Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

kryminał, sensacja, thriller

Brown zakłada spódnicę

bookfa

Renata Kosin

Tajemnice Luizy Bein

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2014, stron 528

Jako smarkata czytelniczka uwielbiałam wszelkie zagadkowe historie, a moim absolutnym faworytem były opowieści z wielką tajemnicą w tle. Ostatnio panuje trend na tajemnicze historie połączone z wyjazdem głównej bohaterki na wieś w celu rozpoczęcia nowego życia lub przejęcia nieoczekiwanego spadku po nieznanym przodku. Po przeczytaniu kilkunastu bardzo do siebie podobnych powieści obiecałam sobie, że będę się starała unikać kolejnych. I przez tę ostrożność o mały włos przegapiłabym Tajemnice Luizy Bein (drugi tom tej rodzinnej sagi pod tytułem Kołysanka dla Rosalie czeka jeszcze na przeczytanie).

 

Tajemnice Luizy Bein

Dałam się jednak złapać na opis książki: Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku.

Tajemniczo jest od samego początku. W prologu jakaś niewymieniona na razie z imienia bohaterka po starannym odliczeniu kolejnych desek podłogowych wśród pajęczyn i wiekowego brudu odnajduje w skrytce na strychu opuszczonego pałacu tajemniczy pakunek. Nagle w pałacowych ruinach robi się dość tłoczno i poszukiwaczce skarbów urywa się film, a we mnie budzi się ciekawość dawnej smarkatej czytelniczki i już wiem, że mam w ręku powieść, która na pewno mi się spodoba. Po kilku kolejnych stronach mam pewność, że będzie wielka tajemnica bez wyjazdu na wieś po nowe życie. Będzie za to wyjazd do Szwajcarii, który stanie się pretekstem do skonfrontowania dwóch kultur.

Studentka dziennikarstwa Klara Figiel w odkryciu archeologów z Barczewa widzi swoją szansę. Oto sensacyjna historia na jaką czasami dziennikarz czeka całe życie! Klara postanawia więc na własną rękę rozwikłać tajemniczą zagadkę, której tropy wiodą prosto do Szwajcarii. I tak zaczyna się fascynująca opowieść, od której trudno się oderwać, rozmachem przypominająca słynne powieści Dana Browna. Z wielką dbałością o szczegóły, interesująco sportretowanymi bohaterami autorka przedstawia skomplikowaną, pełną dramatycznych momentów historię rodziny Beinów. Czytając tę powieść trudno się oprzeć myśli, że nic tak nie komplikuje ludziom życia jak oni sami.

– Powiedz, czy on cię... wykorzystał?

– No, właśnie nie! – wybuchła niespodziewanie Iwonka. – Myślałam, że Rysio jest z dżentelmenów, co mają zasady, że przed ślubem to nic, i dlatego wydawało mi się, że ma poważne zamiary, a on nagle mówi, że się wyprowadza. Oczy już za nim wypłakałam, kiedy nagle zadzwonił. Że chce przyjść i porozmawiać. Wtedy pomyślałam, że się namyślił i chciałby, no wiesz... Dlatego postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nawet kupiłam sobie coś ładnego na tę okazję. A potem wystroiłam się, zapaliłam świece, a ten drań... Ten drań powiedział, że chce mi oddać klucze i zostawić pieniądze na czynsz za kolejny miesiąc. Wyobrażasz sobie? Dał mi pieniądze i nawet nie chciał mnie... Wykorzystać mnie nie chciał!

 

W powieści nie brakuje w momentów humorystycznych, pełnych ironii dialogów, a wątki historyczny, kryminalny i psychologiczny zaskakująco zgrabnie się przeplatają. Co prawda współczesny wątek kryminalny jest miejscami dość przewidywalny, ale całościowo historia nieźle się broni.

Żałowałam, że w trakcie czytania nie rysowałam czegoś na kształt drzewa genealogicznego rodziny Beinów, bo chwilami zaczynałam się gubić w koligacjach tej rodziny, a kolejne zwroty akcji zmuszały co jakiś czas do cofania się o kilka (wirtualnych) kartek, żeby się połapać kto był kim.

Ta powieść, to coś dużo lepszego niż Brown!

 

8/10

kursywą cytat z książki

Czwarty tom trylogii

bookfa

David Lagerkrantz

Co nas nie zabije

Czarna Owca, 2015, stron 608

Kiedy się dowiedziałam, że historia opisana przez Stiega Larssona będzie miała swój ciąg dalszy prawie umarłam z zachwytu. Larssonowska trylogia bardzo mi się podobała, ze szczególnym naciskiem na tom pierwszy. Wyrazisty duet, Lisbeth Salandner i Mikael Blomkvist, zrobił na mnie duże wrażenie. Bardzo ciekawy wątek kryminalny przeplatał się z mega ciekawymi wątkami społeczno-politycznymi. A ja to bardzo lubię.

co_nas

David Lagerkrantz miał z jednej strony ułatwione zadanie, bo miał już bohaterów i pewne sugestie w jakim kierunku ma podążyć akcja powieści. Z drugiej jednak strony dużym utrudnieniem była popularność trylogii i oczekiwania związane z kwestią ewentualnego podobieństwa do oryginału. Jestem pełna podziwu jak dobrze sobie poradził z tym wyzwaniem. Dla mnie jest to powieść jak najbardziej oryginalna, jeżeli chodzi o język i styl. Czytałam jednak opinie, że Lagerkrantz świetnie imituje styl Larssona. Jak to możliwe???

Co nas nie zabije jest udaną kontynuacją pierwowzoru. Lisbeth i Mikael trochę się zmienili, co nie wydaje się być wcale dziwne po tym wszystkim co przeżyli dzięki wyobraźni Stiega Larssona. Lisbeth wspięła się na kolejne szczyty jako hakerka, Mikael znów popadł w niełaskę i węszy za nowym tematem, który da mu szansę ponownie zabłysnąć. Dzięki profesorowi Balderowi, ekspertowi od badań nad sztuczną inteligencją, który odkrył szokujące fakty na temat działalności amerykańskich służb specjalnych drogi Blomkvista i Salander znów się zejdą.

Bardzo interesujący, według mnie, jest wątek o autystycznym chłopcu Auguście. Jest to od jakiegoś czasu bardzo modny element skandynawskich powieści, nie tylko kryminalnych. W powieściach nagminnie pojawiają się dzieci cierpiące na różne rzadkie przypadłości.

"Czasem odnosił wrażenie, że trzy prace, które zdążył już stworzyć August, dowodzą, nie tylko artystycznego i matematycznego talentu, lecz również szczególnej mądrości. Wydawały się tak dojrzałe i złożone w swej matematycznej precyzji, że nie potrafił ich połączyć z obrazem swojego syna – upośledzonego dziecka. (…) Jako ojciec autystycznego dziecka wcześnie zetknął się z pojęciem sawanta. Wiedział, że to ktoś o mocno ograniczonych możliwościach poznawczych, jednocześnie wybitnie uzdolniony w jakiejś dziedzinie."

Wątki te prowadzone są z reguły bardzo starannie i ze znajomością tematu. Nie tylko komplikują one akcję w nieoczekiwany sposób, ale też w sposób trudny do przewidzenia popychają ją do przodu.

 Zaletą Co nas nie zabije jest to, że autor zgrabnie wplata w akcję to co działo się w poprzednich trzech tomach, więc jeśli ktoś zacznie swoją przygodę z Millennium od tej powieści, to i tak bez problemu się w niej odnajdzie.

Prawie równie interesujące jest to co się działo w związku z wydaniem najpierw trylogii, a teraz kolejnego tomu o tandemie Salander & Blomkvist. Śmierć Stiega Larssona, walka o prawa autorskie jego partnerki życiowej z ojcem i bratem autora, to temat na kolejną powieść sensacyjną. Jak wiadomo z powodów nieuregulowanej sytuacji prawnej partnerów prawa autorskie i tantiemy przypadły w końcu ojcu i bratu autora. Nie mnie oceniać ile jest w tym sprawiedliwości, a ile zwykłej pazerności, jednak bardzo podoba mi się decyzja spadkobierców, którzy wszystkie zyski związane z wydaniem kontynuacji Millennium postanowili przekazać antyrasistowskiemu periodykowi EXPO, którego jednym z założycieli był właśnie Stieg Larsson.

9/10

 

Zbrodnia idzie za nim krok w krok

bookfa

Marta Guzowska

Wszyscy ludzie przez cały czas

W. A. B. 2015, stron 352

 

 

Marta Guzowska sprawiła stęsknionym fanom Ybla nie lada przyjemność swoją nową powieścią. Jej elektroniczna wersja ukazała się kilka dni przed moimi urodzinami, więc był to bezsprzecznie najlepszy prezent urodzinowy jaki w tym roku dostałam.

 

wszyscy

Akcja powieści toczy się w tygodniu poprzedzającym święta wielkanocne, więc jej wydanie wpasowało się idealnie w czas realny, bo właśnie zbliżał się Wielki Tydzień, a w moim przypadku mogę powiedzieć nawet o zastosowaniu strategii czasu rzeczywistego, bo czytałam ją w zgodzie z kolejnymi dniami Wielkiego Tygodnia. No, ok… prawie. Mimo prób trzymania się kalendarza pod koniec trochę przyspieszyłam, choć w planach miałam czytanie powoli, żeby na dłużej starczyło. Podobno autorka ma w planach jeszcze tylko dwie powieści z Mariem Yblem, ale wolę na razie nawet o tym nie myśleć…

Słynny antropolog Mario Ybl tym razem został zaproszony do Grecji, żeby obejrzeć i udokumentować parę wykopanych przez archeologów szkieletów, czyli zrobić to, na czym zna się podobno najlepiej na świecie. Pojechał tam trochę wbrew sobie i przepiękna grecka wyspa Kreta od razu mu się nie spodobała. Zimno, wietrznie i… ciemno. Na dodatek niespodziewana obecność Poli na wyspie wprowadziła lekki chaos w pozornie uporządkowane życie Maria. Pola ma tę właściwość, że w jej pobliżu słynnemu antropologowi trudniej myśli się logicznie.

Mario zdąży uciąć sobie tylko mega króciutki romans zanim zostanie popełniona pierwsza zbrodnia. Vrachos, wioska w której głównie osadzona jest akcja powieści, rządzi się własnymi, dość specyficznymi prawami. Z tego powodu Ybl jest szczególnie zainteresowany jak najszybszym odkryciem, kto jest mordercą. W przeciwnym razie istnieje spore ryzyko, że sam może stać się kolejna ofiarą. Prowadzi swoje śledztwo jak zwykle dość nieporadnie i chaotycznie, co nie jest jednak specjalnie dziwne, bo prawie każdy wydaje mu się podejrzany.

Oni mają państwo w państwie, uważają, że wszystko im wolno. Jak będą chcieli, to przyjdą i poderżną panu w nocy gardło, bez mrugnięcia okiem. I nikt nie ruszy palcem, żeby panu pomóc. Więc niech pan lepiej na siebie uważa.

Intryga kryminalna powieści jest świetnie skonstruowana, choć niespecjalnie skomplikowana. Mimo to, wcale się nie domyśliłam kto i dlaczego. Przyznam się, że tak naprawdę to czytam powieści Guzowskiej przede wszystkim ze względu na ich głównego bohatera, Maria Ybla. Ten ekscentryczny i zgryźliwy arogant nadużywający niecenzuralnych słów i alkoholu ma swój hm… urok. Myślę, że jest to postać, która może budzić w czytelnikach skrajne uczucia, albo się go uwielbia albo nienawidzi. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy. Jestem pod wrażeniem, że w tym natłoku różnych nietuzinkowych bohaterów stworzonych przez gwiazdy literatury kryminalnej międzynarodowego formatu dało się stworzyć postać, jakiej jeszcze nie było. Marcie Guzowskiej to się udało. Mistrzostwo świata!

Wszyscy ludzie przez cały czas to świetnie napisana, skrząca humorem powieść z doskonale zarysowanym tłem akcji oraz plejadą charakterystycznych (także drugoplanowych) bohaterów.

P. S. Zazdroszczę wszystkim, którzy spotkanie z Yblem mają jeszcze przed sobą.

9/10

Taka mała zemsta

bookfa

Robert Galbraith

Jedwabnik

Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014, stron 480

 

Czekając na swój własny egzemplarz Jedwabnika pocieszałam się czytaniem cudzych recenzji. Niektóre były prawie równie długie jak sama powieść i pełne zachwytów. No to narobiłam sobie apetytu i sobie wyobrażałam jak to będzie kiedy ją wreszcie dostanę w swoje ręce.

jedwabnik_Rowling

Dzięki niezwykłej uprzejmości moich koleżanek mieszkających po właściwej stronie Bałtyku, nie musiałam czekać na książkę do przyszłego lata. Zachwycona Wołaniem kukułki z entuzjazmem wzięłam się za Jedwabnika. No i niestety nie dołączę do grona zachwycających się kontynuacją. Owszem poprawnie napisana, ale sama intryga kryminalna pozostawia wiele do życzenia. Sposób popełnienia zbrodni, której dokonano na stronach powieści mrozi krew w żyłach, bo mimo, że to kryminał w zupełnie starym stylu, to trup nie leży sobie i nie wygląda jakby po prostu spał. Tak najczęściej bywało w powieściach detektywistycznych starej daty, do których seria o Cormoranie wyraźnie nawiązuje. O słabości zagadki kryminalnej może świadczyć fakt, że jeżeli się przeczytało wszystkie kryminały Agathy Christie, to kandydat na mordercę jest właściwie oczywisty zaraz po ujawnieniu szczegółów zbrodni. Miałam jednak nadzieję, że się, co do sprawcy pomyliłam, bo wydało mi się, że to niemożliwe, żeby to mogłoby być takie proste. Na szczęście mimo podejrzeń kto, nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego.

Czytając Wołanie kukułki byłam pełna podziwu dla talentu J. K. Rowling/R. Galbraith. Wydawało mi się wtedy, że autorka potrafi napisać dosłownie wszystko. Po lekturze Jedwabnika dochodzę jednak do wniosku, że genialnie wychodzą jej wątki psychologiczne.

Cormoran Strike to wielowymiarowa postać, weteran i inwalida wojenny, pozbawiony złudzeń twardziel, a jednocześnie pełen słabości facet po przejściach. Autorka bardzo realistycznie kreśli tę postać. Wbrew temu, co można gdzie niegdzie przeczytać Cormoran wcale nie stanął na nogi. Koczuje w norze położonej nad swoim biurem, dalej kiepsko płaci swojej sekretarce, kuśtyka przez zaśnieżony Londyn, bo nie stać go na taksówki. Je byle co, a restauracyjny obiad grozi głodówką przez resztę tygodnia.

Robin, sekretarka Cormorana uwielbia pracę w agencji, a pracuje za psie pieniądze tylko dlatego, że jest zafascynowana pracą detektywa i ma ambicje, żeby bardziej aktywnie pracować przy śledztwach. Ta ułożona i systematyczna kobieta jest kompletnym przeciwieństwem swojego szefa, choć życie osobiste ma również dosyć skomplikowane. Jej związek z przystojnym księgowym to w zasadzie dość prozaiczna historia nieudanego zwiazku, ale myślę, że autorka szykuje czytelnikom w przyszłości jakąś niespodziankę.

Mam wrażenie, że ta powieść jest taką małą zemstą autorki na światku wydawniczym. Na pewno nie zapomniała jak z Harrym Potterem pod pachą, bezskutecznie pukała do drzwi wielu wydawnictw.

Wiesz, właśnie na tym polega problem tradycyjnej branży wydawniczej: nie chcą ryzykować dla czegoś, czego jeszcze nie widziano, interesuje ich tylko to, co pasuje do ich kategorii sprzedaży i jeśli mieszasz kilka gatunków, jeśli tworzysz coś zupełnie nowego, boją się spróbować…

W Jedwabniku obnażyła mechanizmy funkcjonowania rynku wydawniczego, a bohaterami powieści uczyniła pisarzy, agentów i wydawców.

Pisarze to okrutne plemię, panie Strike. Jeśli chcesz przyjaźni na całe życie i bezinteresownego koleżeństwa, zaciągnij się do wojska i naucz się zabijać. Jeśli chcesz życia wypełnionego chwilowymi sojuszami z kolegami po fachu, którzy będą się upajali każdą twoją porażką, pisz powieści.

Czekam niecierpliwie na następną książkę autorki, dużo bardziej zainteresowana wątkiem psychologicznym powieści niż kryminalnym.

8/10

kursywą fragmenty powieści

Nastraszył mnie pan!

bookfa

Tomasz Prusek

K.I.S.S.

Agora SA, Biblioteka Gazety Wyborczej, 2014, stron 318

 

Świat banksterów, wielkich pieniędzy, giełdy, funduszy inwestycyjnych i tym podobnych jest mi zupełnie obcy. Nie bardzo odróżniam akcje od obligacji, co może nie jest takie dziwne skoro nigdy nawet nie widziałam czegoś takiego z bliska. Dość kusząca wydała mi się więc debiutancka powieść Tomasza Pruska o tajemniczym tytule K.I.S.S.

kiss

Kto by nie chciał zajrzeć za kulisy tego świata, dowiedzieć się jak to jest obracać wielkimi pieniędzmi (na dodatek cudzymi), zarabiać je, lub tracić?

No i się nie zawiodłam. Mimo kompletnego dyletanctwa autorowi udało się wrzucić mnie w sam środek wielkich afer, wojen rekinów finansjery, flirtu biznesu z polityką, dziennikarskich manipulacji i nawet (o dziwo!) nie pogubiłam się, o co w tym wszystkim chodzi.

K.I.S.S. to bardzo zręczny i niepokojący thriller o ogromnych pieniądzach i wielkich oraz mniejszych przekrętach, do których one służą.

Inwestorzy są głupsi niż myślisz. Czują się bezpiecznie, gdy o spółce jest głośno, gdy wylewa się z pierwszych stron gazet i portali. Gdy prezes roztacza wizje rozwoju, choćby na drugim końcu świata. Pamiętasz bańkę internetową w Ameryce? Co wtedy ludzie kupowali? Spółki płacące dywidendy, należące do „starej” ekonomii? Gówno prawda. Rzucali się na spółki internetowe, bez zysków, a nawet bez przychodów. I ty mi mówisz, że inwestorzy nie są głupi?

Po lekturze doszłam do wniosku, że jeżeli kiedykolwiek będę miała nadmiar gotówki, to najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie umieszczenie jej w przysłowiowym materacu. O moich pieniądzach, utopionych z urzędu w funduszach emerytalnych, aż boję się myśleć… Zwłaszcza, że w moim banku raczej na pewno nie zarządza nimi nikt taki jak główna bohaterka, Olga Kirch. To taki Zorro w spódnicy, wśród całej chmary negatywnych bohaterów tej powieści.

Tomasz Prusek jest dziennikarzem i od mniej więcej dwudziestu lat zajmuje się polską giełdą. Obawiam się, że mimo zapewnienia, że K.I.S.S. to fikcja literacka sporo w niej prawdy o funkcjonowaniu giełdy i mechanizmach finansowych. Zwłaszcza, że akcja powieści sprytnie łączy literacką fikcję z wydarzeniami, które całkiem niedawno wstrząsnęły światową ekonomią.

Ale mnie pan nastraszył, panie Prusek!

9/10

kursywą fragment powieści

 

przeczytałam dzięki uprzejmości Agora SA

Jakby bardziej trzeźwy

bookfa

Marta Guzowska

Głowa Niobe

WAB, Mroczna seria, 2013, stron 349



Debiut autorki Ofiara Polikseny mnie zafascynował. Kiedy się wydaje, że wszystko już było, nagle okazuje się, że wcale nie! Nie mogłam się więc doczekać, kiedy wreszcie trafi mi się szansa na ponowne spotkanie z Mariem Yblem, bo kiedy czytałam Ofiarę Polikseny do księgarń trafiała już kolejna powieść z tym koszmarnym typem, Głowa Niobe.

Tym razem autorka umieściła akcję powieści w Nieborowie.

Pałac w Nieborowie, zwłaszcza przykryty śniegiem i oglądany z pewnej odległosci, jest harmonijną i proporcjonalną budowlą. Dobre wrażenie pryska, gdy tylko przekroczy się progi pałacowe. Jedyne, co pozostaje, to chęć jak najszybszego wydostania się stąd oraz oleisty smród pasty do podłóg, środka cieszącego się ogromną popularnością wśród miejscowego personelu sprzatającego.

Zamiast tureckiego upału z Ofiary Polikseny jest polski mróz i śnieg. Tylko ciemności są podobne. Biorąc pod uwagę fobię antropologa światowej sławy, jest to właściwie element konieczny. Tylko wtedy cyniczny Ybl traci nieco kontrolę nad sytuacją, zachowuje się irracjonalnie, a ogarnięty paniką zapomina nawet o byciu aroganckim chamem.

Zmierzch to pora duchów. Panuje powszechne przekonanie, że jest nią raczej północ, ale ja wiem lepiej. O północy człowiek albo śpi i wszystko jest w porządku, albo już zwariował ze strachu.

Nudna międzynarodowa konferencja specjalistów od rzeźby antycznej już pierwszej nocy staje się miejscem wyjątkowo ohydnej zbrodni. Ponieważ całe towarzystwo z powodu śnieżycy stulecia jest kompletnie odizolowane od świata zewnętrznego, nie ma wątpliwości, że mordercą jest ktoś z uczestników konferencji. Chociaż Mario Ybl uważa mordercę za wyjątkowego partacza nie wątpi, że nie skończy się na jednej zbrodni. Podejrzewa wszystkich oprócz siebie, chociaż inni podejrzewają właśnie jego. Ponieważ nie ma szans, żeby na miejsce zbrodni wkrótce dotarła policja Ybl postanawia sam zdemaskować mordercę.

Światowej sławy antropolog jakby mniej ostatnio pije i chyba ciut mniej przeklina, ale za to impertynencki jest jak zawsze. Specyficzny humor i soczyste dialogi tej powieści są jak dla mnie, na piątkę. Wiadomo, zgorszonego nic nie zgorszy. Ha!

 

Końcówka powieści trochę kuleje, ale całość generalnie trzyma poziom. Tak więc mam za sobą drugie spotkanie z aroganckim Yblem i już nie mogę się doczekać kolejnego. Też pewnie odbędzie się w ciemnościach. Kopalnia soli w Wieliczce? Tunele starej kopalni? Nie mam pomysłu, ale liczę na fantazję Marty Guzowskiej.

Jak widać powieść ukazała się z różnymi wersjami okładki. Mój egzemplarz to ten z tą hm... bardziej dwuznaczną.

 

kursywą fragmenty powieści

 

8/10

fbfbfb80

Wejście Cormorana

bookfa

Robert Galbraith

Wołanie kukułki

przekład: Anna Gralak

Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013, stron 451

 

Jeżeli J.K. Rowling chciała udowodnić sobie i światu, że nie jest autorką jednej powieści, to według mnie zrobiła to już swoją poprzednią książką Trafny wybór. W nowym wcieleniu jako Robert Galbraith spróbowała swych sił jako autorka kryminałów. I znów się udało.

Wołanie kukułki to kryminał z wciągającą, misternie skonstruowaną intrygą wzorujący się na najlepszego sortu klasycznej powieści detektywistycznej. Najwięcej tam Roberta Galbraitha, ale trochę też jakby z Dorothy Leigh Sayers, P.D. James i Raymonda Chandlera. Nie wiem, czy autorka byłaby zachwycona takim porównaniem, ale to ma być komplement. Zagadkowy tytuł (wierny oryginałowi) nie dawał mi spokoju, a kukułka pojawiła się dopiero na 175 stronie i wtedy wreszcie moja ciekawość została częściowo zaspokojona.

Do sławnych powieściowych detektywów najprawdopodobniej dołączy kolejny, Cormoran Strike. Ten zupełnie zwyczajny i wyjątkowo nieatrakcyjny facet jest weteranem wojennym, który na wojnie w Afganistanie stracił nogę. Po powrocie do Londynu posypało mu się życie osobiste. Rozstał się z kobietą swojego życia, a ponieważ u niej mieszkał, to stał się nagle bezdomny. Jedyne co teraz ma to długi i biuro detektywistyczne, któremu przydałoby się trochę więcej klientów i tymczasową pracownicę, na którą go nie stać. Oprócz Cormorana Strike’a w powieści pojawia się szereg bardzo wyrazistych postaci. Autorka potrafi doskonale kreślić portrety swoich bohaterów z wielką dbałością o szczegóły, co udowodniła już z resztą w poprzedniej powieści.

W biurze Cormorana zjawia się John Bristow, brat słynnej modelki Luli Landry i prosi Cormorana o zbadanie, czy jej śmierć rzeczywiście była samobójstwem. To dla Strike’a szansa, żeby finansowo odbić się wreszcie od dna, więc mimo, że nie wierzy w teorię Bristowa przyjmuje sprawę. Tym samym wkracza nagle w dość zamknięty, rządzący się swoimi prawami świat celebrytów. Z pozoru rutynowe śledztwo z czasem zaczyna się coraz bardziej komplikować.

451 stron wciągającej lektury i obietnica, że Cormoran Strike i jego współpracownica powrócą. Niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Kolejna powieść ukaże się już latem tego roku. Mam nadzieję, że w polskim przekładzie równie szybko jak Wołanie kukułki.

Gdzieś przeczytałam, że dopóki nie wydało się, że Robert Galbraith to J. K. Rowling, powieść kiepsko się sprzedawała. No cóż, to tylko dowód, że reklama jest dźwignią handlu, a debiutantom, nawet najbardziej utalentowanym trudno się przebić.

9/10

 

fbfbfb76

Mniej ulubiony wariant

bookfa

Kristina Ohlsson

Odwet

Prószyński i S-ka, 2011, stron 400

 

Wolę wariant, kiedy zanim będzie lepiej jest gorzej, a nie odwrotnie. Tak jest w przypadku tej powieści Kristiny Ohlsson. Debiut był zaskakująco dobry, więc wiele sobie obiecywałam po następnej powieści autorki. No i się zawiodłam. Kolejna powieść to schematyczny kryminał jakich wiele. Do tego stopnia schematyczny i niezapadający w pamięci, że mimo, że czytałam go całkiem niedawno (późną jesienią), to już nie bardzo pamiętam o czym był, że nie wspomnę o szczegółach. Żeby napisać te kilka słów refleksji, musiałam poszukać informacji o książce w internecie. A i ten zabieg niewiele pomógł.

 

Odwet to kryminał, który nie wychodzi przed szereg. Mimo, że w zasadzie jestem zawiedziona lekturą, to przeczytam kolejną powieść z kryminologiem Fredriką Bergman w roli głównej chociażby dlatego, że jestem ciekawa co też autorka namiesza dalej w jej życiu.

Powieść ma jednak swoje plusy. Jednym z nich jest fakt, że autorka porzuciła ten nachalnie feministyczny wątek, który psuł mi lekturę Niechcianych. Posunęła się jednak trochę za daleko i tym razem, bo granicząca z cudem metamorfoza seksistowskiego policjanta wydaje mi się być zbyt naciągana. Jeżeli autorka chce udowodnić czytelnikowi, że seksista może się nawrócić, to powinna się bardziej postarać. Mimo wszystko cieszę się, że przestała się upierać, że faceci to świnie. Drugim plusem jest sposób narracji. Mimo, że powieść jest w większości zapisem mozolnego śledztwa, to daje się czytać. Finał jest dość zaskakujący, choć dla fanów gatunku, z serii tych przewidywalnych. Pisarze tacy jak Adler-Olsen i Theorin niestety bardzo wysoko podnieśli u mnie poprzeczkę wszystkim autorom kryminałów, a skandynawskim w szczególności.

Oryginalny tytuł Odwetu to Stokrotki. Nie mogę się nadziwić nadkreatywności polskiego wydawcy i apeluję, aby się w końcu opamiętał, ponieważ (o zgrozo!) zauważyłam, że następna powieść autorki także ma tytuł wzięty z sufitu!

7/10

 

fbfbfb75

Z serii: faceci to świnie

bookfa

Kristina Ohlsson

Niechciane

przekład: Grażyna Pietrzak-Porwisz

Prószyński i S-ka, 2010, stron 391

 

 Debiut Kristiny Ohlsson Niechciane to feministyczny kryminał, z wyraźnym akcentem na feministyczny. Jest też dość nietypowy ze względu na sam wątek kryminalny, bo nie tylko o to kto zabił w tej powieści chodzi.

Policjanci Alex Recht i Peder Rydh współpracują z kryminologiem płci żeńskiej, Fredriką Bergman, próbując rozwikłać zagadkę tajemniczego zaginięcia kilkuletniej dziewczynki.


Miałam dziwne wrażenie, że policjanci byli bardziej skoncentrowani na udowadnianiu sobie, że są ładniejsi i bardziej kompetentni niż ich koleżanka Fredrika Bergman. I nie byłoby to może aż tak irytujące, gdyby nie fakt, że autorka z uporem maniaka co parę stron wraca do problemu uprzedzeń policjantów wobec cywilnych współpracowników, a w szczególności kobiet. Możliwe, że tak jest. Policja to w końcu dość specyficzna grupa zawodowa i kobietom może nie być łatwo o akceptację w tej branży. Jednak czytanie o tym w kółko i wciąż odbiera przyjemność czytania, zwłaszcza jeżeli myślimy, że bierzemy do ręki kryminał, a otrzymujemy coś na kształt manifestu feministycznego. Przekonywanie mnie nawet w kryminale, że faceci to świnie na nic się nie zda. I tak wiem swoje, że nikt nie jest doskonały. Szczególnie mało wiarygodny wydał mi się komisarz Recht, który jak na legendarną postać sztokholmskiej policji wyjątkowo po dyletancku prowadził śledztwo, w którym także wyścig z czasem miał bardzo istotne znaczenie.

Wątek kryminalny powieści jest bardzo interesujący i autorka umiejętnie pograła na moich emocjach. Jako matka jestem szczególnie mało odporna na problem krzywdzenia dzieci. Z resztą kogo to nie ruszy? Suche relacjonowanie zdarzeń potęgowało grozę sytuacji, choć autorka okazała trochę litości i nie epatowała szczegółowymi opisami popełnianych zbrodni. Może to kwestia mojej wyobraźni, ale gdzieś przeczytałam takie zdanie, że czyta się tę powieść szybko i lekko. Szybko, i owszem, bo trudno się oderwać od lektury, ale lekko? O krzywdach wyrządzanych dzieciom na pewno nie czyta się lekko. Duży plus za zręczne manipulowanie postaciami drugoplanowymi. Przez ponad pół powieści byłam pewna, że wiem kto popełnia te wyjątkowo ohydne zbrodnie, ale okazało się, że nawet taką wytrawną kryminalistkę jak ja można wywieść w pole.

Zastanawia mnie polski tytuł powieści. Czy to radosna twórczość tłumaczki, czy wydawnictwa? Tytuł oryginalny to Kopciuszki i nie widzę absolutnie żadnego usprawiedliwienia dla tej zmiany. Z przykrością zauważyłam, że tytuł kolejnej powieści autorki też wzięto z sufitu. Czy rzeczywiście potrzeba dzisiaj chwytliwych tytułów, żeby sprzedać kolejnego „Szweda”?

Że też zawsze się muszę przyczepić. Jak nie do okładki, to do tytułu…

 

8/10

fbfbfb44

Pożegnania nadszedł czas

bookfa

Johan Theorin

Rörgast

Wahlström&Widstrand, 2013, stron 453

 

Wyjątkowo gorące lato na Öland. Zbliża się najbardziej ulubione święto Szwedów, Midsommar. Most na Öland aż się ugina od ilości turystów zmierzających na wyspę. Szwedzi kochają tradycje, więc chyba trudno byłoby znaleźć lepsze miejsce jednocześnie na letni urlop i do świętowania Midsommar. Öland to niezwykła wyspa. Jeżeli nie można powiedzieć, że czas stanął tam w miejscu, to na pewno płynie innym trybem.

 

Gerlof patrzył na zatokę.

- Czasami tak sobie myślę John… Czy chociaż jedna rzecz stała się lepsza na Öland w ciągu ostatnich stu lat? Czy naprawdę chociaż jedna?

Wydawało się, że John się zastanawia.

- Nikt teraz nie głoduje… I ściany są równe.

- No tak – zgodził się Gerlof – Ale czy jest nam weselej?

- Kto wie – powiedział John – Ale żyjemy. Z tego powinniśmy się cieszyć.

- No tak.

 

Wśród przybyłych na wyspę letników jest Aron, który po wielu latach powraca w rodzinne strony, żeby rozliczyć się z przeszłością i wyrównać rachunki.

Gerlof cieszy się aparatem słuchowym, latem i wnukami, ale gdy pewnej nocy do jego szopy rybackiej, w której akurat nocuje dobija się przerażony chłopiec, nagle kończy się leniwa kanikuła. Wystraszony nastolatek opowiada o dryfującym statku, umierających marynarzach i mężczyźnie z siekierą w ręku. Gerlof słucha historii chłopca bardziej ze zrozumieniem niż zdumieniem. To przecież Öland, tu wszystko jest możliwe. Przypomina sobie, że kiedy sam był niewiele starszy od przestraszonego chłopca i pracował jako grabarz, to raz podczas pogrzebu wyraźnie słyszał pukanie z trumny, którą akurat przysypywano ziemią.

Późniejsze wydarzenia, których świadkami będą letnicy i mieszkańcy wyspy zmuszą Gerlofa do sięgnięcia do kolejnych wspomnień z młodości, bo to właśnie tam może tkwić klucz do zagadki. Niedosłyszący, poruszający się niemrawo o lasce staruszek, powoli i cierpliwie będzie prowadzić swoje własne śledztwo i choć nie będzie potrafił zapobiec lawinie tragicznych wydarzeń, to jednak odegra w nich swoją rolę.

Nadszedł czas czytelniczego pożegnania z wyspą. Oto Rörgast *, ostatnia część kwartetu olandzkiego, która zaskoczyła mnie swoim dramatyzmem i prostotą stylu. Czytałam zapominając chwilami o oddychaniu, ale jak widać „można żyć bez powietrza”. Wątki z przeszłości jak zwykle zgrabnie splatają się z teraźniejszością. Tym razem autor sięgnął do tragicznych czasów, które są nam Polakom szczególnie dobrze znane. I choć postać Arona jest fikcyjna, to na historię jego życia składają się fakty historyczne jak najbardziej prawdziwe.

Powieść ma kilku interesująco naszkicowanych bohaterów i każdy z nich ma swoje istotne w powieści pięć minut. Lisa – Lady Summertime, mały Jonas, rodzeństwo Kloss i jeszcze kilku innych. Powieść składa się z wielu krótkich akapitów, napisanych wyjątkowo oszczędnym stylem.

Żeby nie zepsuć lektury muszę na tym zakończyć . Element zaskoczenia jest w przypadku lektury czwartego tomu bardzo istotny. Co prawda istnieje pewne ryzyko, że wszyscy ci co przeczytają ten wpis zdążą o nim zapomnieć zanim książka trafi do polskich księgarń. Święty psychol potrzebował prawie dwóch lat.

Szwedzi mają takie powiedzenie, że jeżeli się czeka na coś dobrego, to nigdy nie czeka się zbyt długo.

 10/10

 

* Rörgast  to określenie zjawy wynurzającej się z olandzkiego kurhanu pochodzącego z epoki brązu.

kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu

 

fbfbfb39

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci