Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

powieść współczesna

Logika paranoika

bookfa

Na krawędzi

Krzysztof Numpsa

Novae Res, 2014, stron 227

na_krawedzi

Na krawędzi to szokująca opowieść o rozchwianym emocjonalnie alkoholiku dręczonym przez demony przeszłości, perwersyjne skłonności seksualne oraz paranoję pomieszaną z hipochondrią i poczuciem winy. Ten sfrustrowany, żałosny typ budził we mnie skrajne uczucia, od pogardy po obrzydzenie. Do czasu. Na kacu po kolejnym pijackim ciągu zmagając się z paranoicznymi lękami był już tylko żałosny i było mi go nawet żal.

Miał kompleks Polaczka, tak jak Hitler Żyda - nienawidził Polaków, bo był jednym z nich. (…) Polskie cechy narodowe – zawiść i pogarda – zjadacze energii, koniecznie musiał się od nich uwolnić.

Damian był ofiarą własnych frustracji, strachów i wręcz socjopatycznego malkontenctwa. W jakimś stopniu zapewne przyczynił się do tego wyjazd do Irlandii w poszukiwaniu tzw. lepszego życia, bo z własnych obserwacji wiem, że nie każdy odnajduje się na emigracji.

Oprócz fabuły szokujący jest także język tej powieści. Lista wulgaryzmów jest długa. Niby wszystkie je znam, ale w literaturze ciągle mnie rażą. Nie potrzebuję też epatowania pornograficznymi opisami perwersyjnego seksu. Myślę jednak, że ten brutalny, wręcz rynsztokowy język to zabieg jak najbardziej celowy. Żebym jako czytelniczka nie miała wątpliwości, że bohater powieści osiągnął dno dna, lub jak kto woli, stanął na krawędzi życiowej przepaści.

Damian zastanawiał się nad wyborem: kieliszek, czy sznurek? Pić pod sklepem, czy dyndać na drzewie? Wiedział, że istniała jeszcze jedna droga, ale żeby na nią wstąpić, musiałby wstać z łóżka rano, jako abstynent, trzeźwy, pozytywnie myślący człowiek.

Mam wątpliwości, czy książka ta może być pomocna dla kogoś kto znajduje się w podobnej sytuacji życiowej, ale myślę, że może pomóc zrozumieć logikę opętanego paranoją alkoholika. Bulwersująca i mimo wszystko pouczająca lektura.

Kursywą fragmenty powieści.

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

 

Tak musiał się czuć Kolumb jak odkrył Amerykę

bookfa

Wbrew pozorom nie będzie to wpis geograficzny, ani o konkretnej książce, ale o tym co można zrobić z książkami.

Jakiś czas temu dostałam propozycję wysłuchania audiobooka, ale nie takiego zwykłego, gdzie czyta jeden lektor, a słuchający po jakimś czasie zostaje tym monotonnym czytaniem po prostu uśpiony, tylko czegoś, co określa się mianem SUPERPRODUKCJA. Nie chciałabym tu zrobić nikomu przykrości, ani tym co uwielbiają audiobooki, ani lektorom, którzy choć dają z siebie wszystko, czasem to i tak niestety okazuje się być za mało, żeby słuchacz nie uciął sobie choćby krótkiej drzemki.

Tym razem chodziło o coś, co jak wspomniałam wcześniej, nazywa się superprodukcją. Podeszłam do tego ostrożnie, bo jak coś ma „super” w nazwie, może okazać się jednak czymś zupełnie innym w użyciu.  Znam to niestety z autopsji.

Pierwszą superprodukcją, której wysłuchałam była powieść Jo Nesbø Karaluchy. No cóż, po prostu genialne! Aktorzy tak starannie dobrani do ról, że lepiej by się po prostu nie dało, nawet gdyby ktoś się uparł i chciał udowodnić światu, że da się to zrobić lepiej. Od razu mówię, że się nie da. Po prostu nie ma takiej możliwości.

 

Nesbo__Karaluchy__SUPERPRODUKC1

 

Szokiem była dla mnie Iza Kuna, której do końca w ogóle nie rozpoznałam. Co ta dziewczyna wyrabia ze swoim głosem przechodzi ludzkie pojęcie! Miarą mojego zachwytu niech będzie fakt, że wrzuciłam sobie tę superprodukcję do mp3 i słuchałam tyle razy, że umiem już nawet część dialogów na pamięć. Narracja Bonaszewskiego i tzw. udźwiękowienie też najwyższej próby. Reżyserem tej superprodukcji jest Krzysztof Czeczot.

I tak ja, która od lat nie dałam rady żadnemu audiobookowi nagle pokochałam superprodukcje. Ktoś trochę starszej daty pewnie dobrze pamięta Codziennie powieść w wydaniu dżwiękowym w „trójce”. To było też coś równie fantastycznego. Mam nawet nagrane na radzieckie kasety całe Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Nie mam jednak na czym odtworzyć, a nawet gdybym miała to nie jestem pewna, czy by się jeszcze dało.

superpr.colage

Tak odkryłam superprodukcje. Zaczęło się od Karaluchów Nesbø, potem było Lśnienie Kinga, Ojciec chrzestny Puzo. Marzy mi się jeszcze Święty chaos Harasimowicza, Filip Tyrmanda, Powstanie Warszawskie Ciszewskiego i Gra o tron Martina.

11/10

Ten cholerny Vernon

bookfa

Valerie Despentes

Vernon Subutex

Wydawnictwo Otwarte, 2016, stron 376

Chcecie przeczytać coś co Was zaskoczy, wprawi w osłupienie, pozostawi po sobie niesmak, a jednocześnie szok i zachwyt, to przeczytajcie koniecznie tę książkę. Przeczytałam właśnie tom pierwszy i czekam z niepokojem na polski przekład drugiego.

 Vernon Subutex - Valerie Despentes

 

Obawiam się, że Vernon Subutex pojawił się w moim życiu, żeby pozostać w nim na zawsze. Nieudacznik życiowy, irytujący i bierny typ o w sumie niezbyt skomplikowanej osobowości, dający się nieść otaczającej go rzeczywistości prostą drogą ku przepaści. Świat Vernona jest brutalny, bezwzględny, na ciągłym haju, a Vernon dzięki swojej bierności z góry skazany jest na porażkę. Od pierwszych stron wiadomo, że ta historia nie może skończyć się dobrze. Nie wiem ile będę potrzebowała czasu, żeby "wyjść" z tej powieści. A wszystko przez tego cholernego Vernona!

Virginie Despentes zaskakuje surowością języka. Zero kompromisu. Zero autocenzury. Czytelniczy dyskomfort gwarantowany. Jak dla mnie to mistrzostwo świata. Uwielbiam książki, które mnie zaskakują, bohaterów powieści, którzy mnie irytują, a w tej powieści wszystko to jest. Nawet w nadmiarze.

Jeżeli ktoś chce się trochę przygotować na tę czytelniczą jazdę bez trzymanki, może najpierw poszperać w życiorysie Valerie Despentes, prawdziwej enfant terrible francuskiej literatury, a potem sprawdzić co to takiego ten subutex, bo nazwisko głównego bohatera nie wydaje mi się być przypadkowe. Niewiele to pomoże, ale pozwoli zorientować się jak stroma jest ta równia pochyła pod tytułem Vernon Subutex.

MOCNE! POLECAM!

 

10/10

Ile żyć, tyle śmierci

bookfa

Małgorzata Kalicińska

Lilka

Zysk i S-ka, 2012, stron 544

 

Oto moje pierwsze spotkanie z twórczością popularnej autorki, Małgorzaty Kalicińskiej. Ta historia zaczyna się od opowiadania o codziennym, nudnym życiu zwyczajnych ludzi, a potem okazuje się, że to nudne życie to tylko przygrywka do historii, która potrafi wstrząsnąć i wzruszyć do łez. Taka jest właśnie Lilka.

 

lilka

Zaczęłam czytać Lilkę kilka miesięcy temu. Zdawało mi się początkowo, że czytam taką sobie historię o niczym. Marianna Roszkowska vel Baranek wydała mi się zupełnie przeciętną kobietą 50 +. Matka, żona i babcia. Wszystko tak poukładane, że aż nudne, dopóki nie spadnie na nią, jak grom z jasnego nieba, decyzja męża o rozwodzie. Mania zaczyna się miotać, nie bardzo wie jak zareagować, czuje się opuszczona, oszukana i zawiedziona.

Czytam więc sobie tę powieść po kilka stron, kiedy mam chwilę czasu, nosząc ją przy sobie jako e-book. Irytuje mnie ta cała Mania, ale powoli się wciągam. Podoba mi się coraz bardziej wielowarstwowość tej historii. Lubię takie rozwlekłe opowieści, gdzie mogę poznać dokładnie wszystkich bohaterów, przyzwyczaić się do nich na tyle, że przeżywam to co im się przydarza bardzo osobiście.

Po przeczytaniu mniej więcej jednej trzeciej zaczynam się zastanawiać, skąd tytuł powieści Lilka? Do tej pory pojawiła się przecież tylko jakaś wzmianka o Lilce, a główną bohaterką jest bezsprzecznie ciągle Mania Baranek, która miota się, szuka winnych sytuacji, w której się znalazła i… marzy o seksie. Nawiasem mówiąc wątek romansowy, to najsłabszy element powieści. Niestety mało kto potrafi pisać o seksie, opisy erotycznych podbojów Mani są żałosne.

Wiadomość o chorobie Lilki to jakby przełomowy moment tej opowieści. Teraz zaczyna się zupełnie inna historia. Zmieniają się relacje przyrodnich sióstr, zmienia się myślenie Mani, wreszcie staje się jakby bardziej „normalna” i bardziej mi bliska. Teraz czytam i czytam, nie mogę się wprost oderwać od lektury. Zaczyna się przejmująca opowieść o tym, co w życiu naprawdę ważne, o jego przemijaniu i nieuchronności śmierci.

Historia Marianny i Lilki to niezwykle wzruszająca opowieść o bezsilności, pełna drastycznie szczegółowych opisów postępującej choroby, której finałem, jeżeli nie stanie się cud, będzie śmierć.

Chcę pokazać jej moją wiarę i wspierać ją, ale patrzę na te jej kości policzkowe wydatne jak nigdy dotąd, obciągnięte cienką skórą, wielkie oczy jak nigdy dotąd i zapadnięte, wklęsłe policzki i wiary we mnie - za grosz. Na chorobliwą cerę, piegi, plamy i żyłki na twarzy, matowe już włosy, których ma mniej i które ukryła pod sporą i puchatą czapką. Pomyślałam sobie, że ona niknie jak śnieżynka lodowa.

Przeczytałam, ani przez chwilę nie żałując, że dobrowolnie dałam sobie boleśnie porysować gwoździem po duszy.

8/10

Pierwsza naiwna?

bookfa

Emmy Abrahamson

Make it stort

Rabén & Sjögren, 2014, stron 242

I oto jestem po lekturze trzeciej książki o Filippie Karlsson, wypożyczonej w moim ulubionym bibliobusie. Pierwsza część tej historii Only väg is upp opowiadała o pierwszych krokach Filippy w Londynie, poszukiwaniu mieszkania, nowych przyjaźniach, pracy i egzaminach do szkoły dramatycznej. Zagubiona dziewczyna nie bardzo umiała się odnaleźć w nowym miejscu, co autorka opisała w sposób niezwykle obrazowy i humorystyczny. To był genialny początek trylogii o londyńskich losach Filippy, kontynuowany w Stjäla the show. Niestety, ten tom był słabszy. Opisane w nim trzy szkolne lata Filippy nie trzymały poziomu tomu pierwszego. Za dużo było w nim skrótów, co pozostawiło mi pewien niedosyt. Tom kończący opowieść Make it stort wypadł zdecydowanie lepiej niż drugi, prawie tak dobrze jak pierwszy.

make_it_stort

Filippa, kiedyś Karlsson, teraz Bond ukończyła już londyńską The Royal Drama School i jest gotowa na oszałamiającą, międzynarodową karierę aktorską. Zachłystuje się myślą, że jest AKTORKĄ. Rzeczywistość okazuje się jednak inna niż Filippa się spodziewała. Bieganie z castingu na casting zaczyna ją przerażać. Jedyne trafiające się propozycje to ogony w reklamówkach, ale nie udaje się jej dostać nawet tego. Szuka więc dorywczych prac, bo jakoś trzeba się przecież utrzymać. Życie uczuciowe ma chwilowo dość skomplikowane i sporo energii kosztuje ją, żeby się w nim nie pogubić.

Cała historia opowiedziana jest lekko i przyjemnie się to czyta. Uwielbiam styl autorki, tę mieszankę lekkiej ironii i humoru.

 

Filippa zwiedziła kilka pokoi. Większość drzwi była zamknięta na klucz, a w bibliotece odkryła, że wiele książek było tylko kartonowymi atrapami z namalowanymi grzbietami książek. Za zbiorkiem powieści Jane Austen znalazła pornograficzną gazetkę z lat osiemdziesiątych, a na brzegu wielkiego afgańskiego dywanu zasuszoną psią kupę. Filippa doszła do wniosku, że Wensley House jest ciemny, zimny i deprymujący.

W holu stanęła nagle oko w oko z królem Henrykiem VIII. Miał na sobie bordowe trykoty, wielki płaszcz obszyty futrem, złoty łańcuch i ogromny aksamitny kapelusz. Włosy miał wepchnięte pod nakrycie głowy. Filippa oniemiała.

- To dla turystów. – rzekł Fitzie – Mamy grupę umówioną na dwunastą.

- Okej! – odpowiedziała Filippa.

Król Henryk VIII zniknął w głębi korytarza. Ponieważ nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić – i trochę poddenerwowana spotkaniem twarzą w twarz z historią Anglii – wróciła do biblioteki.

 

I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że coś mi w tej powieści nie gra. Minęły trzy lata odkąd Filippa znalazła się w Londynie, a nie zmieniła się ani na jotę. Jakby czas stanął w miejscu. Jako dziewiętnastolatka z głową w chmurach, która właśnie przyjechała do Londynu, w pierwszym tomie była bardzo przekonywująca. Trzy lata później wydaje się już tylko zbyt naiwna i po prostu emocjonalnie niedojrzała. Trudno było zapomnieć, że czytam o dwudziestodwuletniej dziewczynie, więc trochę mi zgrzytało podczas lektury.

Mimo wszystko żal, że to już koniec historii. Mam nadzieję, że wpadnie w oko jakiemuś wydawcy i ukaże się w polskim tłumaczeniu.

 

8/10

kursywą fragment powieści

 

Pradze życzę wszystkiego najlepszego

bookfa

Elżbieta Wichrowska

Na Pragę nie wrócę

MG, 2014, stron 236

 

Po lekturze powieści Elżbiety Wichrowskiej nie jestem pewna, czy w ogóle określenie jej „powieścią” to dobry pomysł. Mam raczej wrażenie, że przeczytałam jakieś szkice, które są przeznaczone dla znajomych autorki. Na dodatek, jakby liczyła się z faktem, że może je przeczytać ktoś niepowołany, więc żeby zachować dyskrecję, przy niektórych imionach postaci pojawiajacych się w książce podała tylko pierwszą literę nazwiska. Nie wszystkich da się rozszyfrować, przynajmniej ja nie potrafię. Możliwe jednak, że o to chodzi. Nie wiem...

Bez znajomości Warszawy należy czytać z mapą w ręku, żeby nie zagubić się w labiryncie praskich uliczek. Sporo w powieści ciekawych opisów miejsc i interesująco sportretowanych postaci, choć wątki się rwą, lub do niczego nie prowadzą. Książka mnoży pytania i nie daje na nie w zasadzie żadnych odpowiedzi. Napisana interesującym stylem, ale jeżeli autorka chciała mnie oczarować swoją Pragą, to niestety się nie udało. Widzę Pragę raczej tak jak Justyna, jedna z koleżanek Magdy, narratorki powieści.

Smród, brud, parszywe towarzystwo. Widzisz tych meneli, którzy gapią się na nas? To twoi nowi sąsiedzi (…) Zawsze uważałam, że to parszywe i niebezpieczne miejsce. Moja matka nigdy nie zapuszcza się tu bez taksówki. I stara się jak najrzadziej z niej wysiadać. Najlepiej w ogóle.



Byłam na Pradze ostatni raz co prawda w latach 70-tych, ale właśnie po lekturze tej książki mam wrażenie, że pewne rzeczy nie zmieniły się tam od tamtej pory. Przyjechałam z lewobrzeżnej autobusem, żeby odwiedzić jakichś dalszych krewnych. Mieszkali w budynku otoczonym bardzo wysokim płotem, a przy furtce zamknietej na cztery spusty był domofon. We wszystkich oknach budynku była gęsta siatka, żeby nie można było wybić kamieniem szyb. Miałam przykazane przejść te kilkadziesiąt metrów od przystanku szybko, bez zbędnego rozglądania się, rozmawiania z kimkolwiek, czy zatrzymywania się.

Mam wrażenie, że jak jakiś intruz przeczytałam cudze, bardzo osobiste notatki, choć ich autorka liczyła się z tym, więc na wszelki wypadek pominęła szczegóły, które mogłyby zdradzić zbyt wiele. Nie mogłam się nawet za bardzo zorientować ile jest bohaterek tej powieści, trzy czy cztery? Na stronie 23 autorka wymienia Magdę, Beatę, Justynę i Ankę, ale potem Anka gdzieś się zagubiła. Ja też, wsród tych wszystkich powieściowych tajemnic i niedopowiedzeń.

kursywą fragment powieści

 

7/10

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

 

 

Edukacja Filippy

bookfa

Emmy Abrahamson

Stjäla the show (Ukraść show)

Rabén&Sjögren, 2013, stron 314

 

Po długim oczekiwaniu w bibliotecznej kolejce wreszcie trafiła w moje ręce wypatrzona na targach kontynuacja Only väg is upp z Filippą Karlsson w roli głównej. Zabrzmi to może idiotycznie, ale lekturę zepsuły mi pozaginane przez któregoś z poprzednich czytelników (co parę stron) rogi kartek. Ten czytelnik–wandal ma szczęście, że nie pracuję już w bibliotece…

 

Stało się to, co wydawało się prawie niemożliwe. Filippa Karlsson dostała się do londyńskiej The Royal Drama School. Wreszcie może porzucić pracę telefonicznej wróżki i zostać sławną na cały świat aktorką.

 

- Czy to się zgadza, że jesteś pierwszą w historii Szwedką, która się dostała? To zupełnie niewiarygodne!

Filippa potaknęła próbując nie umrzeć z dumy. Dziennikarka zajrzała do swoich notatek.

- Mikael Persbrandt próbował się dostać w latach 80-tych, ale mu się nie udało – przeczytała ze swoich notatek – To musi być wyjątkowe uczucie? Że ty się dostałaś, a on nie?

- Och… nie wiem… może…

Przyszedł fotograf i postawił na stole filiżankę kawy. Potem wyciągnął z torby aparat fotograficzny i zaczął się rozglądać po lokalu.

- Czy chciałabyś coś mu powiedzieć?

- Powiedzieć mu… komu?

- No, Mikaelowi. Skoro już się dostałaś?

Filippa wzięła duży łyk zimnej już jak lód herbaty, ponieważ nie wiedziała, czy dziennikarka mówiła poważnie, czy żartowała.

- Nieee... – odpowiedziała w końcu. Czuła zimno w gardle.

- A czy wiesz ilu próbuje dostać się na kierunek aktorski każdego roku?

- Chyba około trzech tysięcy – powiedziała Filippa – Gdzieś wyczytałam.

- A ile jest miejsc?

- Dwadzieścia pięć.

Dziennikarka zanotowała liczby w swoim notesie kiwając z uznaniem głową.

- A więc to będzie… tylko między jeden a dwa procent wszystkich zdających, którzy się dostają?

Filippa udawała, że się zastanawia.

- 0,83 procenta, chyba – powiedziała – Mniej więcej tyle. Około 0,83 procenta.

 

Dumna z siebie, marząca o karierze aktorskiej pierwsza i jedyna Szwedka w RoyDram z zapałem zaczyna edukację w najlepszej na świecie szkole aktorskiej. Entuzjazm Filippy szybko się kończy, kiedy okazuje się, że przez pierwszy semestr będą ćwiczyć tylko jeden wiersz, a jej przypadły w udziale dwie linijki tekstu. Nie tak wyobrażała sobie pierwsze kroki do upragnionego celu. Intrygi, bezwzględna rywalizacja, humorzaści nauczyciele i rozpychający się łokciami w drodze do kariery klasowi koledzy, to środowisko, w którym Filippa nie czuje się zbyt komfortowo. Trzy lata, w których radości mieszają się ze zwątpieniem w swój talent i możliwości.

Powieść napisana z humorem charakterystycznym dla powieści autorki. Tym razem Emmy Abrahamson koncentruje się na trzech latach Filippy w RoyDram, chociaż nie brak w niej innych wątków. Bardzo taktownie i umiejętnie napisane o tym jak ważna w życiu jest przyjaźń, lojalność i uczucia. Bez moralizowania i patosu, którego nie trawią zwłaszcza nastolatki. No cóż, po prostu kolejna świetna powieść autorki. Jak dla mnie może zbyt dużo w powieści o samej szkole, no ale ja marzenia o scenicznej karierze pogrzebałam wieki temu, jeszcze w przedszkolu.

Powieść kończy się obiecująco: NIE THE END. Nie przegap Make it stort.

Jes! Jes! Jes!

 

9/10

kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu

 

fbfbfb45

 

Uwaga! Uwaga! Autorka będzie gościem bloga.

Przygnieciona pytaniami

bookfa

Dariusz Rekosz

Pocztówka z Toronto

Literacki Egmont, seria: Niebieskie migdały, 2013, stron 142

 

Zabrałam się za tę powieść z lekkim niepokojem, bo po Siostrzyczce, którą odbierałam  do pewnego momentu jako interesujący kryminał, a która potem okazała się zupełnie bez ostrzeżenia jakimś masakrycznym sajensfikszyn, czułam się bardzo rozczarowana.

Tym razem to nie powieść dla dorosłych, choć nie zaszkodzi jeżeli dorośli, a zwłaszcza rodzice nastolatków ją przeczytają. Pocztówka z Toronto to właściwie mini powieść, bo 142 strony to dość skromna objętość jak na powieść, a na temat, który porusza za skromna. Autor pisze o problemie tzw. dopalaczy. Włos mi się jeży na myśl, jak łatwo są dostępne w szkołach, jak tam trafiają i kto je sprzedaje. Problem dopalaczy to jakby temat przewodni, jest też o codziennych problemach, marzeniach i pierwszej miłości, której łatwo nie zauważyć.

Żyłka, czyli Monika Żyłkowska, główna bohaterka powieści jest uczennicą małomiasteczkowego gimnazjum. Po śmierci ojca mieszka tylko z mamą, która nie ma stałej pracy, więc sytuacja materialna tej dwuosobowej rodziny nie jest ciekawa. Nawet 20 złotych potrzebne nagle na leki wydaje się być wydatkiem, przekraczającym jej możliwości finansowe.

W klasie Moniki pojawia się nowy uczeń, Dominik, a kiedy jej przyjaciółka Mrówa, zostaje jego dziewczyną, nagle zaczyna mieć sporo pieniędzy. Mrówa znając sytuację finansową przyjaciółki proponuje jej udział w dochodowym „interesie”, w który wciągnął ją Dominik. Chodzi o rozprowadzanie w szkole dopalaczy. Monika się waha, bo pokusa jest spora. Musi się szybko zdecydować. Przy chronicznym braku pieniędzy trudno jest powiedzieć nie.

Interesujący temat na powieść, bo narkotyki i dopalacze w szkołach to powszechnie znany problem. Jednak trzeba coś więcej, niż tylko po raz kolejny go zasygnalizować. Mam wrażenie, że powieść mnoży w tym temacie za dużo pytań, a za mało daje odpowiedzi. Dla dzieci przecież trzeba pisać tak jak dla dorosłych, tylko lepiej, prawda? Według mnie dla młodzieży też.

 

6/10

fbfbfb21

Miejsce pracy: burdel

bookfa

Ewa Formella

Lawenda

2013, stron 241

 

To ciekawe doświadczenie śledzić karierę pisarską autorów od debiutu. Tak mam z Ewą Formellą. Lawenda to czwarta powieść w jej karierze pisarskiej i zdecydowanie najlepsza, zwłaszcza jeżeli chodzi o konstrukcję i prowadzenie wątków. Nic się nie rwie i akcja gładko się toczy do szczęśliwego końca. Co prawda Iwona ma przez chwilę na imię Irena i można się potknąć o kilka drobnych błędów gramatycznych, ale czasy są przecież takie, że mogłoby się zdarzyć, że nie wyłapałby tego nawet korektor. Coś takiego jak errata wsadzana kiedyś przez wydawcę do każdego egzemplarza książki jest też już tylko mglistym wspomnieniem.

Atrybuty autorki to dość oszczędnie zarysowane tło, skupienie się na wątku głównym, teraźniejszość przeplatająca się zgrabnie z przeszłością, łzy i szczęśliwe zakończenie. Autorka chyba wierzy w potęgę łez, bo jej bohaterki płaczą systematycznie, często w zupełnie niezrozumiałych dla mnie momentach. Ja jestem zwolenniczką teorii, że dowodem wzruszenia niekoniecznie muszą być łzy. Tak więc kiedy bohaterki autorki płaczą, to ja zamiast szlochać razem z nimi, po prostu się irytuję. Muszę jednak przyznać, że w tej powieści łez jest zdecydowanie mniej niż w poprzednich, co mnie bardzo cieszy. Bardzo taktownie i bez taniej sensacji o seksie za pieniądze. Jeżeli ktoś się spodziewa soczystych opisów scen łóżkowych, to się zawiedzie. To opowieść o trudnych wyborach, wybaczaniu i nadziei na szczęście.

Akcja powieści osadzona jest w Trójmieście, a dokładniej w trójmiejskim, wyjątkowo luksusowym burdelu „Ogród marzeń”.

Agencja Ogród Marzeń. Jeżeli chcesz zamówić piękny kwiat – wciśnij jeden, jeżeli chcesz zgłosić reklamację – wciśnij dwa, jeżeli dzwonisz po raz pierwszy – wciśnij trzy.

Lawenda, Magnolia, Stokrotka, Konwalia…

Pod tymi pseudonimami ukrywają się luksusowe prostytutki , które wiadomą częścią ciała zarabiają całkiem przyzwoite pieniądze na życie. Pamiętam kiedy w latach 70-tych z wypiekami na twarzy czytałam o zupełnie innym obliczu prostytucji w powieściach Goszczurnego. U Formelli damy lekkich obyczajów to zupełnie inna liga. Są piękne, inteligentne, wrażliwe i żłopią jak smoki. Mam pewne wątpliwości, czy szefowa tego biznesu byłaby tak atrakcyjną kobietą, jak to opisuje autorka, gdyby tyle piła.

Bardzo interesujące podejście do tematu, bez potępiania, czy gloryfikowania najstarszego zawodu świata. Dość wiarygodnie przedstawione blaski i cienie tego zawodu, jak łatwo do niego trafić i jak czasem trudno zrezygnować. Ta powieść udowadnia, że może pieniądze szczęścia nie dają, ale bardzo ułatwiają życie i że łatwiej być nieszczęśliwym z kupą kasy niż bez niej. Choć nie wiem, czy akurat o to autorce chodziło.

kursywą fragment powieści

 

7/10

fbfbfb1

Zardzewiałym gwoździem po sumieniu czytelnika

bookfa

Danuta Awolusi

Na wysokim niebie

Sol, 2013, stron 268

 

Ania mówi o sobie tak: grube, śmierdzące i biedne dziecko. Czuje się gorsza, brzydsza i głupsza. Nie wierzy w siebie, nie ma oparcia w najbliższych i prawie nie ma przyjaciół. Piszę „prawie”, bo jednak jest ktoś kogo nic nie zraża, bibliotekarka pani Sabina. Ania ma szczęście, że trafia w swoim młodym życiu na kogoś takiego. Ale to nie jedyne szczęście Ani, ma też w sobie mądrość i dojrzałość nieadekwatną do wieku. Dzięki pani Sabinie wiele wydarzy się w życiu Ani.

Wrażliwa, potrzebująca akceptacji i przyjaźni dziewczynka nie ma lekko. Dom to tylko miejsce gdzie się śpi, szkoła to obóz przetrwania. Jedyną ucieczką od rzeczywistości są książki. Pani Sabina podsuwa Ani lektury i umiejetnie roztacza nad nią opiekę. To dzięki bibliotekarce Ania odkrywa zupełnie nieznany sobie świat i zaczyna mieć marzenia o innym życiu. W jej życiu z czasem  pojawiają się kolejni życzliwi ludzie, do sąsiedniego domu wprowadza się Tobiasz, który będzie jej kolegą z klasy.

Tobiasz wyglądał na takiego, którego można szybko załatwić, typowa ofiara losu, która wzbudza w uczniach żądzę mordu. To zadziwiające zjawisko: osoby delikatne i wątłe nie przyciągają do siebie ludzi pełnych empatii, ale tych, którzy muszą na kimś wyładować agresję i udowodnić samym sobie własną wartość. (…) Kiedy zobaczyłam mojego sąsiada stojącego pod salą, poza wystraszonym wyrazem twarzy w oczy rzuciła mi się jeszcze jedna, kluczowa rzecz. Trzymana w dłoni książka.

Od momentu kiedy Ania odkryje w Tobiaszu bratnią duszę, wiele zacznie się zmieniać. Przyjaźń z Tobiaszem to taki symboliczny moment odbicia się od dna.

Na wysokim niebie to debiut Danuty Awolusi, autorki bardzo wszechstronnego tematycznie bloga o książkach. Danusia dała się poznać na blogach jako bardzo kreatywna i pełna empatii osoba. Pewnie dlatego zanim zaczęłam czytać książkę miałam pewne określone oczekiwania. Zostałam jednak zupełnie zaskoczona. Już sam początek wstrząsający i mocny, a w połączeniu z reporterskim sposobem narracji wstrząsający podwójnie spowodował, że poczułam jakby autorka przejechała mi zardzewiałym gwoździem po duszy. Mimo wielu tragicznych wydarzeń opisanych w książce, nie pozbawia jednak czytelnika nadziei na szczęśliwe zakończenie.

Kiedyś byłam na spotkaniu autorskim z młodą szwedzką pisarką Johanną Thydell, która powiedziała coś co zapadło mi w pamięci. Twierdziła, że każdy pisarz, zwłaszcza w swoim debiucie korzysta (mniej lub więcej) z własnych życiowych doświadczeń i jeżeli potem twierdzi coś innego, to absolutnie nie należy temu wierzyć. Twierdziła też, że wielu sięga po pióro właśnie z potrzeby rozprawienia się z demonami z przeszłości. Czytając powieść Danusi znalazłam w bohaterce jedną cechę wspólną z autorką, fascynację  książkami i powieściowymi bohaterami, Harrym Potterem oraz Severusem Snapem. Mam nadzieję, że to jedyne podobieństwa.

Potrzebowałam kilku dni, żeby pozbierać się po tej lekturze. Powróciły moje własne wspomnienia z lat szkolnych. Przypomniałam sobie tych, którzy znajdowali się w sytuacji podobnej do Ani. Przypomniałam sobie też moją jedyną próbę zwrócenia uwagi nauczycielki, że jeden z klasowych kolegów jest prześladowany. To było w drugiej lub trzeciej klasie, nie pamiętam dokładnie. Razem z moją najlepszą koleżanką poszłyśmy w tej sprawie do wychowawczyni i opowiedziałyśmy jej, że jednemu z kolegów na dużej przerwie kilku chłopaków obcięło rzęsy. W odpowiedzi usłyszałyśmy, że to bardzo brzydko skarżyć i było po sprawie. Czasem powraca do mnie to wspomnienie („leż gnoju spokojnie, bo inaczej ci tymi nożyczkami wydłubiemy oko”). Po lekturze tej powieści stawiam sobie kolejne pytania. Czy zrobiłyśmy z koleżanką wystarczająco dużo w tej sprawie? Czy dwa małe tchórze, panicznie bojące się klasowych oprawców powinny mimo strachu zrobić coś więcej?

Na wysokim niebie powinna być lekturą obowiązkową, bo to książka, która uczy empatii i wyostrza wrażliwość na krzywdę i niesprawiedliwość. I zmusza do rachunku sumienia.

kursywą fragment powieści

 

8/10

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci