Menu

Lost.In.The.Library

ma nowy adres: www.bookfa.se

powieść współczesna

Bolesna powtarzalność dziejów

bookfa

Michał Piedziewicz

Domino

MG, 2017, cykl: Gdynia. Miasto cudów, tom 2, stron 361

Oto kontynuacja Dżokera i moje lekko niespełnione oczekiwania. Z czytaniem serii mam trochę tak, że apetyt rośnie mi w miarę jedzenia. I dość trudno jest go zaspokoić. Owszem, jest dalej ten sam klimat retro utrzymany zgrabnie dzięki sposobowi narracji, ale sama Gdynia zeszła już jakby na dalszy plan i bohaterowie stracili nieco na wyrazistości.  Domino obejmuje lata 1939 – 1970. Jest to niepozbawiona ironii i humoru opowieść o dalszych losach Wilczyńskich i Kotkowskich. Niestety za mało w niej dramatyzmu i emocji, choć opowiada o losach ludzi, którzy z trudem przeżyli piekło II wojny światowej oraz trudne lata stalinizmu.

domino

Akcja drugiego tomu gdyńskiej trylogii toczy się dwupłaszczyznowo. PRL-owska proza życia przeplata się z wojennymi wspomnieniami. Łucja pisze listy do Krzysztofa narzekając na ludową ojczyznę, bo nijak nie umie się odnaleźć w tym nowym porządku politycznym, chociaż się stara.

Kraj niby ten sam, ludzie pozornie nie inni, wielu przedwojennych, więc aż nie sposób pojąć, jak to się wszystko mogło tak bardzo na złe zmienić!

Czasy się zmieniły, wojna zrobiła swoje. Ci, co kiedyś przybyli do Gdyni w poszukiwaniu innego (lepszego?) życia, poczuli się w końcu częścią tego miasta, co nie dziwi, bo to oni je budowali od podstaw. Każdy robił to po swojemu, jedni ciężką pracą fizyczną, inni zajmując się niezbyt legalnymi interesami. Wojna i powojenna rzeczywistość powoduje, że jednak znów czują się wyobcowani. Nie umieją się odnaleźć w PRL-owskiej rzeczywistości, zwłaszcza, że wiele się zmieniło. Nacjonalizacja, ciasnota maleńkich mieszkań, kartki żywnościowe, moralne dylematy, aresztowania i wymuszanie siłą zeznań, procesy pokazowe, kary więzienia…

 (…) dzieci, to właśnie pan minister* wybudował Gdynię. Wszystko wybudował: port, miasto, okręty zamówił, zaprojektował ulice.(…) Tę chwilę zapamiętajcie na całe życie – oto stoi przed wami wielki człowiek!

Wtedy nie wiedziała jeszcze, choć on być może doskonale to przeczuwał, że wkrótce z sanacyjnym mimo wszystko premierem nie będzie po drodze konstruktorom nowej rzeczywistości (choć wcześniej sami go z Rumunii przez Moskwę ściągnęli, co wzbudziło nie lada sensację!), że zostanie odsunięty, a i z willi w Sopocie ostatecznie wyrzucony. I że w Krakowie, dokąd wyjedzie, wcale nie będzie mu się wiodło lepiej – bez prawa do pracy czy emerytury. Tam zresztą miał umrzeć wiele lat później – przy alei Słowackiego.

Autor i tym razem snuje swą opowieść przeplatając fakty z literacką fikcją. Gdynia leży trochę na „peryferiach” Polski, więc nowy polityczny porządek ze wszystkimi jego konsekwencjami dociera tu trochę wolniej.

Czuję pewien niedosyt. Brakuje mi rozwinięcia wielu wątków tej historii. Muszę też dodać, że obserwując dzisiejszą scenę polityczną, Domino niezwykle wyraźnie uzmysławia, że historia rzeczywiście kołem się toczy i następnych pokoleń kompletnie niczego nie uczy.

8/10

 

* Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) wicepremier, minister przemysłu i handlu (1926–1930), minister skarbu (1935–1939) II Rzeczypospolitej. To jedna z bardziej zasłużonych postaci dla rozwoju Gdyni. Dzięki niemu budowa gdyńskiego portu, w roku 1926 ruszyła w błyskawicznym tempie, a Gdynia stała się dla międzywojennej Polski przysłowiowym „oknem na świat”.

 

kursywą fragmenty powieści

Metafizyka tajemnic

bookfa

Ewelina Matuszkiewicz

Biały latawiec

Wydawnictwo Skarabeusz, 2017, stron 315

Jakiś czas temu napisałam (na fejsie) kilka słów na temat tej książki, o tym, że moją uwagę od razu przykuły bardzo nietypowe tytuły rozdziałów. W miarę czytania odkrywałam, że autorka posłużyła się wersami znanych piosenek napisanych przez popularnych autorów tekstów. Pomysłowo wykorzystała je do opisu powieściowych wydarzeń, a nawet samych bohaterów, chociaż mam wrażenie, że nie wszystkie rozszyfrowałam.

bialy_latawiec

Maja dziedziczy dom po zmarłym dziadku. Zanim będzie mogła w nim zamieszkać musi pozbyć się nagromadzonych przez lata rupieci i zrobić generalny remont. Po mieście od dawna krążą legendy o ukrytym w nim skarbie. Jest też ktoś, kto obawia się, że Maja może znaleźć coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Miejscem akcji są Kozienice, a bohaterami, oprócz Mai, kilkoro mieszkańców miasteczka oraz… tajemnica, której ujawnienie wywoła prawdziwą burzę.

Czy nie mogło zostać tak, jak było wcześniej. Ciche, spokojne miasto. Z tradycjami. Z atrakcjami. A teraz jest… demolka. Niszczycie moje miasto. Niszczycie przyszłość tego miasta. Niszczycie przeszłość tego miasta. Jakieś brudy, pretensje, pomówienia. Jakby to naprawdę miało dziś znaczenie!

Tajemnice mają moc. Potrafią zepchnąć z piedestałów bohaterów, przewrócić do góry nogami czyjeś życie, zdemaskować ludzkie słabości i obłudę, a także podłość, do której ludzie są zdolni w imię źle pojętej politycznej poprawności. I ta książka jest też o tym.

Cztery starsze panie, które raz w tygodniu grywają w brydża jednocześnie plotkując o aktualnych wydarzeniach miejscowej społeczności, prawnik, który od dawna marzy o ujawnieniu swojego związku, młodzieniec na bakier z prawem, policjant, miejscowy radiowiec. Przeprowadzka Mai do Kozienic zmieni życie ich wszystkich.

Biały latawiec to debiut literacki Eweliny Matuszkiewicz i jednocześnie debiut wydawniczy wydawnictwa Skarabeusz. Bardzo udany. Niestety korektor przeoczył to i owo, co oczywiście nieprzyjemnie mi zgrzytnęło.

Na koniec dobra wiadomość; opowieść kozienicka będzie kontynuowana. Czekam niecierpliwie na Noc komety.

Kursywą fragment powieści.

Marzenia nie spełniają się same

bookfa

Magda Witkiewicz

Alek Rogoziński

Pudełko z marzeniami

Filia, 2017, stron 336

Odpowiednia lektura zwłaszcza na okres zimowy, choć oczywiście można ją przeczytać i latem na plaży. Lubię od czasu do czasu poczytać takie opowiastki typu feel good. Ta jest z tych lekkich, łatwych i przyjemnych, co jest znakiem rozpoznawczym Alka Rogozińskiego. Nie umiem precyzyjnie ocenić ile w niej Alka, a ile Magdy Witkiewicz, bo moja znajomość z twórczością Witkiewicz jak na razie ogranicza się do jednej pozycji, która dość skutecznie zniechęciła mnie do czytania kolejnych. Jestem w tym momencie lekko niesprawiedliwa, bo dowiedziałam się, że takie kobiety jak bohaterka z Opowieści niewiernej istnieją i to, co wydawało mi się kompletną bzdurą wymyśloną przez autorkę dzieje się czasem naprawdę!

Nie dostąpiłam zaszczytu wtajemniczenia, że oto rodzi się duet Witkiewicz-Rogoziński, więc wiadomość o premierze książki była dla mnie niespodzianką. Alek Rogoziński o tym skąd wziął się ten pomysł mówi tak:

W czasie każdego z naszych spotkań, czy to na żywo w księgarniach albo bibliotekach, czy też w Internecie, pojawiało się pytanie, czy coś kiedyś napiszemy razem. Krople drążyła skałę i wreszcie nasze kamienne postanowienie, że tego nie zrobimy, zamieniło się najpierw w wahanie, a potem decyzję, że jednak to zrobimy. Bo szczerze mówiąc na początku wcale nie mieliśmy takiego zamiaru. Pisanie w duecie to pułapka. Łatwo się rozjechać z pomysłami albo ich realizacją, pokłócić nawet o jakiś drobiazg. To była największa próba dla naszej przyjaźni!

duetuwitkiewiczrogozinski

Wiem, że autorzy powieści ciągle się przyjaźnią, więc niewykluczone, że to nie będzie ich pierwsze i ostatnie wspólne dzieło.

Czytając Pudełko z marzeniami czułam wyraźnie „ducha” Joanny Chmielewskiej, co najpewniej jest zasługą Alka Rogozińskiego. Na pewno też jego są mające podsycać ciekawość czytelnika fragmenty typu: gdyby wiedział, że upadnie, to by się położył.

 pudelko1

Nieskomplikowana, pełna humoru i dowcipnych dialogów fabuła, z tych, co to bohater powieści rzuca wszystko i wyjeżdża rozpocząć gdzieś indziej nowe życie. Tu jest podobnie, choć muszę przyznać, że pomysł jak wysłać bohaterów (bo jest ich dwóch, a właściwie dwoje!) na zabitą dechami prowincję jest dość nietuzinkowy i mogę tu z czystym sumieniem napisać, że „tego jeszcze nie było”. Malwina zostawia stolicę i korporacyjne życie pod wpływem narzeczonego, który ma sto pomysłów na minutę na to, co chciałby robić w przyszłości, z których żadnego tak naprawdę nie zamierza zrealizować. Michał natomiast opuszcza stolicę kompletnie spłukany, ale za to z okazałym porożem, które zafundowała mu narzeczona. Zamierza zacząć nowe życie, a przede wszystkim odnaleźć ukryty w czasie II wojny światowej rodzinny skarb (dziwnym trafem historia o skarbie, która wydawała się być z początku istotnym elementem całej opowieści, właściwie nie ma finału). Spory wpływ na losy tej pary po przejściach będą mieć dwie wścibskie starsze panie, para gamoniowatych dzieciaków i… święty Ekspedyt.

Pudełko z marzeniami to nie tylko tytuł książki, to też pomysł do wykorzystania przez wszystkich, którym sprawia radość spełnianie cudzych marzeń. Jeżeli należycie do tej grupy, koniecznie przeczytajcie tę książkę! Na pewno Was zainspiruje.

Zaliczam się do tych czytelników, których wychowano na erratach. Kiedyś wydawnictwa dokładały wszelkich starań, żeby w książkach nie było żadnych błędów, ani merytorycznych, ani gramatycznych. Te drugie właściwie nigdy się nie zdarzały. Ot, czasem chochlik poprzestawiał litery i zauważano to dopiero po wydrukowaniu książki, gdy następowało ostatnie czytanie korektorskie. Dodrukowywano wtedy erratę, taką małą kareczkę z poprawkami, którą umieszczano w każdym egzemplarzu książki, często wraz z przeprosinami z błędy. Korektor w Filii wydaje się być tylko figurantem, bo w książce roi się od różnorakich błędów, a „półtora godziny” po prostu mnie dobiło. Mam jedno proste pytanie do wydawnictwa: dlaczego to robicie czytelnikom, a zwłaszcza waszym autorom???

7/10

cytat kursywą i fotka autorów zapożyczone ze strony empik.com

Śmierć schematom

bookfa

Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach

Emmy Abrahamson

Rebis, 2017, stron 271

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach Emmy Abrahamson to pierwsza powieść dla dorosłych i jednocześnie pierwsza jej książka, która ukazała się w języku polskim. Bardzo mnie cieszy, że polscy czytelnicy wreszcie poznają tę autorkę, bo to jedna z moich ulubionych szwedzkich pisarek. Zadebiutowała w 2011 roku powieścią dla młodzieży Mój tata jest miły, a moja mama jest cudzoziemką, którą (uwaga wydawcy! ;-) ) z wielką chęcią przetłumaczyłabym na język polski. Napisałam na blogu o wszystkich książkach autorki, a nawet miałam zaszczyt gościć ją tu na blogu w jednym z wywiadów bez pytań.

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach to nie jest poradnik jak się zakochać, ani jak znaleźć sobie faceta w krzakach, co może sugerować tytuł, który niestety został przetłumaczony za bardzo dosłownie, a przez to niezbyt trafnie. To ani typowy romans, ani komedia. Jest pełną humoru choć momentami bardzo wzruszającą opowieścią o tym, jak nagle może się zmienić pozornie poukładane życie.

jak

Julia, bohaterka powieści, pracuje jako nauczycielka angielskiego, ale marzy o innym życiu. Pragnie zostać pisarką i zaprzyjaźnić się ze swoją sąsiadką Elfride Jelinek. Na razie bez powodzenia szuka pomysłu na powieść, próbuje przyzwyczaić się do życia jako singielka i od czasu do czasu chodzi na podryw. Pewnego dnia poznaje cuchnącego, brodatego bezdomnego, który z jednej strony budzi w niej odrazę, a z drugiej od pierwszej chwili ją fascynuje. I tak pozornie uporządkowane życie Julii zaczyna się chwiać w posadach. Mimo, iż będzie próbowała walczyć, żeby wszystko zostało po staremu, w końcu zda sobie sprawę, że jest gotowa wiele poświęcić, żeby być z tym niespodziewanie poznanym śmierdzącym kloszardem.

- Nie mogę go znaleźć – powtarzam i znów wybucham płaczem.

Rebecca prowadzi mnie ostrożnie do najblizszej ławki.

- Może miał wypadek i trafił do szpitala – mówi, kiedy już siedzimy na ławce.

- Dzwoniłam do Szpitala Miejskiego. Nie ma go w ich rejestrze.

- Może został aresztowany?

- Ale wtedy pewnie by zadzwonił.

- Chyba, że zrobił coś potwornego i nie chce żebyś się o tym dowiedziała.

- Na przykład?

Rebecca nie odpowiada. Rzuca mi tylko spojrzenie, które sugeruje coś pomiędzy nekrofilią a zwędzeniem jajek z niespodzianką.

- Oczywiście dzwoniłaś na jego komórkę?

- On nie ma komórki – wyjaśniam – nie znam też maila, jeżeli w ogóle jakiś posiada.

- A konto na Facebooku?

- Nie ma go na Facebooku. Według niego Facebook jest dla idiotów.

- Ale przecież ty posiadasz tam konto – mówi Rebecca.

- No i co z tego?

- Nie wkurzyło cię, że nazwał wszystkich użytkowników Facebooka idiotami?

- Tak szczerze, to Facebook nie jest dla mnie na tyle ważny, żeby było mi przykro z tego powodu – odpowiadam.

 

Zanim Julia zrozumie, że kloszard jest facetem, z którym chce spędzić resztę życia, popełni kilka szaleństw; zaśpiewa w kościelnym chórze, stanie oko w oko z niedźwiedziem, zgubi się w wielkim mieście…

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach to napisana lekkim piórem opowieść o tym, że uczucie (i pożądanie) może spaść na człowieka niespodziewanie, jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Wymarzona lektura dla tych, którzy lubią przy czytaniu pośmiać się i jednocześnie wzruszyć. Tak mi się podobała, że nawet nie wspomnę o błędach, które przegapił korektor.

kursywą fragment powieści

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis.

Sceny z życia nastolatków

bookfa

Kalesony Sokratesa

Jakub Łaszkiewicz

Nova Res, 2017, stron 220

DZIĘKUJĘ. Muszę zacząć od podziękowań, bo to dzięki autorom i wydawnictwom oraz innym fantastom literatury sięgam czasem do interesujących pozycji, które z marszu odrzucam, jako te nie dla mnie. Kalesony Sokratesa są właśnie taką książką. Bo niby dlaczego miałabym ją przeczytać? Niezbyt ciekawa okładka (nigdy nie osądzać książki po okładce), tematyka młodzieżowa (nie zapominać, że kiedyś miało się naście lat) i (o zgrozo!) wiek autora.

kalesony

Tytuł powieści przywołał lekki uśmiech na moje nieco zasępione oblicze, bo oto znów dałam się wkręcić w czytanie czegoś nie dla mnie. Wiek autora nieco mnie zszokował. Co??? Taki nastolatek po prostu usiadł do komputera i napisał książkę??? Oczywiście wygooglowałam sobie co się tylko dało na temat debiutu autora, ale niestety znalazłam w zasadzie tylko krótkie notatki z prasy brukowej, gdzie opisano to jako prawadziwe kuriozum.

Tytuł powieści może sugerować, że jest to książka o intymnych częściach garderoby greckich filozofów, ale nie, spokojnie. To powieść o problemach zupełnie nam współczesnych gimnazjalistów, którzy powoli wkraczają w dorosłe życie. Forma, to częściwo blog (za moich czasów był to pamiętniki głęboko skrywane w szufladach biurek, mój do dziś nie ma poza mną żadnego czytelnika), a częściowo opowieść w narracji osoby trzeciej.

Powieść ma dwóch bohaterów, Maćka i Patryka. Maciek z powodu przeprowadzki zmienia szkołę, a więc zaczyna jakby nowe życie, które postanawia opisywać na blogu. Patryk jest jednym z jego nowych kolegów, a losy obu chłopaków połączy miłość do muzyki i dziewczyny.

Powieść napisana lekkim, inteligentnym, choć momentami trochę egzaltowanym językiem, co w zasadzie nie jest niczym dziwnym, ani nagannym biorąc pod uwagę młody wiek autora (rocznik 2001!). Trudno tu mówić o jakimś warsztacie i w zasadzie dobrze, że go nie ma, bo to nie jest książka dla koneserów słowa pisanego, tylko złożona z blogowych wpisów opowieść o młodzieży dla młodzieży, co już na wstępie zaznacza sam autor.

Wszystkich dorosłych ostrzegam: książka ta jest przeznaczona dla osób w wieku, powiedzmy 13 - 18 lat. Jeżeli dysponujesz nieco większym doświadczeniem życiowym, radzę odłożyć ją tam skąd ją wziąłeś.

Jeżeli jednak ktoś ma ochotę na powrót do przeszłości lub ma w domu nastolatka, to ja jak najbardziej polecam przeczytanie właśnie Kalesonów Sokratesa. To książka napisana naturalnym językiem o problemach nastolatków wchodzących w dorosłe życie, relacjach międzyludzkich, empatii i jej braku, miłości oraz muzyce. Czasy się zmieniają, metody wychowacze i środki przekazu też, ale problemy nastolatków są niezmiennie takie same.

Na koniec pozwolę sobie zaapelować do autora: Pisz! Masz talent i szkoda by było go zmarnować.

8/10

 

Logika paranoika

bookfa

Na krawędzi

Krzysztof Numpsa

Novae Res, 2014, stron 227

na_krawedzi

Na krawędzi to szokująca opowieść o rozchwianym emocjonalnie alkoholiku dręczonym przez demony przeszłości, perwersyjne skłonności seksualne oraz paranoję pomieszaną z hipochondrią i poczuciem winy. Ten sfrustrowany, żałosny typ budził we mnie skrajne uczucia, od pogardy po obrzydzenie. Do czasu. Na kacu po kolejnym pijackim ciągu zmagając się z paranoicznymi lękami był już tylko żałosny i było mi go nawet żal.

Miał kompleks Polaczka, tak jak Hitler Żyda - nienawidził Polaków, bo był jednym z nich. (…) Polskie cechy narodowe – zawiść i pogarda – zjadacze energii, koniecznie musiał się od nich uwolnić.

Damian był ofiarą własnych frustracji, strachów i wręcz socjopatycznego malkontenctwa. W jakimś stopniu zapewne przyczynił się do tego wyjazd do Irlandii w poszukiwaniu tzw. lepszego życia, bo z własnych obserwacji wiem, że nie każdy odnajduje się na emigracji.

Oprócz fabuły szokujący jest także język tej powieści. Lista wulgaryzmów jest długa. Niby wszystkie je znam, ale w literaturze ciągle mnie rażą. Nie potrzebuję też epatowania pornograficznymi opisami perwersyjnego seksu. Myślę jednak, że ten brutalny, wręcz rynsztokowy język to zabieg jak najbardziej celowy. Żebym jako czytelniczka nie miała wątpliwości, że bohater powieści osiągnął dno dna, lub jak kto woli, stanął na krawędzi życiowej przepaści.

Damian zastanawiał się nad wyborem: kieliszek, czy sznurek? Pić pod sklepem, czy dyndać na drzewie? Wiedział, że istniała jeszcze jedna droga, ale żeby na nią wstąpić, musiałby wstać z łóżka rano, jako abstynent, trzeźwy, pozytywnie myślący człowiek.

Mam wątpliwości, czy książka ta może być pomocna dla kogoś kto znajduje się w podobnej sytuacji życiowej, ale myślę, że może pomóc zrozumieć logikę opętanego paranoją alkoholika. Bulwersująca i mimo wszystko pouczająca lektura.

Kursywą fragmenty powieści.

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

 

Tak musiał się czuć Kolumb jak odkrył Amerykę

bookfa

Wbrew pozorom nie będzie to wpis geograficzny, ani o konkretnej książce, ale o tym co można zrobić z książkami.

Jakiś czas temu dostałam propozycję wysłuchania audiobooka, ale nie takiego zwykłego, gdzie czyta jeden lektor, a słuchający po jakimś czasie zostaje tym monotonnym czytaniem po prostu uśpiony, tylko czegoś, co określa się mianem SUPERPRODUKCJA. Nie chciałabym tu zrobić nikomu przykrości, ani tym co uwielbiają audiobooki, ani lektorom, którzy choć dają z siebie wszystko, czasem to i tak niestety okazuje się być za mało, żeby słuchacz nie uciął sobie choćby krótkiej drzemki.

Tym razem chodziło o coś, co jak wspomniałam wcześniej, nazywa się superprodukcją. Podeszłam do tego ostrożnie, bo jak coś ma „super” w nazwie, może okazać się jednak czymś zupełnie innym w użyciu.  Znam to niestety z autopsji.

Pierwszą superprodukcją, której wysłuchałam była powieść Jo Nesbø Karaluchy. No cóż, po prostu genialne! Aktorzy tak starannie dobrani do ról, że lepiej by się po prostu nie dało, nawet gdyby ktoś się uparł i chciał udowodnić światu, że da się to zrobić lepiej. Od razu mówię, że się nie da. Po prostu nie ma takiej możliwości.

 

Nesbo__Karaluchy__SUPERPRODUKC1

 

Szokiem była dla mnie Iza Kuna, której do końca w ogóle nie rozpoznałam. Co ta dziewczyna wyrabia ze swoim głosem przechodzi ludzkie pojęcie! Miarą mojego zachwytu niech będzie fakt, że wrzuciłam sobie tę superprodukcję do mp3 i słuchałam tyle razy, że umiem już nawet część dialogów na pamięć. Narracja Bonaszewskiego i tzw. udźwiękowienie też najwyższej próby. Reżyserem tej superprodukcji jest Krzysztof Czeczot.

I tak ja, która od lat nie dałam rady żadnemu audiobookowi nagle pokochałam superprodukcje. Ktoś trochę starszej daty pewnie dobrze pamięta Codziennie powieść w wydaniu dżwiękowym w „trójce”. To było też coś równie fantastycznego. Mam nawet nagrane na radzieckie kasety całe Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Nie mam jednak na czym odtworzyć, a nawet gdybym miała to nie jestem pewna, czy by się jeszcze dało.

superpr.colage

Tak odkryłam superprodukcje. Zaczęło się od Karaluchów Nesbø, potem było Lśnienie Kinga, Ojciec chrzestny Puzo. Marzy mi się jeszcze Święty chaos Harasimowicza, Filip Tyrmanda, Powstanie Warszawskie Ciszewskiego i Gra o tron Martina.

11/10

Ten cholerny Vernon

bookfa

Valerie Despentes

Vernon Subutex

Wydawnictwo Otwarte, 2016, stron 376

Chcecie przeczytać coś co Was zaskoczy, wprawi w osłupienie, pozostawi po sobie niesmak, a jednocześnie szok i zachwyt, to przeczytajcie koniecznie tę książkę. Przeczytałam właśnie tom pierwszy i czekam z niepokojem na polski przekład drugiego.

 Vernon Subutex - Valerie Despentes

 

Obawiam się, że Vernon Subutex pojawił się w moim życiu, żeby pozostać w nim na zawsze. Nieudacznik życiowy, irytujący i bierny typ o w sumie niezbyt skomplikowanej osobowości, dający się nieść otaczającej go rzeczywistości prostą drogą ku przepaści. Świat Vernona jest brutalny, bezwzględny, na ciągłym haju, a Vernon dzięki swojej bierności z góry skazany jest na porażkę. Od pierwszych stron wiadomo, że ta historia nie może skończyć się dobrze. Nie wiem ile będę potrzebowała czasu, żeby "wyjść" z tej powieści. A wszystko przez tego cholernego Vernona!

Virginie Despentes zaskakuje surowością języka. Zero kompromisu. Zero autocenzury. Czytelniczy dyskomfort gwarantowany. Jak dla mnie to mistrzostwo świata. Uwielbiam książki, które mnie zaskakują, bohaterów powieści, którzy mnie irytują, a w tej powieści wszystko to jest. Nawet w nadmiarze.

Jeżeli ktoś chce się trochę przygotować na tę czytelniczą jazdę bez trzymanki, może najpierw poszperać w życiorysie Valerie Despentes, prawdziwej enfant terrible francuskiej literatury, a potem sprawdzić co to takiego ten subutex, bo nazwisko głównego bohatera nie wydaje mi się być przypadkowe. Niewiele to pomoże, ale pozwoli zorientować się jak stroma jest ta równia pochyła pod tytułem Vernon Subutex.

MOCNE! POLECAM!

 

10/10

Ile żyć, tyle śmierci

bookfa

Małgorzata Kalicińska

Lilka

Zysk i S-ka, 2012, stron 544

 

Oto moje pierwsze spotkanie z twórczością popularnej autorki, Małgorzaty Kalicińskiej. Ta historia zaczyna się od opowiadania o codziennym, nudnym życiu zwyczajnych ludzi, a potem okazuje się, że to nudne życie to tylko przygrywka do historii, która potrafi wstrząsnąć i wzruszyć do łez. Taka jest właśnie Lilka.

 

lilka

Zaczęłam czytać Lilkę kilka miesięcy temu. Zdawało mi się początkowo, że czytam taką sobie historię o niczym. Marianna Roszkowska vel Baranek wydała mi się zupełnie przeciętną kobietą 50 +. Matka, żona i babcia. Wszystko tak poukładane, że aż nudne, dopóki nie spadnie na nią, jak grom z jasnego nieba, decyzja męża o rozwodzie. Mania zaczyna się miotać, nie bardzo wie jak zareagować, czuje się opuszczona, oszukana i zawiedziona.

Czytam więc sobie tę powieść po kilka stron, kiedy mam chwilę czasu, nosząc ją przy sobie jako e-book. Irytuje mnie ta cała Mania, ale powoli się wciągam. Podoba mi się coraz bardziej wielowarstwowość tej historii. Lubię takie rozwlekłe opowieści, gdzie mogę poznać dokładnie wszystkich bohaterów, przyzwyczaić się do nich na tyle, że przeżywam to co im się przydarza bardzo osobiście.

Po przeczytaniu mniej więcej jednej trzeciej zaczynam się zastanawiać, skąd tytuł powieści Lilka? Do tej pory pojawiła się przecież tylko jakaś wzmianka o Lilce, a główną bohaterką jest bezsprzecznie ciągle Mania Baranek, która miota się, szuka winnych sytuacji, w której się znalazła i… marzy o seksie. Nawiasem mówiąc wątek romansowy, to najsłabszy element powieści. Niestety mało kto potrafi pisać o seksie, opisy erotycznych podbojów Mani są żałosne.

Wiadomość o chorobie Lilki to jakby przełomowy moment tej opowieści. Teraz zaczyna się zupełnie inna historia. Zmieniają się relacje przyrodnich sióstr, zmienia się myślenie Mani, wreszcie staje się jakby bardziej „normalna” i bardziej mi bliska. Teraz czytam i czytam, nie mogę się wprost oderwać od lektury. Zaczyna się przejmująca opowieść o tym, co w życiu naprawdę ważne, o jego przemijaniu i nieuchronności śmierci.

Historia Marianny i Lilki to niezwykle wzruszająca opowieść o bezsilności, pełna drastycznie szczegółowych opisów postępującej choroby, której finałem, jeżeli nie stanie się cud, będzie śmierć.

Chcę pokazać jej moją wiarę i wspierać ją, ale patrzę na te jej kości policzkowe wydatne jak nigdy dotąd, obciągnięte cienką skórą, wielkie oczy jak nigdy dotąd i zapadnięte, wklęsłe policzki i wiary we mnie - za grosz. Na chorobliwą cerę, piegi, plamy i żyłki na twarzy, matowe już włosy, których ma mniej i które ukryła pod sporą i puchatą czapką. Pomyślałam sobie, że ona niknie jak śnieżynka lodowa.

Przeczytałam, ani przez chwilę nie żałując, że dobrowolnie dałam sobie boleśnie porysować gwoździem po duszy.

8/10

Pierwsza naiwna?

bookfa

Emmy Abrahamson

Make it stort

Rabén & Sjögren, 2014, stron 242

I oto jestem po lekturze trzeciej książki o Filippie Karlsson, wypożyczonej w moim ulubionym bibliobusie. Pierwsza część tej historii Only väg is upp opowiadała o pierwszych krokach Filippy w Londynie, poszukiwaniu mieszkania, nowych przyjaźniach, pracy i egzaminach do szkoły dramatycznej. Zagubiona dziewczyna nie bardzo umiała się odnaleźć w nowym miejscu, co autorka opisała w sposób niezwykle obrazowy i humorystyczny. To był genialny początek trylogii o londyńskich losach Filippy, kontynuowany w Stjäla the show. Niestety, ten tom był słabszy. Opisane w nim trzy szkolne lata Filippy nie trzymały poziomu tomu pierwszego. Za dużo było w nim skrótów, co pozostawiło mi pewien niedosyt. Tom kończący opowieść Make it stort wypadł zdecydowanie lepiej niż drugi, prawie tak dobrze jak pierwszy.

make_it_stort

Filippa, kiedyś Karlsson, teraz Bond ukończyła już londyńską The Royal Drama School i jest gotowa na oszałamiającą, międzynarodową karierę aktorską. Zachłystuje się myślą, że jest AKTORKĄ. Rzeczywistość okazuje się jednak inna niż Filippa się spodziewała. Bieganie z castingu na casting zaczyna ją przerażać. Jedyne trafiające się propozycje to ogony w reklamówkach, ale nie udaje się jej dostać nawet tego. Szuka więc dorywczych prac, bo jakoś trzeba się przecież utrzymać. Życie uczuciowe ma chwilowo dość skomplikowane i sporo energii kosztuje ją, żeby się w nim nie pogubić.

Cała historia opowiedziana jest lekko i przyjemnie się to czyta. Uwielbiam styl autorki, tę mieszankę lekkiej ironii i humoru.

 

Filippa zwiedziła kilka pokoi. Większość drzwi była zamknięta na klucz, a w bibliotece odkryła, że wiele książek było tylko kartonowymi atrapami z namalowanymi grzbietami książek. Za zbiorkiem powieści Jane Austen znalazła pornograficzną gazetkę z lat osiemdziesiątych, a na brzegu wielkiego afgańskiego dywanu zasuszoną psią kupę. Filippa doszła do wniosku, że Wensley House jest ciemny, zimny i deprymujący.

W holu stanęła nagle oko w oko z królem Henrykiem VIII. Miał na sobie bordowe trykoty, wielki płaszcz obszyty futrem, złoty łańcuch i ogromny aksamitny kapelusz. Włosy miał wepchnięte pod nakrycie głowy. Filippa oniemiała.

- To dla turystów. – rzekł Fitzie – Mamy grupę umówioną na dwunastą.

- Okej! – odpowiedziała Filippa.

Król Henryk VIII zniknął w głębi korytarza. Ponieważ nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić – i trochę poddenerwowana spotkaniem twarzą w twarz z historią Anglii – wróciła do biblioteki.

 

I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że coś mi w tej powieści nie gra. Minęły trzy lata odkąd Filippa znalazła się w Londynie, a nie zmieniła się ani na jotę. Jakby czas stanął w miejscu. Jako dziewiętnastolatka z głową w chmurach, która właśnie przyjechała do Londynu, w pierwszym tomie była bardzo przekonywująca. Trzy lata później wydaje się już tylko zbyt naiwna i po prostu emocjonalnie niedojrzała. Trudno było zapomnieć, że czytam o dwudziestodwuletniej dziewczynie, więc trochę mi zgrzytało podczas lektury.

Mimo wszystko żal, że to już koniec historii. Mam nadzieję, że wpadnie w oko jakiemuś wydawcy i ukaże się w polskim tłumaczeniu.

 

8/10

kursywą fragment powieści

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci