani sprawdzić...
Pani (spoglądając na komputer i zaczynając pukać palcem w klawiaturę): Jak cię udusić...
Ja: Zabić!
Pani (puka i puka; w międzyczasie zdążyłem policzyć, że ma w sumie powbijanych w różne częsci głowy 18 kolczyków): System wolno pracuje. Ale tytuł nie brzmi jakoś zbyt kryminalnie. Może leży na romansach?
Ja (zdziwiony): Jak to niekryminalnie?
Pani (nie odrywając wzroku od komputera): No to "kochanie". Jak w melodramacie...
Ja (czując się wdeptany w niezbyt czystą wykładzinę): Ale to jest komedia kryminalna!
Pani (z powątpiewaniem, cedząc słowa): Komedia...? Kryminalna...? To chyba na dziale DVD i blu-ray?
Ja (z rozpaczą): Ale to książka! Sam ją napisałem!
Pani (stanowczo): To na przyszłość niech pan pisze jakoś poważniej!
No cóż, chyba nie mam innego wyjścia.

 

 

W oparach piżma

bookfa

Rok temu wybierałam się na spotkanie autorskie z Johanną Thydell, ale coś się wydarzyło i spotkanie odwołano. Rok później, czyli wczoraj wreszcie się odbyło. Może z resztą to i lepiej, bo Johanna zdążyła w międzyczasie wydać nową książkę i w związku z tym sporo o niej wczoraj mówiła. Nasz miejscowy szef od kultury zachował się już na dzień dobry niezbyt elegancko, bo na przywitanie odczytał ze sceny, z której od czasu do czasu zalatywało intensywnie piżmem, listę nadchodzących wydarzeń kulturalnych i brzmiało to jak niekończąca się litania. Nie miałam pojęcia, że tyle się dzieje w mojej mieścinie.

Johanna siedziała na scenie w fotelu stojącym na okrągłym czerwonym dywanie czekając cierpliwie na swoją kolej. Po zareklamowaniu imprez wszelakich moderator przystąpił do rzeczy. Fakt, że Johanna pochodzi z naszego miasta i połowa widowni znała ją osobiście nie miał znaczenia i przedstawił jej dość szczegółowy zawodowy życiorys, a potem zapytał, dlaczego zażyczyła sobie spotkania w formie dialogu zamiast zwyczajowego monologu i czy odpowiadając na pytania będzie kłamać. Uspokoiła go, że nie będzie, bo wszyscy ją tu znają, więc musi się pilnować i trzymać fantazję na wodzy.

 johanna

Przeczytała kilka fragmentów z (M)ornitologen i nie wiem, czy wybrała najlepsze momenty, czy po prostu jej kolejna powieść (pisana prawie pięć lat) jest równie doskonała jak poprzednie. Wpisałam (M)ornitologen na listę gwiazdkowych życzeń i mam nadzieję, że Mikołaj mnie nie zawiedzie.

MornitologenJohannaThydell

Słuchając Johanny i obserwując ją z widowni zdałam sobie sprawę, że od jej debiutu minął szmat czasu i z młodej dziewczyny zmieniła się w dojrzałą kobietę, która zdążyła przeżyć to i owo, a jej twórczość ewoluuje razem z nią. Nie mam na myśli warsztatu, bo ona po prostu urodziła się z wyjątkową umiejętnością pisania i już debiut dał jej prestiżową nagrodę Augustpriset, o której niektórzy pisarze marzą całe życie, a mimo to marzenie to nigdy się nie spełnia. Jej się spełniło zanim jeszcze zdążyła zacząć marzyć. Szczęściara!

Miałam kiedyś nadzieję, że przetłumaczę jej debiutancką powieść Gwiazdy świecą na suficie, ale niestety poległam. Nie przebiłam się przez ten mur i nie udało mi się nikogo tą powieścią zainteresować. Siedziałam więc sobie w oparach piżma z poczuciem porażki, które zawsze powraca kiedy tylko pomyślę o Johannie.

Thydell pisze powieści dla młodzieży, które chętnie czytają też dorośli. Planuje kolejną. Doszła jednak do, jak to określiła, punktu w którym narrację powieści przekaże osobie dorosłej, czyli dołączy do tzw. autorek cross over, co jest ostatnio dość częstym zjawiskiem, żeby nie powiedzieć modne.

Moderator prowadził spotkanie jak dialog towarzyski na kanapie we własnym pokoju stołowym, zakończył wywiad pytaniem jakim ptakiem jest Johanna, a potem wręczył jej w prezencie słoik miodu z pobliskiej pasieki.

Takie to było spotkanie z pisarką Johanną Thydell.

 

Najnowsza powieść Mariusza Zielke szuka czytelników

bookfa

 

Kopiuję za booklips.pl:

Pisarz Mariusz Zielke poinformował, że prawnicy próbują zablokować wydanie jego najnowszej powieści. Jak przypuszcza, zbierając dokumentację, musiał natrafić na coś, na co nie powinien trafić. „Nie mogę pozwolić na takie bezprawie, choćbym miał postawić na szali swoje życie” – mówi. Bojąc się blokady sądowej, zdecydował się opublikować tekst książki bezpłatnie w Internecie.

zielke_dubel1

Jak sam autor przyznaje, historia jego książki sama mogłaby stanowić kanwę kryminału Stiega Larssona. We wrześniu 2015 roku pewien bogaty biznesmen posiadający firmę o kilkusetmilionowych obrotach i własne wydawnictwo zamówił u Mariusza Zielke, byłego dziennikarza śledczego, a obecnie autora thrillerów, powieść, która miała opisywać atak bandytów na owego mężczyznę i porwanie członka jego rodziny.

„Sprawa była intrygująca, więc podjąłem się jej opisania” – pisze Zielke. „W trakcie analizy akt sądowych, zbierania materiałów, wywiadów zorientowałem się, że mam do czynienia ze sprawą znacznie poważniejszą niż porwanie: dotykającą korupcji na najwyższych szczeblach w formacjach mundurowych, różnych machinacji w służbach itd., wreszcie serii niewyjaśnionych morderstw. Ponieważ nie jestem już dziennikarzem, nie miałem ambicji, by rozwiązać te zagadki (choć mnie strasznie korciło), ale w powieści postawiłem różne teorie (zmyślone) na ich temat. Bardzo wyraźnie zaznaczam, że nikogo prawdziwego nie opisywałem. Wszystkie postaci zmyśliłem. W 11 miesięcy stworzyłem powieść kryminalną, która bardzo podobała się pierwszym jej recenzentom i wydawcy”.

I wtedy zaczęły się schody. Z nieznanych powodów prawnik biznesmena zaproponował pisarzowi umowę, zgodnie z którą mógł zamrozić wydanie powieści na 25 lat, choć miała ukazać się w listopadzie 2016 roku. Po serii maili i telefonów udało się wypracować ugodę: biznesmen zgodził się, żeby książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca, z którym Zielke współpracował przy swoich poprzednich tytułach. Po kilku dniach autor musiał jednak wycofać propozycję wydawniczą. „Biznesmen wystąpił do mnie z niezrozumiałymi żądaniami (takich zmian w książce, że praktycznie musiałbym ją napisać od nowa oraz częściowego zwrotu pobranych za napisanie książki zaliczek, które wydałem na bieżące potrzeby). Nie miałem pieniędzy, by mu oddać zaliczki, musiałem więc zerwać umowę z Czarną Owcą. Zrobiłem to i przekazałem mu powieść do wydania. Wtedy jego prawnik napisał, że już nie jest zainteresowany wydaniem powieści i że ja nie mogę jej nigdzie indziej wydać. Zaproponował mi umowę, której konsekwencją byłaby niemożność wydania powieści przez 50 lat. Dostałem ultimatum, że tę umowę mam podpisać do końca sierpnia, inaczej będzie źle. No i już wiem, że będzie” – pisze Zielke.

Z korespondencji, jaką autor publikuje na swoim profilu na Twitterze, wynika, że prawnik wraz z biznesmenem pojawiali się u niego w hotelu „nosząc ostentacyjnie broń palną”, wydzwaniają do jego wydawcy i zapowiadają roszczenia sądowe. Zielke nie chce na razie ujawniać nazwiska biznesmena. „Najgorsze jest to, że to nie biznesmen jest moim prawdziwym przeciwnikiem. Mam wrażenie, że ktoś usiłuje nim manipulować (lub ktoś go szantażuje) – przy czym to tylko moje wrażenia (opinia na podstawie maili, które dostawałem), nie wiem, jak jest naprawdę. Ja podejrzewam, że to bardzo niebezpieczni ludzie, których interesy w jakiś sposób naruszyłem powieścią” – pisze Zielke.

Zdając sobie sprawę, że proces pociągnie za sobą sądowe zablokowanie książki, autor zdecydował się opublikować ją za darmo w sieci. „To nie jest żadna ściema, żadna akcja marketingowa. Zadarłem z niebezpiecznymi ludźmi, dotykam groźnych tematów. Ale tego się nie boję. Taka moja praca” – tłumaczy. Namawia jednak wszystkich do nagłaśniania tematu, bo wie, że wtedy ci ludzie – „nie biznesmen i prawnik, których się nie boję, tylko ci naprawdę źli” – będą obawiali się działać poza prawem. „W sądzie sobie poradzę. Racja jest w 100 procentach po mojej stronie” – zapewnia Zielke.

Powieść nosi tytuł „Dla niej wszystko” i jest dostępna w trzech formatach (epub, mobi i pdf) na następujących stronach autora: www.stopcenzurze.pl, www.zielke.com.pl, dlaniejwszystko.pl.

 

***

Wspieram autora. Książkę pobrałam z sieci i będę czytać, a potem podzielę się wrażeniami na blogu. Zachęcam Was do tego samego. Wiem, że to zabrzmi jak tekst z kryminalnej powieści, ale myślę, że rozpowszechnianie jej może okazać się gwarancją bezpieczeństwa dla autora.

Morze, piasek i książki

bookfa

Już za niecałe trzy tygodnie będziemy mieć okazję spotykać się po raz czwarty, a ja po raz pierwszy będę miała przyjemność przyjść po prostu jako uczestniczka, z czego się bardzo cieszę.

W tym roku główną organizatorką jest Ana, nasza spotkaniowa fotograf, która kiedyś była jedną z blogerek znanego bloga o książkach Misja k.s.i.ą.ż.k.a. Można się spodziewać, że będzie to nieco inna impreza niż poprzednie, ale będzie tradycyjna wymiana książek, quiz i inne niespodzianki książkowe przygotowane przez niektóre z wydawnictw, które wspierały nas książkowo także w poprzednich edycjach imprezy oraz przez zupełnie nowe.

Aktualne informacje o imprezie są dostępne na fejsie jako wydarzenie:

nad_morze

Mamy przyjemność zaprosić blogerów i blogerki piszących o literaturze, aktywnie komentujących te blogi oraz autorów i autorki, czyli tworzących literaturę o której piszemy, na czwartą edycję corocznych spotkań nad morzem! Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego prosimy o przesłanie do końca czerwca wiążącego zgłoszenia udziału na maila:

sopockiespotkania@gmail.com

Udział w imprezie jest bezpłatny. Pamiętajcie, że decyduje kolejność zgłoszeń.
W mailu prosimy o podanie:
* imię i nazwisko,
* adres(y) strony www (bloga, kanału youtube, instagrama etc.) lub nicka komentującego (w przypadku zgłoszeń od czytelników blogów)
* numeru kontaktowego do siebie (będzie znany tylko głównym organizatorkom na wypadek jakichkolwiek nieprzewidzianych sytuacji).

Spotykamy się 9 lipca o godz. 13:00 w Mesa Restaurant (ul. Hestii 3, Sopot). Mesa zapewnia widok na morze oraz dobrą kuchnię dla głodnych nie tylko literackich wrażeń (sprawdźcie menu), miasto Sopot - dużo słońca, sponsorzy – książkowe upominki, a my – organizatorki – program sprzyjający bliższemu poznaniu się i upolowaniu fajnych tytułów podczas wymiany książkowej. Oprawę fotograficzną zapewni nam Kaja Balejko Photography (zobaczcie jej zdjęcia!).

Aby umilić te 3 tygodnie, jakie zostały do naszego zjazdu, pracownia Mana Mana przygotowuje dla nas niespodziankę - specjalną torebkę dla miłośniczki dobrych książek. Będzie to torebka:
a) pojemna
b) z kieszonką na książkę
c) modna i oryginalna

W tej chwili Marcelina Rozmus, niepodzielnie rządząca Manownią, projektuje i konstruuje prototyp.

A więc, co należy zrobić, żeby spakować książki znad morza do przemanowej torby?
1. Napisz w kilku zdaniach, JAK SIĘ PAKUJESZ I CO ZABIERASZ NA NASZE SPOTKANIE NAD MORZEM? (max 100 słów)
2. Wyślij tekst na maila sopockiespotkania@gmail.com z dopiskiem "konkurs" do północy 7 lipca
3. Przyjedź na spotkanie i dobrze się baw!

Wśród nadesłanych odpowiedzi Marcelina wybierze najciekawszą, najzabawniejszą, a może najbardziej wzruszającą odpowiedź. W konkursie mogą wziąć osoby, które się zgłosiły na spotkanie i otrzymały potwierdzenie od organizatorek. Nagrodę wręczymy podczas spotkania 9 lipca.

 

Do zobaczenia!

 

Dwa światy

bookfa

Czasem tak jest, że człowiek musi, bo inaczej się udusi. Dlatego muszę zacytować niezwykle trafne uwagi Katarzyny Tubylewicz z Magazynu Świątecznego Wyborczej o szwedzkim i polskim czytelnictwie mimo, że nie czytałam jeszcze jej książki "Szwecja czyta, Polska czyta". Pozwolę sobie dodać do tego parę słów komentarza (kursywą) wynikającego przede wszystkim z moich doświadczeń jako przypadkowej bibliotekarki.

 

Jesteśmy bratnimi narodami. Szwed ma meble z Ikei i Polak ma meble z Ikei, Szwed lubi wódkę i Polak lubi wódkę, Szwed jeździ Volvo, Polak chciałby jeździć Volvo. Ale go sobie nie kupi, bo go nie stać. A nie stać, bo nie czyta.

Aż 70 % Szwedów marzy o tym, żeby napisać książkę, dlatego po drugiej stronie Bałtyku świetnie sprzedaje się "Skriva" ("Pisanie"), miesięcznik dla aspirujących autorów. Polacy także chcą pisać. Dowodem dziesiątki wydawanych własnym sumptem debiutów, tuziny blogów literackich. Wydaje się jednak, że przeciętny Szwed ma większe szanse, by zaistnieć. Zapewne dlatego, że więcej czyta - 20 min dziennie - i kupuje więcej książek. Trylogię Stiega Larssona kupiły niemal 4 mln Szwedów, kryminały Larsa Keplera rozeszły się w 2,4 mln egzemplarzy. To oczywiście wyjątki, ale choć Szwecja ma tylko 9 mln mieszkańców, to gdy tamtejszy wydawca mówi, że ma bestseller, chodzi mu o pozycję, która sprzedała się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy. W 38-milionowej Polsce za bestsellerową uznaje się książkę, którą kupiło kilkanaście tysięcy ludzi.

Dlaczego nowocześni, zapatrzeni w komórki i laptopy Szwedzi znajdują czas na czytanie, którego Polakom zawsze brakuje? Dlaczego Szwed na greckiej plaży jest zanurzony w książce, a Polak tylko się smaży za parawanem?
Przyczyn jest tyle, że wypełniły całą książkę "Szwecja czyta. Polska czyta", niemniej spróbuję je krótko podsumować.

szwecjaczytapolskaczytakrytykapolityczna

H jak historia
Wiara w wartość czytania ma w Szwecji kilkusetletnią tradycję. Kiedy w 1592 roku kraj przeszedł na protestantyzm, Kościół luterański zaczął wymagać od wiernych czytania Biblii. W 1686 roku w prawo kościelne wpisano dążenie do powszechnej umiejętności czytania, dzięki czemu w 1850 roku już 80 proc. Szwedów umiało czytać. W Polsce i innych krajach katolickich, np. w Hiszpanii i Włoszech, czytało wtedy zaledwie 20-30 proc. społeczeństwa.

Zaczęło się najprawdopodobniej od obowiązku czytania biblii, ale na tym się nie skończyło. W 1723 roku nałożono na rodziców obowiązek nauczania dzieci czytania. W 1842 wprowadzono obowiązek szkolny. Kształcenie dzieci w Szwecji już na początku ubiegłego wieku było na wysokim poziomie, a czytanie i korzystanie z biblioteki oczywistą częścią programu nauczania.

D jak demokracja
Szwedzi od lat wiedzą, że upadek czytelnictwa jest groźny dla demokracji, bo tylko ludzie oczytani, a więc krytyczni i obeznani ze światem, mogą świadomie śledzić debatę publiczną i brać w niej czynny udział. Dlatego państwo i samorządy inwestują w biblioteki, żeby obywatel miał do nich zawsze blisko. - W centrum każdej miejscowości czy osiedla muszą być sklep spożywczy i biblioteka - uśmiecha się Eva-Maria Häusner ze sztokholmskiej Kungliga biblioteket, Biblioteki Królewskiej. A jeśli miejscowość składa się z jednego czy kilku domów? Żaden problem: między wyspami Archipelagu Sztokholmskiego kursuje łódź biblioteczna.
- Biblioteka to dobry biznes - mówi Katti Hoflin, dyrektorka sieci sztokholmskich bibliotek i pisarka. - Czytanie nie tylko rozwija wyobraźnię, wpływając na kreatywność i innowacyjność, ale też zwiększa empatię. To zaś przyczynia się do wzrostu zaufania społecznego, a kraje, w których jest ono wysokie, lepiej funkcjonują pod każdym względem - i politycznym, i gospodarczym.

Jeżeli śledziliście losy przypadkowej bibliotekarki, to wiecie, że oprócz bibliotek, filii bibliotecznych, bibliotek- łódek istnieje też coś takiego jak bibliobus, który dojedzie wszędzie tam, gdzie znajduje się ktoś kto chciałby korzystać z biblioteki.

E jak egalitaryzm
- W Szwecji jest silne przekonanie, że ludzie wykształceni muszą promować kulturę i czytelnictwo wśród wszystkich warstw społecznych. W Polsce silne są elitaryzm i przekonanie, że istnienie ciemnych mas to jakieś prawo przyrody, że tak zawsze było i będzie - twierdzi tłumacz literatury polskiej Stefan Ingvarsson.
Przekonanie, że czytać mogą i powinni wszyscy, przyczyniło się do rozwoju szwedzkiej powieści, tego najbardziej egalitarnego z gatunków literackich. W Szwecji na pytanie, co jest najważniejsze w literaturze, krytycy, pisarze, czytelnicy i wydawcy odpowiedzą: opowieść, dobra historia. W Polsce odpowiedź zabrzmi: język. W Szwecji, dyskutując i pisząc o książkach, wiele miejsca poświęca się tematowi, strukturze utworu i wiarygodności bohaterów, w Polsce w zanikającej debacie literackiej najważniejsze są dywagacje na temat stylu. Polska ma lepszych poetów i przekonanie, że dobra literatura jest mało przystępna, a szwedzką - starannie skonstruowaną i zredagowaną - powieść czyta cały świat.

Kiedyś w szwedzkich bibliotekach nie było literatury "zbyt popularnej", ale z czasem zmieniono zasady zakupu książek właśnie po to żeby mniej wymagający czytelnik też mógł znaleźć coś dla siebie. Książki z najwyższej półki trafiają do bibliotek z reguły odgórnie i bezpłatnie od Kulturrådet. W ten sposób ministerstwo kultury wspiera bardziej "zaawansowane" czytelnictwo.

P jak pragmatyzm
- Często porównuję sukcesy szwedzkiej literatury z sukcesami szwedzkiej muzyki pop. Mamy sprzyjającą infrastrukturę, wiele szkół i kursów pisania kreatywnego. Poza tym Szwedzi są dobrymi przedsiębiorcami. Skoro mamy dobry produkt - a książka też jest produktem - to dla tego produktu tworzymy cały przemysł - mówi agentka literacka Lena Stjernström.
I nie chodzi tylko o to, że Szwedzi, naród ceniący rozsądek i pragmatyzm, zbudowali system ściśle współpracujących bibliotek, a działalność instytucji zajmujących się czytelnictwem jest skoordynowana. Jak w każdym biznesie Szwedzi sprawdzają, co można poprawić, i szukają nowych dróg. Na przykład tworząc specbiblioteki dla wybranych grup.
Jedną z najsłynniejszych jest sztokholmska Tio Tretton, do której wstęp mają tylko dzieci od 10 do 13 lat. Powstała, bo badania wykazywały, że ta grupa wiekowa przestaje chodzić do bibliotek dla maluchów, a nie czuje się pewnie w bibliotekach dla nastolatków. W Tio Tretton można gotować, nagrywać piosenki i czytać książki tuż pod sufitem, na drabinkach, a animatorzy zawsze mają czas na słuchanie pomysłów. Projektanci oparli się na ankietach, w których dzieci opisywały swoje wymarzone miejsce.

Traktowanie książki jako produkt może lekko bulwersować, ale to jest najlepsze, co mogło się przydarzyć szwedzkiej książce. Przedsiębiorczość Szwedów jest dobrze znana, umieją zadbać o rozwój i promocję, czego dowodem są sukcesy szwedzkiej literatury za granicą.

Byłam w Tio Tretton. Niesamowite miejsce! Biblioteka to tylko część działalności Tio Tretton, ale właśnie to jest dowodem, że jest ważną częścią pozaszkolnego życia tej grupy wiekowej.

Inny przykład: wśród nastoletnich chłopców spada czytelnictwo. Zajmująca się jego promocją Szwedzka Rada Kultury nie postawiła jednak na spotkania w bibliotekach, bo eksperci wyjaśnili urzędnikom, że aby się stać czytelnikiem, trzeba uznać czytanie za coś atrakcyjnego, a akcje biblioteczne docierają do już przekonanych. Zamiast tego zadano sobie pytanie: co młodzi chłopcy robią w wolnym czasie? Najczęściej grają w piłkę lub uprawiają inne sporty. Dlaczego więc nie zacząć współpracy z trenerami klubów sportowych? Rada zaczęła zabiegać o to, by jadące na zawody nastolatki miały w autokarze dobre lektury, a trenerzy mówili im, że czytanie jest cool. Bo oni szybciej zachęcą opornych chłopaków do książki niż nauczycielka tłumacząca, że "czytelnictwo wzbogaca język".

Żeby zachęcić nastoletnich chłopców do czytania w konkursach czytelniczych można było w naszej bibliotece wygrać  nie kolejne książki, a np. X-box, czyli coś o czym marzy każdy nastolatek, a ciągle nie każdy ma. To dobra przynęta! Za książki chwytali ci chłopcy, którzy ostatnimi czasy czytali niewiele. Każdy chciał wygrać.

P jak pisarz
Szwecja dba nie tylko o odbiorcę, ale również o twórcę. W 1954 r. wprowadzono uiszczaną przez państwo opłatę biblioteczną, która rekompensuje autorom straty wynikającego z tego, że ich książki są nie tylko sprzedawane, ale także wypożyczane. W zeszłym roku do Funduszu Pisarzy trafiło dzięki niej ponad 139 mln koron (blisko 64 mln zł), z czego 53 mln wypłacono pisarzom i tłumaczom, a resztę przeznaczono dla twórców w postaci stypendiów.
Zresztą sami ludzie pióra potrafią lobbować w swoich sprawach i są solidarni. Tu żaden przytomny autor nie pisałby paszkwili na domagającą się lepszych zarobków dla pisarzy Kaję Malanowską. Większość twórców należy do silnego związku zawodowego, który zapewnia bezpłatną pomoc prawników i dzięki umowom ramowym z wydawnictwami gwarantuje przyzwoite zaliczki oraz to, że tantiemy autorskie nie będą niższe niż 25,5 proc. ceny hurtowej książki. Związek Pisarzy i Tłumaczy pilnuje nawet tego, by honoraria za spotkania autorskie w bibliotekach nie były mniejsze niż 6 tys. koron (około 3 tys. zł), a ostatnio wynegocjował z rządem podwyżkę opłaty bibliotecznej.

Tłumacze w Szwecji mają silną pozycję. Docenia się ich pracę. Wspiera ich Szwedzka Rada Kultury. Tłumacz może na koszt Rady przetłumaczyć kilkanaście stron obcojęzycznej książki (lub z języka szwedzkiego na  jakiś język obcy), żeby poźniej próbować znaleźć wydawcę. Honorarium za te kilkanaście stron jest kilkakrotnie wyższe niż tłumacz w Polsce otrzymuje za całą powieść. Nawet jeśli książki nie uda się wydać, tłumacz zachowuje honorarium.

M jak media
W największym dzienniku "Dagens Nyheter" codziennie ukazują się dwie-trzy duże recenzje. Powieść opublikowana w uznanym wydawnictwie może liczyć na 17-20 recenzji w prasie papierowej, a wywiady z autorami robi się częściej niż z politykami.

Wywiady w gazetach, radiu i telewizji, spotkania z autorami, recenzje, przeceny i promocyjne ceny nowości to szwedzka codzienność. Czasem strach otworzyć lodówkę...

Popularną rozrywką są kluby książkowe wśród znajomych. Spotykają się mniej więcej raz w miesiącu, żeby przy kolacji i lampce wina podyskutować o przeczytanej lekturze.

***
Jak widać, literatura jest w Szwecji jednocześnie czymś egalitarnym - bo czytają wszyscy - i prestiżowym, bo warto i modnie o niej dyskutować oraz pisać. Odwrotnie niż w Polsce. Zdaje się, że w naszym podejściu do książki musimy zmienić niemal wszystko.

 

Czuję się bardzo zachęcona do przeczytania Szwecja czyta, Polska czyta!

 

Lekka lektura na ciężką zimę IV (5)

bookfa

Postaram się krótko i na temat. Wystartowałam w tym roku z akcją chyba trochę późno, bo robię wpis na kuchennym stole między półmiskami i blachą z ciastem. Żeby nie zderzyć się w końcu z Mikołajem i jego worem pełnym prezentów tym wpisem kończę tegoroczną edycję Lekkiej lektury na ciężką zimę.

Tym razem jest to Poniedziałek, który zaczyna się w sobotę Arkadija i Borysa Strugackich. Jest to dzieło trudne do sklasyfikowania. Jedni nazywają to SF, inni satyrą, a jeszcze inni socjalistyczną komedią lub surrealistycznym matrixem. Jest szansa, żeby się przekonać kto ma rację. Proponuję egzemplarz wydany przez Iskry i Radugę w roku 1989.

IMG_00071

Jeżeli ktoś ma ochotę przygarnąć proponowaną książkę może się zgłosić w komentarzu pod tym wpisem lub na fejsie. Motywacja niekonieczna, ale może pomóc wygrać. Jeżeli chętnych będzie więcej niż jedna osoba, wylosuję szczęśliwca, jednego spośród tych którzy mnie przekonali, że powinni wygrać proponowany tytuł.

 IMG_00011

Zapraszam po książkę. Jednocześnie bardzo dziękuję za udział w losowaniach. Jutro lista szczęśliwców do których zaraz po świętach wyślę książki.

Lekka lektura na ciężką zimę IV (3)

bookfa

Albo raczej lekka lektura na bardzo lekką zimę? Za oknem prawie wiosna. W tej chwili jest PLUS 11 stopni. Sprawdziłam pomiary z tego samego dnia i okazuje się, że przez ostatnich 30 lat nie było nigdy tak wysokiej temperatury.

Ale co tam!

 

Jest kolejna książka. Dziś propozycja dla fanów Johna Irvinga. Do wzięcia jest Świat według Garpa wydany przez wydawnictwo Czytelnik. Egzemplarz mimo, że pochodzi z 1990 roku jest w stanie idealnym.

IMG_00091

Zasady udziału w losowaniu można znaleźć w poprzednim wpisie.

Zapraszam serdecznie!

Lekka lektura na ciężką zimę IV (2)

bookfa

Jak ten czas leci. Już po raz czwarty pomagam Mikołajowi choć trochę uprzyjemnić Wam święta. To edycja akcji dla fanów bloga i jednocześnie miłośników pożółkłych kartek i książek z duszą. Nie będzie żadnych nowości, które okupują pierwsze miejsca wydawniczych list przebojów.

W najbliższych dniach będą pojawiać się na blogu książki, które można będzie sobie wygrać. Dziś druga propozycja.

Jeżeli ktoś nabierze ochoty na którąś z prezentowanych może się po nią zgłosić w komentarzu pod wpisem na blogu lub na fejsie. Motywacja niekonieczna, ale mile widziana, może się zdarzyć, że to pomoże wygrać. Zgłoszenie dotyczy prezentowanego we wpisie tytułu. Jeżeli chętnych będzie więcej niż jedna osoba, wylosuję szczęśliwca, jednego spośród tych którzy mnie przekonali, że powinni wygrać proponowany tytuł. Książki będą prezentowane jeszcze przez kilka dni, a ich losowanie odbędzie się po zaprezentowaniu ostatniej. Potem wszystkie zostaną wysłane do swoich nowych domów.

Oto dzisiejsza propozycja, Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego. Dla czytelników o silnych nerwach zainteresowanych naszą mroczną historią. Jest to egzemplarz (stan idealny) z filmową okładką, wydany przez Niezależną Oficynę Wydawniczą w 1990 roku. Na podstawie wasnego scenariusza Ryszard Bugajski w kierowanym przez Andrzeja Wajdę Zespole Filmowym X nakręcił w 1982 film pod tym samym tytułem, który po burzliwej kolaudacji (wypowiedzi uczestników kolaudacji znajdują się na końcu książki) w Ministerstwie Kultury i Sztuki został objęty zarazem publicznego wyświetlania. Film wszedł do oficjalnej dystrybucji dopiero w 1990 roku. Według mnie to najlepszy film reżysera i najlepsza rola w karierze Krystyny Jandy.

IMG_00102

Zapraszam.

Mdłości

bookfa

Niedobrze mi się robi. Ostatnio przewala się przez net kolejna fala analiz fenomenu czytelniczego w Szwecji.
TO NIE JEST ŻADEN FENOMEN!
Fenomenem jest nieczytająca Polska, te tabuny pseudointelektualistów i pseudointeligentów, którzy nie czytają niczego poza instrukcjami obsługi.

czytelnictwo
W Szwecji czytanie, obok oddychania, spania i jedzenia należy od najzwyklejszych czynności życiowych i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

Czytają WSZYSCY.

O literaturze rozmawia się tu tak często i chętnie jak w Polsce o polityce. Do radia zaprasza się (nawet kilka razy w tygodniu) pisarzy, prezentuje i omawia nowości. Podobnie jest w telewizji, prawie każdy kanał telewizyjny ma własny program o literaturze, a jeśli nie cały program to przynajmniej cykliczne rozmowy o książkach w ramach bloków programowych. Każda szanująca się gazeta przynajmniej raz w tygodniu poleca coś do czytania, od kryminałów, bajek po dzieła naukowe.
Biblioteki są dla wszystkich, a nie dla wybranych. Kupują to co ludzie chcą czytać, nie mają ambicji zmuszać do czytania dzieł z najwyższej półki. Obowiązuje zasada, że każdy czyta co chce, najważniejsze, żeby czytał i korzystał w tym celu z biblioteki.


Czemu mi się robi niedobrze? Przede wszystkim dlatego, że niektórzy autorzy i blogerzy, którzy piszą o "szwedzkim fenomenie" oburzają się, że Polacy jeżeli już czytają, to czytają byle co. A przecież to właśnie niektórzy z nich piszą byle co lub polecją byle co. Może więc warto przestać krytykować CO ludzie czytają, bo dla każdego dobre jest co innego. Może dowolność w doborze lektury to jest jest pierwszy krok, żeby Polacy zaczęli czytać?

 

Trzy ofiary, w tym jedna całkiem martwa

bookfa

Alek Rogoziński

Ukochany z piekła rodem

Melanż, 2015, stron 270

Czytając tę powieść obiecywałam sobie, że pisząc o niej nie wspomnę o Joannie Chmielewskiej z dwóch względów. Po pierwsze nie lubię porównywać, bo każdy autor jest niepowtarzalny, a po drugie, bo to sugeruje naśladownictwo, co w przypadku debiutu absolutnie nie jest wskazane.

Kiedy jednak dotarłam do końca powieści przeczytałam, że Alek dziękuje mamie za to, że gdy miał osiem lat wręczyła mu Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej. Zgaduję, że ta lektura zrobiła na przyszłym pisarzu już wtedy duże wrażenie.

 

ukochanyzpieklarodem

Bohaterką powieści jest popularna autorka romansów, Joanna. Do szczęścia nie brakuje jej właściwie niczego poza wielką, dozgonną miłością. Wygląda na to, że w Zakopanem los jej sprzyja, bo stawia na jej drodze sporo młodszego przystojnego fotografa. Joanna z miejsca traci dla niego głowę. Szybko zostają parą i zamieszkują razem. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo. Pewnego dnia Joanna (wchodząc po drabinie do domu przez okno w łazience) natyka się na zwłoki swojego amanta. Zszokowana zbrodnią razem ze swoją menedżerką Betty rozpoczyna własne śledztwo, ponieważ nie bardzo wierzy w skuteczność policji.

Nie wykluczam, że wybór imienia i profesji głównej bohaterki jest ukłonem autora w stronę jedynej i absolutnie niepowtarzalnej Joanny Chmielewskiej. Fascynacja ośmiolatka! Ja sama, jako wielbicielka literatury sensacyjnej od zawsze, czytałam w tym wieku takie kryminały jak Uwaga czarny parasol i Kapelusz za sto tysięcy Adama Bahdaja. I do dziś wspominam je z wielkim sentymentem. Na marginesie dodam, że Wszystko Czerwone Joanna Chmielewska miała napisać dopiero za pięć lat.

Alek Rogoziński wziął udział w tegorocznej edycji A może nad morze? Z książką. Miałam więc okazję poznać go osobiście i mam wrażenie, że Ukochany z piekła rodem to „cały” Alek Rogoziński. Wierzcie mi, Alek to niezwykła osobowość!

"Urodziłem się w czasach, kiedy cały nasz kraj żył na kredyt, władzy nikt nie kochał (a i tak jedyna słuszna partia zdobywała 99% głosów w "wyborach"), ale ludzie byli dla siebie o wiele bardziej serdeczni niż teraz. Wychowałem się na samych tylko niedozwolonych lekturach. Gdy inne - normalne! - dzieci czytały "Abecadło" i obowiązkową lekturę "Timur i jego drużyna", tudzież oglądały w telewizji "Przygody Bolka i Lolka", ja zaczytywałem się w powieściach Joanny Chmielewskiej i Agathy Christie, w kucki z przedpokoju (żeby rodzice nie wiedzieli, choć mam wrażenie, że i tak podejrzewali, że tam jestem) podglądałem kolejne odcinki serialu "Ja, Klaudiusz...", nakręconego na podstawie znakomitej powieści Roberta Gravesa, a potem, już w latach 80., chodziłem na wagary do kina "Moskwa" na "Pokój z widokiem" Jamesa Ivory, czyli ekranizację genialnie napisanej książki E.M. Forstera. Obejrzałem ten film kilkanaście razy (kiedyś repertuar zmieniał się w kinach o wiele rzadziej niż dzisiaj!), ale to i tak nie jest mój rekord, bo więcej razy widziałem "12 prac Asterixa" i "Powrót do przyszłości". Dzisiaj nadal mam w sobie wiele z dzieciaka. Znakomicie bawię się na komediach (i to, niestety, nie tylko tych Woody'ego Allena, co jeszcze jako tako by uszło w oczach intelektualistów), chętnie wracam do komediowego cyklu powieści śp. Sue Townsend o Adrianie Mole'u albo pamiętnika Bridget Jones, no i niezmiennie od czasu, gdy miałem 12 lat kocham Madonnę (pewnie mi już nie przejdzie). I nadal - tak jak w czasach młodości - moim idolem jest dobry wojak Szwejk. A ponieważ jestem zodiakalnym Wodnikiem, więc mam też i drugą - bardziej ponurą stronę natury, która kocha mroczne powieści historyczne, twórczość Petera Greenaway'a i melancholijną muzykę barda francuskiego variete - Jean-Louisa Murata. To tyle. I tak wyszło tego zdecydowanie za dużo..."

Ukochany z piekła rodem to lekka i przyjemna powieść kryminalna z nieoczekiwanym zakończeniem. Czyta się świetnie dzięki dowcipnym dialogom oraz barwnym postaciom pierwszo- i drugoplanowym. Podejrzewam, że tworząc osoby dramatu autor inspirował się postaciami ze świata realnego i dla nich jest to jeszcze bardziej rozrywkowa lektura. Niestety nie jestem z branży, więc nie rozszyfrowałam who is who.

Jedyne co mi nieprzyjemnie zgrzytnęło w lekturze to scena w windzie, czyli rozdział XVI. Żeby ukryć tożsamość jednej z osób autor posługuje się określeniem „osoba”. Cały ten rozdział wypada, delikatnie mówiąc, drętwo i psuje mi efekt całości. Zrezygnowałabym z tej sceny bez żalu.

Powieść kończy się wprowadzeniem do kolejnej dostępnej już w księgarniach Morderstwo na Korfu. Na pewno przeczytam. I mam nadzieję, że to będzie wcześniej niż później!

8/10

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci