Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

kryminał, sensacja, thriller

Kuleję

bookfa

Do trzech razy śmierć

Alek Rogoziński

Filia, 2017, stron 322

Alek Rogoziński wpędza mnie w poczucie winy, że za wolno czytam, lub innymi słowy: kuleję z czytaniem.

Za każdym razem, kiedy zabieram się za napisanie paru słów o jego ostatniej powieści, okazuje się, że jest już wydana następna, a kolejna za chwilę w druku. Bardzo mnie cieszy, że Alkowe rozweselacze ukazją się w tak zawrotnym tempie, bo czasy mamy takie, że tylko niewiekiej grupie społeczeństwa jest dziś do śmiechu. A wiadomo, że książka jest doskonałym środkiem na poprawę nastroju i nie ma żadnych skutków ubocznych. Powieści Alka bawią! Jedne mniej, drugie więcej, ale to zależy oczywiście od iloczynu (ilorazu?) poczucia humoru czytelnika.

Oto pojawiła się nowa bohaterka Róża Krull. Akcja powieści Do trzech razy śmierć osadzona jest w środowisku dobrze znanym autorowi i najwięcej radości sprawi pewnie tym, którzy znają to środowisko równie dobrze jak on. Ja niestety do tego grona się nie zaliczam, więc, żeby pośmiać się na całego, potrzebowałabym do tej książki bardzo zaawansowany facit.

 do_trzech

Autorka powieści kryminalnych, Róża Krull, jedzie na zjazd pisarzy, odbywający się w stylowym dworku pod Krakowem. Już pierwszego dnia pada pierwszy trup. Morderca zostawia na miejscu zbrodni czarną różę, co sugeruje, że inspiruje się jedną z powieści Róży Krull.

Oto kolejny kryminał, czyli ktoś morduje kogoś, a zagadka rozwiązywana jest, jak to zwykle u Alka, na wesoło. Bardzo mi się podobał fragment z blogerkami, które kierują śledztwo na właściwy tor. Nie napiszę więcej na ten temat, bo nie lubię spojlerować. Czytelniku tego wpisu, po prostu weź do ręki tę kryminalną komedyjkę i przeczytaj. Jeśli masz choć trochę poczucia humoru, to prawie na pewno Ci się spodoba. Skłamałabym gdybym napisała, że to najlepsza z książek, które Alek do tej pory napisał, bo moją ulubioną jest ciągle Jak cię zabić, kochanie?. Uwielbiam tę mieszankę kryminału, komedii i absurdu (z naciskiem na absurd), którą Alek w niej zaserwował.

To jest moment, że żałuję, że nie należę do "stajni blogerskiej" Filii, bo właśnie ukazała się druga książka z serii Róża Krull na tropie, a z powodu mojego położenia geograficznego trochę to potrwa zanim trafi w moje ręce. Drugi tom nosi tytuł Lustereczko, powiedz przecie, choć w zapowiedziach wcześniejszych miała to być powieść pod tytułem Zabójcza korekta. Przeczucie mi mówi, że nie chodzi tu tylko o zmianę tytułu książki.

lustereczko

Właśnie odbywa się autorskie tournée promujące Lustereczko, powiedz przecie. Jeżeli macie szansę pojść na spotkanie z autorem, nie przegapcie tej okazji, bo na spotkaniach (nie wiem, czy na wszystkich) serwowane są też ciasteczka wykonane osobiście przez Pawła Płaczka! Przegapić coś takiego byłoby niewybaczalnym błędem!

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

W (czytelniczej) histerii

bookfa

Czarne światło

Marta Guzowska

Książki Burda, 2016, stron 440

Mario Ybl chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. To taka pierwsza myśl po przeczytaniu Czarnego światła. Druga, że gdyby żył Alfred Hitchcock to stanąłby na głowie, żeby zrobić film na podstawie tej powieści.

yblczarne

Prowincjonalna społeczność gdzie nie lubią obcych, ale Mario jest w jakimś sensie „swój”, gdyż tym razem autorka umieściła akcję w jego rodzinnym miasteczku. I to był świetny pretekst, żeby więcej uwagi poświęcić właśnie jemu, co mnie bardzo ucieszyło, ale szybko się rozczarowałam. Tak się składa, że z takim samym zainteresowaniem jak zagadki kryminalne śledzę wątek o życiu prywatnym i uczuciowym Ybla. Ten socjopatyczny malkontent, a przy tym cynik i egoista rozbrajał mnie uwielbieniem dla Poli. Teraz wreszcie jest z kobietą swojego życia. I co? Okazuje się jednak, że fajne było tylko gonienie króliczka. Teraz Pola jest tylko jeszcze jedną z irytujących go bab. Hallo???

Na mojej fascynacji pokręconym charakterem Maria pojawiła się pierwsza rysa. Próbuję jednak go trochę usprawiedliwiać tym, że w Czarnym świetle gdzieś się zapodziała szorstkość i stanowczość Poli, chociaż udało jej się zmusić Maria do poddania się terapii.

- Profiesor Ybl pocziemu wy przyszli na tę terapię?

Oderwałem wzrok od okna.

- Na korytarzu czeka taka jedna pani. Jest niska, ładna i wygląda jakby chciała kogoś pobić, rozpozna ją pan bez trudu. Proszę iść i ją zapytać.

Lekarz wyglądał na zrelaksowanego, musiałem się lepiej postarać.

- Ja rozumiem, że ta terapia to nie wasza idea, i teraz wy robicie wsio, żebym ja wam napisał w papierach „nieuleczalny”.

Miałem wielką ochotę przytaknąć, ale tego nie zrobiłem.

- Jeżeli wy tego chcecie, to też mogę wam dać na to papier. Dla tej pani, która czeka na korytarzu. Z pieczątką.

Napiąłem mięśnie, żeby wstać, ale on mówił dalej:

- Ale może wy powinni na chwilę zapomnieć o tej pani i zrobić coś dla siebia. Tylko dla siebia.

 

Małe, senne miasteczko pełne tajemnic, złowroga atmosfera wokół wykopalisk związanych z antywampirycznymi pochówkami, kradzieże wykopaliskowych szkieletów, satanistyczne napisy na grobach i Mario Ybl z latarką w kieszeni próbujący rozwikłać tę zagadkę. Oprócz tego w związku z terapią musi zmierzyć się ze swoimi demonami oraz skonfrontować z teraźniejszością. Mieszanka psychotropów i alkoholu, którego Mario nadużywa powoduje, że zachowuje się momentami jak szaleniec, jest kompletnie nieprzewidywalny, a także bardziej niż zwykle arogancki, żeby nie powiedzieć, że po prostu chamski. Jak dla mnie aż za bardzo i tu pojawia się druga rysa, bo Mario przypominający menela wcale mi się nie podoba. Autorka przerysowała tę postać do tego stopnia, że kryminalna intryga ze spektakularnym nocnym finałem na cmentarzu w czasie Zaduszek przesunęła się dla mnie na drugi plan.

Daliście radę doczytać do tego miejsca, mimo, że tyle uwagi poświęciłam głównemu bohaterowi? Czytam już bez mała pół wieku, ale nie przypominam sobie, żeby bohater jakiejkolwiek powieści doprowadził mnie do takiej hm… histerii.

To jest dowód na wyjątkową umiejętność autorki w sugestywnym kreśleniu postaci. Lubię też skrzący humorem styl Guzowskiej, powieść świetnie się czyta i mam nadzieję, że Mario upadł tym razem już tak nisko, że w następnej części cyklu (o ile taka będzie) po prostu musi się odbić od dna.

 

kursywą fragment powieści

Przeczytałam dzięki wyjątkowej uprzejmości autorki (wygrałam co prawda książkę w konkursie wydawnictwa, ale jej nigdy nie dostałam)

 

Q7

bookfa

Selfies

Jussi Adler-Olsen

Albert Bonniers Förlag, 2017, stron 468

To już siódmy tom serii o departamencie Q. Ekipa dalej rezyduje w piwnicach kopenhaskiej policji, a jej dalsza egzystencja stoi pod dużym znakiem zapytania. Z raportów, które docierają do szefostwa, czyli na tzw. trzecie piętro wynika, że departament Q od dawna nie rozwiązał żadnej archiwalnej sprawy. Oczywiście nie jest to prawdą i Karl próbuje wyjaśnić co się stało z raportami, za które odpowiedzialna jest Rose. Niestety jej stan zdrowia znacznie się pogorszył od czasu kiedy poddała się hipnozie, a po ostatniej, dość nieprzyjemnej rozmowie z Karlem po prostu więcej nie pojawiła się w pracy i nikt nie wie co się z nią dzieje.

selfies

Departament Q prowadzi aktualnie sprawę zamordowanej przed laty nauczycielki, niestety śledztwo się ślimaczy. Kiedy w jednym z parków zostaje zamordowana starsza kobieta, jeden z emerytowanych policjantów dostrzega w obu sprawach wiele podobieństw.

W tym samym czasie pracownica socjalna Anne-Line Svendsen wypowiada prywatną wojnę społecznym pasożytom bez żadnych ambicji. Ma na myśli młode kobiety przychodzące do ośrodka pomocy socjalnej tylko w jednym celu, po pieniądze, które wydają potem na modne ciuchy, fryzjera i imprezki. Zamierza je skutecznie wyeliminować ze społeczeństwa.

Któregoś pięknego dnia zamierzała odwiedzić zaułki Vesterbros, żeby zorganizować sobie broń ciężkiego kalibru i kiedy te idiotki, które były u niej dzisiaj w ośrodku, siedziałyby znów w poczekalni zamierzała wyjść na korytarz i zastrzelić je jedną po drugiej, częstując każdą kulką prosto w starannie upudrowane czółko.

Lista przyszłych ofiar jest dość długa, a jedną z nich jest wnuczka zamordowanej kilka dni temu starszej pani, o czym Annelie oczywiście nie ma pojęcia.

Akcja Selfies toczy się w kilku płaszczyznach. Oprócz dalszych losów pracowników departamentu Q, których jest obecnie już czworo, „dobroczynnej” działalności pracownicy socjalnej, śledzimy także losy trzech dziewczyn z jej listy. Autor z  typowym dla siebie humorem i ironią opowiada chwilami wręcz niewiarygodną historię, wprowadza też kolejne wątki, które zdają się nie mieć żadnego znaczenia dla rozwoju akcji. Podsuwa różne tropy i kiedy już, już prawie wiem kto jest mordercą nagle okazuje się, że oczywiście się myliłam.

Doskonała lektura!

 

Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego wydawanie polskiego przekładu serii utknęło na trzecim tomie. Selfie to już siódmy tom i jakimś cudem wszystkie trzymają wysoki poziom, co jako nałogowa czytelniczka wielotomowych serii wiem, że wcale nie jest takie proste.

W jednym z ostatnich wywiadów (dla Deckarhuset) Jussi Adler-Olsen zdradził szczegóły dalszych tomów serii o departamencie Q. Selfies skupia się na Rose i jej przeszłości, następny odkryje kilka tajemnic Assada, kolejny zdradzi sekrety Karla, a ostatni dziesiąty zamknie całość.

kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu (z języka szwedzkiego)

Läckberg, bój się.

bookfa

Otulone ciemnością

Hanna Greń

Replika, 2016, stron 432

Od jakiegoś czasu nie piszę regularnie o swoich lekturach i pewnie o wielu już nie napiszę. Pamięć mam dobrą, ale krótką, więc jeżeli książka się niczym nie wyróżniła, wpadła do czarnej dziury gdzieś z tyłu głowy. Jest jednak kilka, które tam nie wpadły. Jedne ze względu na fabułę, inne ze względu na to kto je napisał, a jeszcze inne ze względu na to w jakich okolicznościach trafiły w moje ręce.

Otulone ciemnością Hanny Greń spełnia kilka tych kryteriów jednocześnie, więc po prostu muszę o niej napisać, choć od momentu kiedy ją czytałam minęło już trochę czasu.

Pozwolę sobie przy okazji na trochę prywatności i mam nadzieję, że autorka nie weźmie mi tego za złe. Przeczytałam tę powieść jeszcze zanim trafiła do wydawcy. Do tej pory czuję się zaszczycona zaufaniem, którym obdarzyła mnie Hanna Greń, choć właściwie wcale się nie znamy. Tytuł książki był wtedy inny i do dziś uważam, że o wiele lepszy od obecnego.

Otulone ciemnością to trzeci tom cyklu wiślańskiego, dla mnie pierwszy, bo poprzednich nie miałam okazji jeszcze przeczytać. Nie lubię czytać niczego od końca, ale uległam zapewnieniom autorki, że się da. Dostałam więc autorski egzemplarz, jeszcze przed korektą. Po kilkunastu stronach wiedziałam już, że czytam wciągający, dobrze skonstruowany kryminał. Jest w nim kilka tajemniczych zbrodni i sporo mylących tropów.

otuloneciemnoscia

Znaki zapytania szybko się mnożą i wkrótce staje się jasne, że policja poszukuje seryjnego mordercy. Ktoś morduje młode kobiety, okrywa je całunem, zostawiając przy zwłokach tajemnicze rysunki, a w ręce ofiar złożonych jak do modlitwy wkłada świecę. Śledztwo prowadzi Benita Herrera. Ta kontrowersyjna i nietuzinkowa policjantka wplątuje się w dość dwuznaczną i niebezpieczną relację z głównym podejrzanym, co stwarza poważne ryzyko dla racjonalnej oceny sytuacji. Postać Benity nie do końca mnie przekonuje, z jednej strony twarda i apodyktyczna, z drugiej nieco bezbarwna mimo ciętego języka i nietypowych metod prowadzenia śledztwa. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach cyklu autorka uczyni tę postać bardziej wyrazistą i charyzmatyczną.

Hanna Greń umiejętnie buduje napięcie, gmatwa akcję, kluczy i mnoży tropy tworząc precyzyjną zagadkę kryminalną. Choć Otulone ciemnością to soczysty kryminał nie brak w nim też wątków obyczajowych, akcentów romantycznych, rozlanej kawy i… kobaltowych oczu.

Wiem, że wersja, którą czytałam różni się nieco od tej ostatecznej, która ukazała się drukiem. Szkoda. Nie jestem za tym, żeby poprawiać to co jest dobre, bo jak powszechnie wiadomo lepsze jest wrogiem dobrego.

Szwedzi mają Camillę Läckberg, Polacy Hannę Greń.

Brown zakłada spódnicę

bookfa

Renata Kosin

Tajemnice Luizy Bein

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2014, stron 528

Jako smarkata czytelniczka uwielbiałam wszelkie zagadkowe historie, a moim absolutnym faworytem były opowieści z wielką tajemnicą w tle. Ostatnio panuje trend na tajemnicze historie połączone z wyjazdem głównej bohaterki na wieś w celu rozpoczęcia nowego życia lub przejęcia nieoczekiwanego spadku po nieznanym przodku. Po przeczytaniu kilkunastu bardzo do siebie podobnych powieści obiecałam sobie, że będę się starała unikać kolejnych. I przez tę ostrożność o mały włos przegapiłabym Tajemnice Luizy Bein (drugi tom tej rodzinnej sagi pod tytułem Kołysanka dla Rosalie czeka jeszcze na przeczytanie).

 

Tajemnice Luizy Bein

Dałam się jednak złapać na opis książki: Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku.

Tajemniczo jest od samego początku. W prologu jakaś niewymieniona na razie z imienia bohaterka po starannym odliczeniu kolejnych desek podłogowych wśród pajęczyn i wiekowego brudu odnajduje w skrytce na strychu opuszczonego pałacu tajemniczy pakunek. Nagle w pałacowych ruinach robi się dość tłoczno i poszukiwaczce skarbów urywa się film, a we mnie budzi się ciekawość dawnej smarkatej czytelniczki i już wiem, że mam w ręku powieść, która na pewno mi się spodoba. Po kilku kolejnych stronach mam pewność, że będzie wielka tajemnica bez wyjazdu na wieś po nowe życie. Będzie za to wyjazd do Szwajcarii, który stanie się pretekstem do skonfrontowania dwóch kultur.

Studentka dziennikarstwa Klara Figiel w odkryciu archeologów z Barczewa widzi swoją szansę. Oto sensacyjna historia na jaką czasami dziennikarz czeka całe życie! Klara postanawia więc na własną rękę rozwikłać tajemniczą zagadkę, której tropy wiodą prosto do Szwajcarii. I tak zaczyna się fascynująca opowieść, od której trudno się oderwać, rozmachem przypominająca słynne powieści Dana Browna. Z wielką dbałością o szczegóły, interesująco sportretowanymi bohaterami autorka przedstawia skomplikowaną, pełną dramatycznych momentów historię rodziny Beinów. Czytając tę powieść trudno się oprzeć myśli, że nic tak nie komplikuje ludziom życia jak oni sami.

– Powiedz, czy on cię... wykorzystał?

– No, właśnie nie! – wybuchła niespodziewanie Iwonka. – Myślałam, że Rysio jest z dżentelmenów, co mają zasady, że przed ślubem to nic, i dlatego wydawało mi się, że ma poważne zamiary, a on nagle mówi, że się wyprowadza. Oczy już za nim wypłakałam, kiedy nagle zadzwonił. Że chce przyjść i porozmawiać. Wtedy pomyślałam, że się namyślił i chciałby, no wiesz... Dlatego postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nawet kupiłam sobie coś ładnego na tę okazję. A potem wystroiłam się, zapaliłam świece, a ten drań... Ten drań powiedział, że chce mi oddać klucze i zostawić pieniądze na czynsz za kolejny miesiąc. Wyobrażasz sobie? Dał mi pieniądze i nawet nie chciał mnie... Wykorzystać mnie nie chciał!

 

W powieści nie brakuje w momentów humorystycznych, pełnych ironii dialogów, a wątki historyczny, kryminalny i psychologiczny zaskakująco zgrabnie się przeplatają. Co prawda współczesny wątek kryminalny jest miejscami dość przewidywalny, ale całościowo historia nieźle się broni.

Żałowałam, że w trakcie czytania nie rysowałam czegoś na kształt drzewa genealogicznego rodziny Beinów, bo chwilami zaczynałam się gubić w koligacjach tej rodziny, a kolejne zwroty akcji zmuszały co jakiś czas do cofania się o kilka (wirtualnych) kartek, żeby się połapać kto był kim.

Ta powieść, to coś dużo lepszego niż Brown!

 

8/10

kursywą cytat z książki

Czwarty tom trylogii

bookfa

David Lagerkrantz

Co nas nie zabije

Czarna Owca, 2015, stron 608

Kiedy się dowiedziałam, że historia opisana przez Stiega Larssona będzie miała swój ciąg dalszy prawie umarłam z zachwytu. Larssonowska trylogia bardzo mi się podobała, ze szczególnym naciskiem na tom pierwszy. Wyrazisty duet, Lisbeth Salandner i Mikael Blomkvist, zrobił na mnie duże wrażenie. Bardzo ciekawy wątek kryminalny przeplatał się z mega ciekawymi wątkami społeczno-politycznymi. A ja to bardzo lubię.

co_nas

David Lagerkrantz miał z jednej strony ułatwione zadanie, bo miał już bohaterów i pewne sugestie w jakim kierunku ma podążyć akcja powieści. Z drugiej jednak strony dużym utrudnieniem była popularność trylogii i oczekiwania związane z kwestią ewentualnego podobieństwa do oryginału. Jestem pełna podziwu jak dobrze sobie poradził z tym wyzwaniem. Dla mnie jest to powieść jak najbardziej oryginalna, jeżeli chodzi o język i styl. Czytałam jednak opinie, że Lagerkrantz świetnie imituje styl Larssona. Jak to możliwe???

Co nas nie zabije jest udaną kontynuacją pierwowzoru. Lisbeth i Mikael trochę się zmienili, co nie wydaje się być wcale dziwne po tym wszystkim co przeżyli dzięki wyobraźni Stiega Larssona. Lisbeth wspięła się na kolejne szczyty jako hakerka, Mikael znów popadł w niełaskę i węszy za nowym tematem, który da mu szansę ponownie zabłysnąć. Dzięki profesorowi Balderowi, ekspertowi od badań nad sztuczną inteligencją, który odkrył szokujące fakty na temat działalności amerykańskich służb specjalnych drogi Blomkvista i Salander znów się zejdą.

Bardzo interesujący, według mnie, jest wątek o autystycznym chłopcu Auguście. Jest to od jakiegoś czasu bardzo modny element skandynawskich powieści, nie tylko kryminalnych. W powieściach nagminnie pojawiają się dzieci cierpiące na różne rzadkie przypadłości.

"Czasem odnosił wrażenie, że trzy prace, które zdążył już stworzyć August, dowodzą, nie tylko artystycznego i matematycznego talentu, lecz również szczególnej mądrości. Wydawały się tak dojrzałe i złożone w swej matematycznej precyzji, że nie potrafił ich połączyć z obrazem swojego syna – upośledzonego dziecka. (…) Jako ojciec autystycznego dziecka wcześnie zetknął się z pojęciem sawanta. Wiedział, że to ktoś o mocno ograniczonych możliwościach poznawczych, jednocześnie wybitnie uzdolniony w jakiejś dziedzinie."

Wątki te prowadzone są z reguły bardzo starannie i ze znajomością tematu. Nie tylko komplikują one akcję w nieoczekiwany sposób, ale też w sposób trudny do przewidzenia popychają ją do przodu.

 Zaletą Co nas nie zabije jest to, że autor zgrabnie wplata w akcję to co działo się w poprzednich trzech tomach, więc jeśli ktoś zacznie swoją przygodę z Millennium od tej powieści, to i tak bez problemu się w niej odnajdzie.

Prawie równie interesujące jest to co się działo w związku z wydaniem najpierw trylogii, a teraz kolejnego tomu o tandemie Salander & Blomkvist. Śmierć Stiega Larssona, walka o prawa autorskie jego partnerki życiowej z ojcem i bratem autora, to temat na kolejną powieść sensacyjną. Jak wiadomo z powodów nieuregulowanej sytuacji prawnej partnerów prawa autorskie i tantiemy przypadły w końcu ojcu i bratu autora. Nie mnie oceniać ile jest w tym sprawiedliwości, a ile zwykłej pazerności, jednak bardzo podoba mi się decyzja spadkobierców, którzy wszystkie zyski związane z wydaniem kontynuacji Millennium postanowili przekazać antyrasistowskiemu periodykowi EXPO, którego jednym z założycieli był właśnie Stieg Larsson.

9/10

 

Zbrodnia idzie za nim krok w krok

bookfa

Marta Guzowska

Wszyscy ludzie przez cały czas

W. A. B. 2015, stron 352

 

 

Marta Guzowska sprawiła stęsknionym fanom Ybla nie lada przyjemność swoją nową powieścią. Jej elektroniczna wersja ukazała się kilka dni przed moimi urodzinami, więc był to bezsprzecznie najlepszy prezent urodzinowy jaki w tym roku dostałam.

 

wszyscy

Akcja powieści toczy się w tygodniu poprzedzającym święta wielkanocne, więc jej wydanie wpasowało się idealnie w czas realny, bo właśnie zbliżał się Wielki Tydzień, a w moim przypadku mogę powiedzieć nawet o zastosowaniu strategii czasu rzeczywistego, bo czytałam ją w zgodzie z kolejnymi dniami Wielkiego Tygodnia. No, ok… prawie. Mimo prób trzymania się kalendarza pod koniec trochę przyspieszyłam, choć w planach miałam czytanie powoli, żeby na dłużej starczyło. Podobno autorka ma w planach jeszcze tylko dwie powieści z Mariem Yblem, ale wolę na razie nawet o tym nie myśleć…

Słynny antropolog Mario Ybl tym razem został zaproszony do Grecji, żeby obejrzeć i udokumentować parę wykopanych przez archeologów szkieletów, czyli zrobić to, na czym zna się podobno najlepiej na świecie. Pojechał tam trochę wbrew sobie i przepiękna grecka wyspa Kreta od razu mu się nie spodobała. Zimno, wietrznie i… ciemno. Na dodatek niespodziewana obecność Poli na wyspie wprowadziła lekki chaos w pozornie uporządkowane życie Maria. Pola ma tę właściwość, że w jej pobliżu słynnemu antropologowi trudniej myśli się logicznie.

Mario zdąży uciąć sobie tylko mega króciutki romans zanim zostanie popełniona pierwsza zbrodnia. Vrachos, wioska w której głównie osadzona jest akcja powieści, rządzi się własnymi, dość specyficznymi prawami. Z tego powodu Ybl jest szczególnie zainteresowany jak najszybszym odkryciem, kto jest mordercą. W przeciwnym razie istnieje spore ryzyko, że sam może stać się kolejna ofiarą. Prowadzi swoje śledztwo jak zwykle dość nieporadnie i chaotycznie, co nie jest jednak specjalnie dziwne, bo prawie każdy wydaje mu się podejrzany.

Oni mają państwo w państwie, uważają, że wszystko im wolno. Jak będą chcieli, to przyjdą i poderżną panu w nocy gardło, bez mrugnięcia okiem. I nikt nie ruszy palcem, żeby panu pomóc. Więc niech pan lepiej na siebie uważa.

Intryga kryminalna powieści jest świetnie skonstruowana, choć niespecjalnie skomplikowana. Mimo to, wcale się nie domyśliłam kto i dlaczego. Przyznam się, że tak naprawdę to czytam powieści Guzowskiej przede wszystkim ze względu na ich głównego bohatera, Maria Ybla. Ten ekscentryczny i zgryźliwy arogant nadużywający niecenzuralnych słów i alkoholu ma swój hm… urok. Myślę, że jest to postać, która może budzić w czytelnikach skrajne uczucia, albo się go uwielbia albo nienawidzi. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy. Jestem pod wrażeniem, że w tym natłoku różnych nietuzinkowych bohaterów stworzonych przez gwiazdy literatury kryminalnej międzynarodowego formatu dało się stworzyć postać, jakiej jeszcze nie było. Marcie Guzowskiej to się udało. Mistrzostwo świata!

Wszyscy ludzie przez cały czas to świetnie napisana, skrząca humorem powieść z doskonale zarysowanym tłem akcji oraz plejadą charakterystycznych (także drugoplanowych) bohaterów.

P. S. Zazdroszczę wszystkim, którzy spotkanie z Yblem mają jeszcze przed sobą.

9/10

Taka mała zemsta

bookfa

Robert Galbraith

Jedwabnik

Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014, stron 480

 

Czekając na swój własny egzemplarz Jedwabnika pocieszałam się czytaniem cudzych recenzji. Niektóre były prawie równie długie jak sama powieść i pełne zachwytów. No to narobiłam sobie apetytu i sobie wyobrażałam jak to będzie kiedy ją wreszcie dostanę w swoje ręce.

jedwabnik_Rowling

Dzięki niezwykłej uprzejmości moich koleżanek mieszkających po właściwej stronie Bałtyku, nie musiałam czekać na książkę do przyszłego lata. Zachwycona Wołaniem kukułki z entuzjazmem wzięłam się za Jedwabnika. No i niestety nie dołączę do grona zachwycających się kontynuacją. Owszem poprawnie napisana, ale sama intryga kryminalna pozostawia wiele do życzenia. Sposób popełnienia zbrodni, której dokonano na stronach powieści mrozi krew w żyłach, bo mimo, że to kryminał w zupełnie starym stylu, to trup nie leży sobie i nie wygląda jakby po prostu spał. Tak najczęściej bywało w powieściach detektywistycznych starej daty, do których seria o Cormoranie wyraźnie nawiązuje. O słabości zagadki kryminalnej może świadczyć fakt, że jeżeli się przeczytało wszystkie kryminały Agathy Christie, to kandydat na mordercę jest właściwie oczywisty zaraz po ujawnieniu szczegółów zbrodni. Miałam jednak nadzieję, że się, co do sprawcy pomyliłam, bo wydało mi się, że to niemożliwe, żeby to mogłoby być takie proste. Na szczęście mimo podejrzeń kto, nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego.

Czytając Wołanie kukułki byłam pełna podziwu dla talentu J. K. Rowling/R. Galbraith. Wydawało mi się wtedy, że autorka potrafi napisać dosłownie wszystko. Po lekturze Jedwabnika dochodzę jednak do wniosku, że genialnie wychodzą jej wątki psychologiczne.

Cormoran Strike to wielowymiarowa postać, weteran i inwalida wojenny, pozbawiony złudzeń twardziel, a jednocześnie pełen słabości facet po przejściach. Autorka bardzo realistycznie kreśli tę postać. Wbrew temu, co można gdzie niegdzie przeczytać Cormoran wcale nie stanął na nogi. Koczuje w norze położonej nad swoim biurem, dalej kiepsko płaci swojej sekretarce, kuśtyka przez zaśnieżony Londyn, bo nie stać go na taksówki. Je byle co, a restauracyjny obiad grozi głodówką przez resztę tygodnia.

Robin, sekretarka Cormorana uwielbia pracę w agencji, a pracuje za psie pieniądze tylko dlatego, że jest zafascynowana pracą detektywa i ma ambicje, żeby bardziej aktywnie pracować przy śledztwach. Ta ułożona i systematyczna kobieta jest kompletnym przeciwieństwem swojego szefa, choć życie osobiste ma również dosyć skomplikowane. Jej związek z przystojnym księgowym to w zasadzie dość prozaiczna historia nieudanego zwiazku, ale myślę, że autorka szykuje czytelnikom w przyszłości jakąś niespodziankę.

Mam wrażenie, że ta powieść jest taką małą zemstą autorki na światku wydawniczym. Na pewno nie zapomniała jak z Harrym Potterem pod pachą, bezskutecznie pukała do drzwi wielu wydawnictw.

Wiesz, właśnie na tym polega problem tradycyjnej branży wydawniczej: nie chcą ryzykować dla czegoś, czego jeszcze nie widziano, interesuje ich tylko to, co pasuje do ich kategorii sprzedaży i jeśli mieszasz kilka gatunków, jeśli tworzysz coś zupełnie nowego, boją się spróbować…

W Jedwabniku obnażyła mechanizmy funkcjonowania rynku wydawniczego, a bohaterami powieści uczyniła pisarzy, agentów i wydawców.

Pisarze to okrutne plemię, panie Strike. Jeśli chcesz przyjaźni na całe życie i bezinteresownego koleżeństwa, zaciągnij się do wojska i naucz się zabijać. Jeśli chcesz życia wypełnionego chwilowymi sojuszami z kolegami po fachu, którzy będą się upajali każdą twoją porażką, pisz powieści.

Czekam niecierpliwie na następną książkę autorki, dużo bardziej zainteresowana wątkiem psychologicznym powieści niż kryminalnym.

8/10

kursywą fragmenty powieści

Nastraszył mnie pan!

bookfa

Tomasz Prusek

K.I.S.S.

Agora SA, Biblioteka Gazety Wyborczej, 2014, stron 318

 

Świat banksterów, wielkich pieniędzy, giełdy, funduszy inwestycyjnych i tym podobnych jest mi zupełnie obcy. Nie bardzo odróżniam akcje od obligacji, co może nie jest takie dziwne skoro nigdy nawet nie widziałam czegoś takiego z bliska. Dość kusząca wydała mi się więc debiutancka powieść Tomasza Pruska o tajemniczym tytule K.I.S.S.

kiss

Kto by nie chciał zajrzeć za kulisy tego świata, dowiedzieć się jak to jest obracać wielkimi pieniędzmi (na dodatek cudzymi), zarabiać je, lub tracić?

No i się nie zawiodłam. Mimo kompletnego dyletanctwa autorowi udało się wrzucić mnie w sam środek wielkich afer, wojen rekinów finansjery, flirtu biznesu z polityką, dziennikarskich manipulacji i nawet (o dziwo!) nie pogubiłam się, o co w tym wszystkim chodzi.

K.I.S.S. to bardzo zręczny i niepokojący thriller o ogromnych pieniądzach i wielkich oraz mniejszych przekrętach, do których one służą.

Inwestorzy są głupsi niż myślisz. Czują się bezpiecznie, gdy o spółce jest głośno, gdy wylewa się z pierwszych stron gazet i portali. Gdy prezes roztacza wizje rozwoju, choćby na drugim końcu świata. Pamiętasz bańkę internetową w Ameryce? Co wtedy ludzie kupowali? Spółki płacące dywidendy, należące do „starej” ekonomii? Gówno prawda. Rzucali się na spółki internetowe, bez zysków, a nawet bez przychodów. I ty mi mówisz, że inwestorzy nie są głupi?

Po lekturze doszłam do wniosku, że jeżeli kiedykolwiek będę miała nadmiar gotówki, to najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie umieszczenie jej w przysłowiowym materacu. O moich pieniądzach, utopionych z urzędu w funduszach emerytalnych, aż boję się myśleć… Zwłaszcza, że w moim banku raczej na pewno nie zarządza nimi nikt taki jak główna bohaterka, Olga Kirch. To taki Zorro w spódnicy, wśród całej chmary negatywnych bohaterów tej powieści.

Tomasz Prusek jest dziennikarzem i od mniej więcej dwudziestu lat zajmuje się polską giełdą. Obawiam się, że mimo zapewnienia, że K.I.S.S. to fikcja literacka sporo w niej prawdy o funkcjonowaniu giełdy i mechanizmach finansowych. Zwłaszcza, że akcja powieści sprytnie łączy literacką fikcję z wydarzeniami, które całkiem niedawno wstrząsnęły światową ekonomią.

Ale mnie pan nastraszył, panie Prusek!

9/10

kursywą fragment powieści

 

przeczytałam dzięki uprzejmości Agora SA

Jakby bardziej trzeźwy

bookfa

Marta Guzowska

Głowa Niobe

WAB, Mroczna seria, 2013, stron 349



Debiut autorki Ofiara Polikseny mnie zafascynował. Kiedy się wydaje, że wszystko już było, nagle okazuje się, że wcale nie! Nie mogłam się więc doczekać, kiedy wreszcie trafi mi się szansa na ponowne spotkanie z Mariem Yblem, bo kiedy czytałam Ofiarę Polikseny do księgarń trafiała już kolejna powieść z tym koszmarnym typem, Głowa Niobe.

Tym razem autorka umieściła akcję powieści w Nieborowie.

Pałac w Nieborowie, zwłaszcza przykryty śniegiem i oglądany z pewnej odległosci, jest harmonijną i proporcjonalną budowlą. Dobre wrażenie pryska, gdy tylko przekroczy się progi pałacowe. Jedyne, co pozostaje, to chęć jak najszybszego wydostania się stąd oraz oleisty smród pasty do podłóg, środka cieszącego się ogromną popularnością wśród miejscowego personelu sprzatającego.

Zamiast tureckiego upału z Ofiary Polikseny jest polski mróz i śnieg. Tylko ciemności są podobne. Biorąc pod uwagę fobię antropologa światowej sławy, jest to właściwie element konieczny. Tylko wtedy cyniczny Ybl traci nieco kontrolę nad sytuacją, zachowuje się irracjonalnie, a ogarnięty paniką zapomina nawet o byciu aroganckim chamem.

Zmierzch to pora duchów. Panuje powszechne przekonanie, że jest nią raczej północ, ale ja wiem lepiej. O północy człowiek albo śpi i wszystko jest w porządku, albo już zwariował ze strachu.

Nudna międzynarodowa konferencja specjalistów od rzeźby antycznej już pierwszej nocy staje się miejscem wyjątkowo ohydnej zbrodni. Ponieważ całe towarzystwo z powodu śnieżycy stulecia jest kompletnie odizolowane od świata zewnętrznego, nie ma wątpliwości, że mordercą jest ktoś z uczestników konferencji. Chociaż Mario Ybl uważa mordercę za wyjątkowego partacza nie wątpi, że nie skończy się na jednej zbrodni. Podejrzewa wszystkich oprócz siebie, chociaż inni podejrzewają właśnie jego. Ponieważ nie ma szans, żeby na miejsce zbrodni wkrótce dotarła policja Ybl postanawia sam zdemaskować mordercę.

Światowej sławy antropolog jakby mniej ostatnio pije i chyba ciut mniej przeklina, ale za to impertynencki jest jak zawsze. Specyficzny humor i soczyste dialogi tej powieści są jak dla mnie, na piątkę. Wiadomo, zgorszonego nic nie zgorszy. Ha!

 

Końcówka powieści trochę kuleje, ale całość generalnie trzyma poziom. Tak więc mam za sobą drugie spotkanie z aroganckim Yblem i już nie mogę się doczekać kolejnego. Też pewnie odbędzie się w ciemnościach. Kopalnia soli w Wieliczce? Tunele starej kopalni? Nie mam pomysłu, ale liczę na fantazję Marty Guzowskiej.

Jak widać powieść ukazała się z różnymi wersjami okładki. Mój egzemplarz to ten z tą hm... bardziej dwuznaczną.

 

kursywą fragmenty powieści

 

8/10

fbfbfb80

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci