Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

chick lit

Martwy od początku

bookfa

Magdalena Witkiewicz

Opowieść niewiernej

Świat Książki, 2012, stron 224 

Naprawdę można cofnąć czas, jeżeli się tego bardzo chce. Czasem tylko nie potrafimy tego zrobić. Nie wiemy, gdzie nacisnąć, by wskazówki się przekręcały w odwrotnym kierunku. Ten przycisk mamy w sobie i od siebie trzeba zacząć. Mnie się udało.(…) Ten romans był katalizatorem zmian. Pokazał mi moje życie w prawdziwym świetle. Bez złudnych marzeń i nierealnych oczekiwań, szare, brudne, nieciekawe, z człowiekiem który mnie po prostu nie kochał.

???

To fragmenty 17 rozdziału, które zdają się pochodzić z zupełnie innej książki. Brzmią nawet w miarę rozsądnie, choć nie zgadzam się, że czas można cofnąć. Nawet gdyby się nie wiem jak chciało, to się nie da. Można jednak nauczyć się czegoś na własnych błędach i nie popełnić podobnej pomyłki. Można lepiej wykorzystać kolejną życiową szansę.

Ale wracając do sensu przytoczonych wcześniej słów Ewy, nieco egzaltowanej i wyjątkowo niekonsekwentnej bohaterki oraz narratorki opowieści, bo o nie mi głównie chodzi. Niestety nie mają wiele wspólnego z tym, co jest we wcześniejszych 16 rozdziałach.  Ewa miota się w jakimś dziwnym związku, wyobraża sobie nie bardzo wiadomo co, buduje zamki z piasku i brnie dalej, choć niby wie, że to wszystko nie ma sensu. Kompletnie niezdolna do jakiejkolwiek decyzji i działania, żeby coś zmienić w swoim życiu. Narzeka, psioczy, że mąż beznadziejny, że wszystko nie tak. I już, już… jakimś zdawałoby się cudem, jest gotowa podjąć męską decyzję i rzucić tego drania, co to zamiast ją kochać tylko pracuje i liczy pieniądze, kiedy nagle jej serdeczna przyjaciółka, która od początku namawia ja do rozwodu, nagle radzi jej się zastanowić i jeszcze raz przemyśleć swoje decyzję. No to mamy kolejne pół książki miotania się, rozwieść się czy nie, a może lepiej zrobić sobie dziecko z mężem kretynem. Tylko na co to dziecko? Żeby jednak się nie rozwodzić i mieć ku temu pretekst, że dla dobra dziecka. I pewnie miotałaby się w tym związku dalej, gdyby nie zrezygnował z niego w końcu jej mąż, Maciek. Nie ma się więc czym chwalić, że jej się udało, coś tam w sobie zauważyła, znalazła przycisk i szast prast wskazówki zaczęły się kręcić w odwrotnym kierunku.

Tak naprawdę to nie jestem pewna czy mąż Ewy nie kochał. Pewnie kochał po swojemu, tylko, że ten związek małżeński od samego początku był dziwny, jakby martwy. Według mnie Maciek się właściwie nie zmienił.

W tamtym czasie, byłam gotowa zrobić dla Maćka wszystko. Nie musiałam mieć nawet białej sukni, welonu i tabunu gości, skoro on nie bardzo tego sobie życzył. Nie chciał wesela, oczepin, rzucania welonami i muszkami w panny i kawalerów, których zresztą zawsze na ten parkiet trudno było wyciągnąć. To było naprawdę nieistotne. Dla niego, mogłam iść do ślubu, ubrana w zwykłą sukienkę, w wianku zrobionym z, wcześniej przez nas zebranych, polnych kwiatów. Ślub był formalnością. Na jego własne życzenie. Ja skończyłam studia, pracowałam za niewielkie pieniądze, on, jak na tamte czasy zarabiał bardzo dużo. Potrzebna mu była żona, by zapłacić mniejszy podatek… Chciał się wspólnie rozliczać…

Gdzieś w opisach książki przeczytałam, że jest to historia o umieraniu związku, ale co tam miało umierać skoro od samego początku (przynajmniej ze strony męża) było w nim więcej kalkulacji niż uczucia?

Chciało mi się rwać włosy z głowy przy czytaniu. Nonsens gonił nonsens. Kiedy nie narzekała na męża, przystrojona w koronki próbowała „ratować” małżeństwo. Odgrzebała też stare znajomości, co zaowocowało w końcu skokiem w bok (nazywanie tego romansem, to według mnie duża przesada). Nie mogłam się nadziwić, że kolejny beznadziejny układ (z jeszcze bardziej beznadziejnym facetem niż własny mąż) w jaki się wplątała dawał jej satysfakcję. Seks wyglądał na równie byle jaki jak z Maćkiem, no może tylko trochę bardziej pikantny, bo np. w windzie lub na służbowym biurku.

Zdaję sobie sprawę, że takie kobiety mogą naprawdę istnieć i żyć w podobnych związkach, ale czytanie o tym mnie przerosło. Książka może nie jest zła, na pewno znajdą się czytelniczki, które będą się identyfikować z bohaterką powieści. Nie wiem, czy to dlatego, że jestem zupełnie inna niż powieściowa Ewa, czy, że sama za dużo przeszłam w życiu (w końcu mam za sobą nieudany związek zakończony burzliwym rozwodem), czy jeszcze o co innego chodzi, ale niestety historia tego małżeństwa nie ruszyła mnie właściwie nic a nic. A może jestem tylko nietrafioną czytelniczką? Narracji nie mogę nic zarzucić, autorka potrafi pisać, ale czy dla mnie,  przekonam się innym razem. Mam jeszcze dwie jej powieści.

kursywą fragmenty powieści



 5/10

Ach ten Paryż!

bookfa

Ewa Formella

Pamiątka z Paryża

Wydanie własne autorki, 2012, stron 198

 

Pamiątka z Paryża to dość wyjątkowy romans. Oprócz, jak dla mnie, zbyt obficie podlanego łzami wątku miłosnego jest tam po prostu fantastyczny, nietypowy przewodnik po Paryżu. Byłam w tym cudownym mieście kilka lat temu i marzę, żeby kiedyś znów tam pojechać pomimo, że np. wielce się rozczarowałam oglądając słynnych impresjonistów w oryginale. Dzięki powieści Ewy Formelli poczułam znów magię tego miasta i strasznie zachciało mi się tam znów być. Niektóre miejsca opisane w powieści miałam okazję zobaczyć, inne poznałam dzięki autorce. Jeżeli pojadę do Paryża znowu, spojrzę na pewno na niektóre z nich przez pryzmat powieści.

Tytułowa pamiątka z Paryża wbrew temu co by się mogło wydawać, to nie żadna miniaturka wieży Eifla. Nie mogę jednak zdradzić nic więcej, żeby nie zepsuć lektury.

Osiemnastoletnia Kasia wyjeżdża  na kilka dni do Paryża w odwiedziny do swojej ciotki. Niefortunny zbieg okoliczności, wrodzona fantazja i lekkomyślność (żeby nie powiedzieć bezmyślność) sprawia, że jej wakacje nie będą takie jakich spodziewa się czytelnik posiadający choć śladowe ilości rozsądku. Nagły powrót do domu i późniejszy wypadek powodują, że ta nieco oderwana od rzeczywistości, niepoprawna marzycielka zamiast żyć tu i teraz, żyje przez lata paryskimi wspomnieniami, czyli płacze i wspomina, wspomina i płacze. Po latach los da jej szansę przekonać się czy było warto.

Paryż na kartach książki to nie tylko wycieczka po niezwykłym mieście, ale także spory kawałek fascynującej historii tego miasta i sami Paryżanie. Podejrzewam, że czegoś takiego nie da się znaleźć w żadnym przewodniku, a nawet jeżeli, to nie jest to na pewno opowiedziane w taki sposób. Aż chciałoby się więcej! Informację o ICE ( In Case of Emergency) też chyba niełatwo gdzieś znaleźć. O tym jakie to ważne i praktyczne też dowiedziałam się z książki.

Jeżeli się więc nie jest amatorką ckliwych romansów, to i tak książka może się spodobać. Lekkie pióro autorki i niezwykła umiejętność gładkiego opowiadania historii to wielki atut tej powieści. Szczegóły wątku romansowego pominę, bo mam w ogóle problem z historiami miłosnymi, które mają na celu chwycić czytelnika za serce. Bardzo możliwe, że mam serce w innym miejscu niż wszyscy, to mogłoby mnie tłumaczyć. Podoba mi się jednak wyjątkowo rozsądny finał tego romansu i za ten finał bardzo autorce dziękuję.

7/10

Koniec to początek

bookfa

Aneta Borowiec

Wilczyce

Agora SA, 2012, stron 320

 

W daleką podróż wybrały się ze mną dwie powieści polskich pisarek. Plany miałam ambitne,  chciałam przeczytać obie. Niestety zdążyłam przeczytać jedną, tę którą miałam w telefonie i tym sposobem odkryłam, że jest to bardzo dogodna forma czytania w podróży, w dosłownie każdym miejscu i (prawie) każdej sytuacji. Książka jest zawsze pod ręka, w kieszeni lub torebce i można ją wyciągnąć choć na chwilę wszędzie i w dowolnej chwili, ściskać w ręku bez strachu, że ucierpi na tym okładka. No genialne rozwiązanie po prostu! Tak podróżowały ze mną Wilczyce Anety Borowiec. Papierowy Kamyk Joanny Jodełki leżał zamotany w sweter w walizce, żeby się nie uszkodził, nie wygiął, nie podarł, nie pogniótł... Tym sposobem objechał w tej walizce pół świata i wrócił do domu w stanie nienaruszonym.

Nie jest łatwo czytać kiedy zewsząd atakują widoki znane do tej pory tylko z telewizji lub bajecznie kolorowych fotografii. Tak więc, czytałam jak tylko udało mi się oderwać choć jedno oko od kilkumetrowych opuncji, niewiele niższych agaw, palm tak wysokich, że żeby zobaczyć ich czubek trzeba było zadrzeć głowę do góry aż do bólu szyi, niebieskich ptaszków wyglądających jakby przed chwilą uciekły komuś z klatki, armii rozbrykanych wiewiórek, rozkrzyczanych lwów morskich, oceanu pomrukującego w specyficzny, absolutnie fantastyczny sposób, muszli w rozmiarze XL, ukwiałów kołysanych przez fale, torebek, butów i jeszcze miliona innych rozpraszających rzeczy. Choćby z tego względu Wilczyce utkwią w mojej pamięci szczególnie głęboko.

Niedawno podjęłam męską decyzję, że będę czytać tylko trzydzieści stron powieści i jeżeli mnie nie wciągnie z kopytami, to zacznę czytać kolejną. Z Wilczycami ten numer się nie udał. Autorka opowiada swoją historię tak gładko, że nie dało się jej odłożyć przed doczytaniem do końca. No po prostu samo się czyta. Oprócz tego moja bezgraniczna sympatia do polskich, młodych (czyli wszystkich młodszych ode mnie) autorek też nie była bez znaczenia.

Może nie jestem dokładnie tą grupą wiekową, do której skierowana jest powieść, ale doceniam jej walory edukacyjne i tak. A może właśnie dlatego je w ogóle od razu zauważyłam? Autorka wielokrotnie powtarza złotą myśl, że nie ważne co ktoś zrobił, tylko ważne jest to, co my z tym zrobimy. Naprawdę warto to zdanie zapamiętać! I choć może Natalia, bohaterka powieści, która w obliczu zdrady ukochanego targana mieszanymi uczuciami nie kieruje się tą myślą tak do końca, to jednak okoliczności sprzyjają podejmowaniu całkiem rozsądnych decyzji. Nie jest to jednak kolejna powieść o zdradzie i wybaczaniu, która ma na celu wyciskać z czytelników łzy i ściskać za serce. To powieść o tym, że znaleźć się nagle na rozstaju, to jeszcze nie koniec świata, że warto odważyć się porzucić wygodną, często wyimaginowaną stabilizację. Do tego dochodzą rodzinne tajemnice, których odkrycie przewartościowuje i przewraca do góry nogami to i owo. W ogóle tajemnicom autorka poświęca dość dużo uwagi, a ja się z nią zgadzam właściwie w stu procentach. Też nie widzę w tajemnicach absolutnie niczego pozytywnego. To po prostu unikanie tematów trudnych i niewygodnych. Na dłuższą metę potrafią skutecznie zatruć życie, a historia opowiedziana przez autorkę jest na to najlepszym dowodem. I za to duży plus dla powieści!

 7/10

 

Za co te miliony?

bookfa

Lauren Weisberger

W pogoni za Harrym Winstonem

Wydawnictwo Albatros, 2009, stron 430

Wakacyjne czytanie szlo mi wyjatkowo opornie w tym roku. W Polsce bylam krotko a plan wizyty byl bogaty, wiec zasypialam wieczorami nad ksiazka po przeczytaniu tylko kilku stron. Jakos tez tym razem wzielo mnie bardziej na czytanie gazet, ktorych na codzien w domu nie mam z wiadomych wzgledow.

Jezeli napisze, ze przeczytalam W pogoni za Harrym Winstonem to sklamie. Bardziej adekwatne bedzie stwierdzenie, ze te powiesc zmeczylam. Kompletnie nie rozumiem popularnosci tej autorki. Dawno temu, na dlugo zanim powstal film, przeczytalam powiesc Diabel ubiera sie u Prady. Tez mi jakos nie szlo to czytanie, na boku czytalam jeszcze cos innego, zeby nie dac sie Weisberger zanudzic na smierc.

Oniemialam na wiesc o tym, ze powstanie film i ze Meryl Streep zagra w nim Mirande. Film obejrzalam razem ze starsza corka i stwierdzilam, ze jest to jeden z przypadkow na milion kiedy film jest o niebo lepszy od powiesci na ktorej zostal oparty.

Nie ma watpliwosci, ze to zasluga Meryl Streep! Ona nalezy do tych aktorek, ktore umialyby zagrac genialnie nawet wtedy gdyby chodzilo o ekranizacje ksiazki telefonicznej. Ludzie i tak by walili do kin drzwiami i oknami. Jestem pewna, ze to wlasnie Meryl Streep Lauren Weisberger zawdziecza blyskotliwy rozwoj kariery. Filmowa Miranda jest sto razy lepsza od tej ksiazkowej. Za nastepna ksiazke Weisberger zainkasowala juz okragly milion (!!!) samej zaliczki. Niestety tej powiesci nie czytalam i nie jestem pewna czy w ogole po nia siegne. Kupowac jej nie zamierzam, chyba, ze ktos mnie nia przypadkiem obdarzy.

Rozpisalam sie o "karierze" Lauren Weisberger a mialo byc o W pogoni za Harrym Winstonem. Zagadkowy jest juz dla mnie sam jej tytul bo poza nim o Harrym Winstonie nie ma wlasciwie nic wiecej niz jeden maly epizod, z reszta bez zadnego wplywu na akcje powiesci, ktora ma byc nota bene, wkrotce sfilmowana!

Sa trzy przyjaciolki, jedna bez stalego faceta, druga porzucona wlasnie przez faceta i trzecia kochana na zaboj przez jeszcze innego faceta. I to chyba wszystko co moge napisac o jej bohaterkach. Mniej wiecej w okolicach dwusetnej strony zorientowalam sie, ze moge je strescic w dwoch zdaniach. W szkole takie pisanie moja polonistka nazywala wodolejstwem czyli potok slow i zero tresci. Potem jakby zaczyna sie cos dziac choc sposob narracji jest na tyle nowatorski, ze kiedy wydaje sie, ze juz, juz cos sie nareszcie stanie to nagle zaczyna sie nowy akapit i akcja przenosi sie kilka tygodni lub miesiecy naprzod a to co sie wydarzylo wczesniej opisane jest w kilku zdaniach. Az sie chce krzyczec: Hallo!? Tylko tyle?! Wiecej szczegolow prosze!

I tak sie to wlecze az do konca. Po drodze zas mozna jeszcze zaliczyc pare literowek, ktore kaza sie zastanowic czym zajmuja sie korektorzy i redaktorzy i co sie stalo z poczciwa errata, ktora kiedys kazde szanujace sie wydawnictwo dolaczalo z przeprosinami do spartaczonej w druku ksiazki.

Najbardziej ze wszystkiego podobal mi sie watek z papuga Otisem i okladka ksiazki choc z tylu jest tekst, ktory ma sie nijak do jej tresci. No ale czego sie dzis nie zrobi zeby marketing byl skuteczny?

3/10

Radosc z powodu ostatniej strony

bookfa

Monika Szwaja

Zatoka Trujacych Jabluszek

Wydawnictwo SOL, 2009, stron 654

Skonczylam Szwajowy maraton jakies dwa tygodnie temu i czulam taki przesyt, ze nie moglam sie nawet zmusic zeby skrobnac tu pare slow na ten temat. Robie to teraz bo za kolejne dwa tygodnie bede musiala przekartkowac Zatoke Trujacych Jabluszek zeby moc cokolwiek o niej napisac. Nie jest to cos co zapadnie mi w pamiec na wieki.

Generalnie lubie czytac cegly bo jakos zawsze dziwnie mocno przywiazuje sie do bohaterow, ze zal mi sie z nimi rozstawac na ostatniej stronie i chcialabym wiecej. Tym razem odetchnelam z ulga bo choc poczatek Zatoki byl dosc obiecujacy, ze nawet bylam sklonna powiedziec, ze najlepszy z calej trylogii to potem zmienilam zdanie. Zapowiedz podrozy na Karaiby powitalam z entuzjazmem, ktory opadl jak juz sie te Karaiby zaczely. No nie czulam tego i juz. Potem lekko sie ucieszylam na watek sekciarski, ktory mial tak zenujaco plaski final, ze na koncu zirytowal mnie nawet wlasny entuzjazm poczatkowy. Ostatnia strona powiesci naprawde mnie ucieszyla!

Nie umiem juz teraz okreslic nawet, ktory tom przypadl mi najbardziej do gustu ale moge powiedziec z reka na sercu, ze watek szkolny i szpitalny podobal mi sie od poczatku do konca snujac sie od tomu pierwszego, poprzez drugi i trzeci. To zdecydowanie najlepsze kawalki powiesci.

Katastrofa byly dla mnie wszystkie watki milosne. Minimum emocji i maksimum nijakosci. Zeby chociaz autorka myslala macica...

Fajny sposob narracji tomu pierwszego gdzies przepadl po drodze i zrobilo sie juz potem zwykle czytadlo. Obserwacje obyczajowe podane w sposob nietuzinkowy i bardzo trafny to znak rozpoznawczy tomu pierwszego, nieobecne w tomach kolejnych. A szkoda.

Jednak warto bylo przeczytac historie dziewic chocby po to zeby uzmyslowic sobie jak w tym gnajacym naprzod swiecie wazna jest przyjazn, empatia i znalezienie swojego miejsca na ziemi.

5/10 

(Sz)fajowy lukier

bookfa

Monika Szwaja

Dziewice do boju

Wydawnictwo SOL, 2009, stron 654

Trudno nazwac to druga powiescia o dziewicach poniewaz pierwsza urywa sie jakby odrabano jej koniec a nastepna jest wlasciwie bezposrednim ciagiem dalszym. Dziewicom zycie uklada sie coraz lepiej, wszystko jest tak pozytywnie polukrowane, ze az milo (jesli czyta ten blog chociaz jedna osoba, ktorej zycie jest podobnym pasmem sukcesow to prosze zostawic wiadomosc).

Czytajac tom pierwszy jeszcze sie zastanawialam czy jest to tylko zwykle czytadlo czy tez moze cos wiecej, teraz nie mam juz zadnych watpliwosci. Czytadlo ale przez duze C. Fajnie jest poczytac cos tak pozytywnego, oderwac sie od rzeczywistosci, w ktorej lukru nie ma za wiele. Wnioski, ktore sie nasuwaja w trakcie lektury nie sa specjalnie skomplikowanej natury: wystarcza pieniadze i ludzie zyczliwi wokol a swiat staje sie od razu lepszy. Mala zagadka jest dla mnie fakt pojawiania sie idealnych kandydatow na dziewicowych facetow nagle i w tak duzych ilosciach skoro przez 40 lat zadna nie mogla trafic na ani jednego. Ale nie bede sie czepiac bo to jest wlasnie ten szfajowy lukier i niech sobie jest.

Jest tu tez kawalek swietnego biznesplanu: pomysl na szkole XXI wieku gdzie mlodziezy nie traktuje sie przedmiotowo i uczy sie ja myslenia. Czy jest gdzies w polskim realu taka szkola?

Miejsce akcji to oprocz Szczecina (z Walami Chrobrego i Zlotem Zaglowcow) takze Irlandia (nie wiem na ile prawdziwa bo zupelnie mi obca). Watek szczecinski ciagle mnie rozczula i choc Zlot Zaglowcow widzialam w Gdyni to umiem go sobie w wyobrazni umiejscowic na Walach.

Columbusa, w ktorym od czasu do czasu spotykaja sie bohaterowie powiesci nie musze sobie wyobrazac bo znam go z autopsji. Kilka lat temu w pewiem piekny letni wieczor popijalam tam sobie z Choll wytrawne Martini i byl to jeden z fajniejszych ostatnich szczecinskich wieczorow w moim zyciu.

Konczac tom drugi pomyslalam, ze fajnie jest kiedy wszystko co zle i co dobre konczy sie dobrze. I ze mogloby tak byc nie tylko w ksiazkach.

5/10

Kilogram "szczecinskiego syndromu" Szwaji

bookfa

Monika Szwaja

Klub Malo Uzywanych Dziewic

Wydawnictwo SOL, 2009, stron 654

A dokladniej kilogram i dwadziescia dekagram, bo tyle wazy moje wydanie Szwaji. Jak sie czlowiek nie spieszy z kupowaniem nowosci to w koncu moze mu sie trafic jakies nietypowe wydanie dziel zebranych w jedno tomisko. Tak trafila mi sie wlasnie Szwaja. Byl to jeden z prezentow gwiazdkowych, ktorym zostalam obdarowana przez mojego osobistego.

Wydawnictwo SOL wydalo w jednym tomie trzy powiesci o malo uzywanych dziewicach. Podejrzewam, ze wszyscy (lub prawie wszyscy), ktorzy czytaja cos poza rozprawami naukowymi juz to czytali. Dla mnie jednak bylo to pierwsze zetkniecie sie z tworczoscia Moniki Szwaji. Swietej pamieci Lucjan Kydrynski mowil o pewnym typie muzyki: lekka, latwa i przyjemna. Mysle, ze te slowa najlepiej oddaja charakter tego co wlasnie czytam. Jestem w tej chwili po pierwszej czesci tej trylogii czyli po Klubie Malo Uzywanych Dziewic i zaglebilam kly w czesci drugiej czyli Dziewicach do boju.

Moje tomisko to 654 strony dosc drobnego druku czyli wieksze niz jeden Larsson. Czyta sie lekko, Szwaja ma dosc nietypowy sposob narracji, jakby gawedzila z czytelnikiem. Podoba mi sie jej poczucie humoru, spostrzegawczosc i sposob pisania o rzeczach nie zawsze wesolych. To ksiazka, ktora zacheca do czynienia dobrego (wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi), bycia zyczliwym dla swiata i ludzi a nie gburem stawiajacym sie ponad wszystkimi. Lektura Szwaji daje mi ten ponad kilogram nadziei, ze warto czasem przymknac oczy na ludzka niezyczliwosc bo pod nia moga mimo wszystko kryc sie wielkie poklady ludzkiej empatii. Szkoda tylko, ze moje doswiadczenia zyciowe mowia mi dokladnie co innego. Ale dziekuje Ci Moniko Szwajo, ze zasialas znow we mnie ziarenko nadziei. Zastanawiam sie teraz czy ja po prostu nie mam czasem pecha do ludzi i probuje sie zaprzyjazniac mimo wszystko, czesto wbrew temu co podpowiada mi intuicja.

Historia czterech kolezanek, ktore po latach odgrzewaja szkolna znajomosc lapie za serce. Cztery charaktery i cztery zyciorysy, ktore nagle splataja sie ze soba to jak zrzadzenie losu, ktore wszystkim moze wyjsc na dobre. Miejsce akcji, moje ukochane miasto Szczecin, dodaje ogolnej ocenie pierwszej czesci jeden punkt ekstra. Fajnie jest tak czytac o znajomych miejscach i wyobrazac sobie dokladnie, gdzie toczy sie ta opowiesc.

Na zakonczenie dodam, ze dziewczyny Szwaji to typowe Szczecinianki, bo wlasnie tacy ludzie mieszkaja w Szczecinie. Mysle, ze kiedys bym tego nie zauwazyla (bo wydawalo mi sie, ze  wszyscy ludzie tacy sa) ale odkad opuscilam to miasto, to wlasnie tego "szczecinskiego syndromu" w  ludzkich charakterach mi brakuje.

6/10

Niezły chic lit

bookfa

Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Serenada

Wydawnictwo Dolnośląskie 2007, seria Do torebki, 312 stron

 

Miałam zamiar zacząć ten blog od recenzji jakiejś ambitnej cegły, ale się rozmyśliłam, bo dobry chic lit też nie jest zły! Serenada ma jeszcze podtytuł: czyli moje życie niecodzienne.

Kolejna Bridget Jones tym razem nazywa się Kasia Zalewska i pochodzi z Białegostoku. Jest inteligentniejsza niż Bridget, ale problem ma ten sam: szuka faceta na całe życie.

Ponieważ uważam, że lepiej czytać byle co niż nic, wiec kiedy zaproponowano mi w księgarni na promocji tę pozycję, to ją kupiłam. Przeceniona o 10 złotych stała się trochę bardziej atrakcyjna. I nie żałuję, że kupiłam. Podoba mi się styl pani Gutowskiej-Adamczyk. Czyta się lekko, można wyłowić parę złotych myśli, czasem parsknąć smiechem nad trafnym porównaniem.

Generalnie literatura chic lit to takie współczesne mniszkównopodobne, ale lepiej nie dać się zwieść pozorom. Są takie, które fajnie się czyta choć może nie wnoszą w życie niczego odkrywczego. Ta pozycja może obudzić w czytelniku chęć przeżycia miłości szalonej z happy endem. I nawet kiedy wiadomo, że happy end musi być bo taka jest tradycja tego typu literatury, to pojawiają się małe znaki zapytania, czy aby na pewno ten happy end będzie.

Kasia Zalewska przypadkowo ląduje w Warszawie jako gwiazda popularnego serialu. Tylko na dwa tygodnie, które jednak przewrócą jej świat do góry nogami. Poznaje różnych ludzi, znajduje psa, przyjaciela-geja i nieco nieoczekiwaną wielką miłość.

Kasia jest wybuchowa, przyjaźnie złośliwa i niekonwencjonalna. I to jest jej atut.

Atutem zaś samej książki jest lekki język, książkę się po prostu połyka i po przeczytaniu zamyka z żalem, że to już koniec.

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci