Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

historyczne

Szaleństwo razy dwa

bookfa

Monika Kowaleczko-Szumowska

Galop '44

Literacki Egmont, 2014, stron 315

 

Powstanie Warszawskie to temat wzbudzający emocje, który dzieli Polaków na dwa obozy: stronników i przeciwników. Dziś już wiadomo, że z powodu braku istotnej pomocy z zewnątrz oraz zakulisowych rozgrywek politycznych, ten zryw narodowy był szaleństwem skazanym z góry na klęskę, a w wyniku odwetu Warszawa została właściwie zrównana z ziemią. Mimo to, nawet najwięksi krytycy powstania doceniają postawę harcerzy i żołnierzy AK, uznając ją za przykład niezwykłego męstwa.

Powstanie miało miejsce dokładnie 70 lat temu. Z tej okazji pojawiło się w tym roku wyjątkowo dużo publikacji poświęconych powstaniu. Galop '44 Moniki Kowaleczko-Szumowskiej jest powieścią przeznaczoną dla dzieci i młodzieży, ale radzę się tym nie sugerować. Jestem bardzo dorosła, a przeczytałam tę książkę właściwie jednym tchem.

galop44

Pełna dramatyzmu powieść oparta jest na faktach historycznych. Autorka bardzo skrupulatnie przygotowała się do jej napisania. Wydarzenia opisane w powieści zostały wzięte z wywiadów z powstańcami ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej w Muzeum Powstania Warszawskiego, z wielu książek i opracowań, z niepublikowanych materiałów napisanych własnoręcznie przez powstańców oraz z bezpośrednich rozmów autorki z powstańcami.

Na okładce można przeczytać: dwaj bracia, dwa światy, jedno powstanie. To telegraficzne i bardzo trafne streszczenie tego, co czeka czytelnika na kartach powieści.

Współczesna młodzież i powstańcy, czyli oportunizm kontra odwaga i lojalność. Historia z elementami fantastyki i przygody daje w Galopie '44 bardzo interesujące połącznie.

 

Dwóch braci, Mikołaj i Wojtek na skutek nieprawdopodobnego i trudnego do zrozumienia splotu okoliczności przenoszą się w czasie dokładnie o 70 lat i zaszokowani znajdują się nagle w samym środku powstania. Spadające bomby i świszczące wokół kule karabinów są jak najbardziej prawdziwe. Młodszy Mikołaj bez wahania zostaje powstańcem. Wojtek początkowo tylko ze strachu przed rodzicami szuka brata w powstańczej Warszawie po to, żeby sprowadzić go z powrotem do XXI-wiecznej Warszawy.

Wojtek wściekł się na samego siebie. Po co wziąłem od niego tę głupią paczkę? Co mnie nagle podkusiło? Mało się naharowałem przy tym przekopie? A w końcu nic z tego nie wyszło. Wyrzucę to gdzieś, albo zabiorę do naszych czasów. Nikt mnie przecież nie odnajdzie. A opaskę zachowam na pamiątkę. Może nawet sprzedam na Allegro.

To dopiero w powstańczej Warszawie chłopcy zrozumieją, czym są braterskie więzy i jak bardzo są sobie bliscy. Nagle dojrzeją spotykając ludzi walecznych, odważnych i honorowych. Poznają, co to prawdziwa przyjaźń, pierwsza miłość, gorycz porażki i śmierć. I podejmą szaleńczą decyzję, wiedząc jak skończy się powstanie zdecydują się nie wracać do współczesności.

To bardzo wartościowa powieść o sporych walorach edukacyjnych, w której prawdziwymi bohaterami są powstańcza Warszawa i wszyscy Ci, którzy podjęli walkę z góry skazaną na niepowodzenie. Zawiera także wiele bardzo bolesnych szczegółów „wielkiej polityki”, które przez dziesiątki lat konsekwentnie przemilczano.

Dość sporo czytałam o powstaniu, oglądałam reportaże i filmy fabularne o tej tematyce i jestem zszokowana tym jak manipulowano faktami i jakich bzdur na ten temat uczono mnie w szkole. Pomyśleć, że twórcy tej podręcznikowej fikcji są zupełnie bezkarni…

8/10

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont

Spowiedź niewdzięcznicy

bookfa

Zbigniew Białas

Korzeniec

MG, 2013, stron 383



Jeżeli zacznę tę notatkę od słów, że na mój błagalny apel na fejsie o pożyczenie mi do przeczytania Korzeńca odpowiedział (tylko i wyłącznie) sam autor, a potem przysłał mi egzemplarz z pozdrowieniami i życzeniami przyjemnej lektury, to na pewno znajdzie się ktoś, kto pomyśli, że teraz zechcę się odwdzięczyć i napiszę same superlatywy.

No i rzeczywiście napiszę same superlatywy, ale nie z wdzięczności, tylko dlatego, że to książka doskonała. Większej niewdzięcznicy niż ja można ze świecą szukać, co pewnie i tak mam wypisane na twarzy…

Czasami jednak warto wpatrywać się w ludzkie twarze. Każdy dojrzały człowiek ma bowiem taką twarz, na jaką zasługuje, na jaką sobie zapracował każdym dniem swojego życia. W tym sensie twarz nie kłamie, ale trzeba ją umieć odczytać. Im człowiek straszy tym czytelniejsza jest jego twarz, tym mniej w fizjonomii przypadkowości. Jest tylko to, co wykuwało się uporczywie całymi latami. Wszystkie myśli i uczynki, prawdy i oszustwa, każda chwila pożądliwości, każdy moment zawiści, ale też każdy szlachetny gest i szczery śmiech – nic się w procesie wieloletniego rzeźbienia twarzy nie zmarnuje, nic nie jest stracone ani zapomniane. Nic nie pozostaje ani darowane, ani niewynagrodzone. Tak, zapłata przychodzi już w tym życiu. Każdy dzień przyczynia się do takiego, a nie innego wykrzywienia ust, do wyorania specyficznych łuków zmarszczek, do odpowiedniego lśnienia oczu. Wszystko, wszystko na twarzy widać, bez żadnego zafałszowania.

Kroniki sosnowieckie zaczęłam czytać od tomu drugiego Puder i pył, więc wątek kryminalny sama sobie położyłam. To jednak właściwie nieważne, bo sosnowiecki serial powieściowy Zbigniewa Białasa to nie powieść sensacyjna, chociaż misternie wpleciona zagadka kryminalna i śledztwo, prowadzone nieudolnie przez detektywa z przypadku, czyli redaktora Monsiorskiego dodaje całości swoistego smaczku.

Korzeniec przeniósł mnie do Sosnowca w roku 1913, czyli kilka lat wstecz. Kafelkarz Alojzy Korzeniec jeszcze żyje i czytając pierwsze zdanie powieści, można się raczej spodziewać, że zejdzie z tego świata z powodów zdrowotnych lub złorzeczeń swojego pracownika. Sapiąc i dysząc przykleja właśnie na świeżo wyłożonej posadzce firmowy kafelek ze swoim nazwiskiem i pierwszą literą imienia.

„A.Korzeniec”, nie „Alojzy Korzeniec”, ponieważ właściciel firmy nie był zadowolony ze swojego imienia. Imię to kojarzyło mu się z człowiekiem opasłym i niezbyt inteligentnym, a on owszem, był opasły i niezbyt inteligentny, ale o tym nie wiedział. W każdym razie nie dopuszczał do siebie nawet cienia takich podejrzeń.

Tak zaczyna się opowieść o Sosnowcu, w której roi się od nietuzinkowych, brawurowo przedstawionych postaci, często o niezwykłych nazwiskach. W tle pojawiają się też postacie historyczne jak Gierek, Kiepura i Szpilman. Fikcja przeplata się zgrabnie z faktami historycznymi, a sam Sosnowiec wydaje się być fascynującym miastem.

Myliłby się malkontent, który uważałby Sosnowiec wyłącznie za Świniogród, Ciemnogród, kopalnianą dziurę, miasto spekulantów, przemytników, robotników i tajniaków.

Fantastyczne są te wszystkie opisane z humorem i lekką ironią sytuacje i postacie, z którymi (dzięki czytaniu kronik sosnowieckich od końca, a raczej od środka, bo kolejne dwa tomy dopiero powstaną) z przyjemnością spotkałam się po raz drugi. Poznałam między innymi panieńskie lata mojej ulubionej bohaterki, przyszłej pani Korzeńcowej (vel Klandestyn Bizukont), opierającej się nieustającym próbom troskliwej mamusi, która planuje szybkie wydanie córki za mąż, najlepiej za producenta pierzyn. Trudno było się nie śmiać czytając o tym jak Jadwiga, de domo Zimorodzic, odkrywa w sobie nie tylko talent pisarski, ale i poetycki.

Inne interesujące postacie to Emanuel Appel, Tadeusz Meyerhold, Andrzej Neumann i Lechosław Lech-Leszka, czyli sosnowieccy dekadenci i rewolucjoniści teoretycy dyskutujący z zapałem o literaturze i polityce w oparach piwa przy kawiarnianym stoliku w hotelu Victoria. Takich dwóch jak tych czterech, to nie ma ani jednego!

Jak już wcześniej wspomniałam, powieść ma doskonałą fabułę i styl. Zabrzmi to pewnie dziwnie, ale Puder i pył jest jeszcze lepszy. Wydaje mi się, że po udanym debiucie autor pisze z większą swobodą. Jeżeli tom trzeci będzie jeszcze lepszy niż drugi, to pewnie już zabraknie mi słów, żeby wyrazić zachwyt.

Korzeniec doczekał się adaptacji teatralnej w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu nagrodzonej Złotą Maską za najlepszy spektakl 2012 roku. 1 kwietnia o godzinie 20.20 dzięki TVP Kultura będzie można WRESZCIE zobaczyć go w telewizji.

 

10/10

kursywą fragmenty powieści

Podróż pełna niespodzianek

bookfa

Piotr Jacek Jamski

Pocztówki z kresów przedwojennej Polski

PWN, 2012, stron 285

 

Dzięki PWN już kilkakrotnie udało mi się, bez czarodziejskiej różdżki, przenieść w czasie, do przedwojennej Polski. Tym razem miała to być wycieczka na kresy. Zacierałam ręce z uciechy, czekała mnie masa pocztówek z epoki i bezkarne czytanie cudzej korespondencji.

 

Zaczęłam od redakcyjnego wstępu, który wyjaśniał, że będę podczytywać prywatną korespondencję inżyniera kolejnictwa do córki Antoniny. Korektor chyba miał kiepski dzień, bo w redakcyjnym wstępie można znaleźć takie zdanie:

Obrazki, które towarzyszom tekstom listów, to albo kupowane przez inżyniera pocztówki, albo wykonywane przez niego lub innych fotografie na papierze pocztówkowym.

 Inżynier zjeździł kresy wzdłuż i wszerz w latach 1932 – 1939 i z każdego z tych miejsc pisał do córki, jak sam to nazwał „abonamentowe raporty” o miejscach, w których przebywał. Redakcja zaznacza, że oglądane przez czytelnika kartki nie są jednak oryginalnymi i zwraca uwagę na zmianę postrzegania kresów przez autora tych raportów wraz z upływem czasu. I może to się wydać dziwne, ale właśnie ta zmiana najbardziej mnie zainteresowała. Sama od lat mieszkam za granicą i też zaszła we mnie z latami pewna zmiana w widzeniu tego, co mnie otacza. Kiedyś widziałam Szwecję oczami Polki, która cały bagaż doświadczeń przywiozła z Polski i próbuje znaleźć swoje miejsce w nowej ojczyźnie.  Z upływem lat mój punkt widzenia się zmieniał, choć nie ukrywam, że dopiero po urodzeniu dziecka, poczułam się tu wreszcie u siebie, jak w domu. Pamiętam nawet dokładnie moment, w którym zdałam sobie z tego sprawę, podczas letniego spaceru z wózkiem po miejscowym skansenie.

Ciekawa metamorfozy postrzegania kresów przez inżyniera kolejnictwa trochę się zaniepokoiłam, kiedy pod koniec wstępu doczytałam, że kartki ułożono topograficznie i na dodatek alfabetycznie. Czy w takiej sytuacji da się zauważyć tę postępującą wraz z bliższym poznawaniem kultury tamtych regionów zmianę?

Przerzuciłam kilka kolejnych stron i poczułam się jak na karuzeli. Pocztówka numer 1, z dnia 06.11.1932 z Dubna to taki wstęp autora listów do córki. W ostatnim zdaniu czytam: czekaj zatem niedługo pierwszego abonamentowego raportu z Dubna i okolic. Odwracam stronę spodziewając się tego Dubna, a tu nagle pocztówka numer 2, z dnia 12.10.1938 z Głębokiego. Kontynuacja  pocztówki numer 1 pojawi się dopiero na stronie 126, jako pocztówka o numerze 49. Na dodatek na okładce książki też jest pocztówka numer 1, ale to nie ta sama, która ma numer 1 wewnątrz albumu. Numer 1 na okładce to Lwów, a wewnątrz numer 1 to Dubno. Żeby całość jeszcze bardziej zagmatwać dodam, że lwowska pocztówka z okładki jest na stronie 180-tej pocztówką z Truskawca o numerze 74, z datą 20.09.1933, a w tekście dotyczącym tej pocztówki, autor wyjątkowo (o ironio!) sam podaje datę 20.05.1933. Ratunku!

Przeczytałam kilka pocztówek i się poddałam. Wzięłam kartkę i ołówek i ponumerowałam wszystkie pocztówki chronologicznie, według dat. I tak zaczęła się moja podróż przez kresy w towarzystwie pana inżyniera. Nie czyta się łatwo, archaiczny język nie sprzyja płynnemu czytaniu. Nie brak jednak panu inżynierowi poczucia humoru i spostrzegawczości, więc to pasjonująca lektura.

Skakałam po albumie tam i z powrotem jak konik polny po łące. I jeżeli nie chce się objechać kresów województwami i na dodatek alfabetycznie, to naprawdę polecam przed lekturą karteczkę i ołówek. Wtedy podróż nabiera głębszego sensu i innego smaku.

Kapitalna rzecz, pięknie wydana, ale według mnie koncepcja (autora? redaktorów?) się nie sprawdziła. Choć gdyby umieścić na końcu chronologiczny spis wydarzeń (lub ponumerować pocztówki według dat) i uprzedzić czytelnika, że jak nie chce skakać w czasie aż do zadyszki, to niech zajrzy do wskazówek na końcu, byłoby dużo łatwiej i przyjemniej. Jak dla mnie, potraktowano całość zbyt geograficznie i niestety wyszło jak wyszło.

 

 

Tęsknota i patriotyzm a długość i szerokość geograficzna

bookfa

Janusz Rolicki

Wyklęte pokolenia

Wydawnictwo Nowy Świat, 2011, stron 479

„My jesteśmy pokoleniem wyklętym, a ci, którzy przyjdą po nas, straconym. Kraj i wolne życie w Polsce będą mogły odbudować w przyszłości dopiero następne generacje, które przyjdą po naszych dzieciach.”

Te słowa pisze jesienią 1943 roku w nigdy nie wysłanym liście do przyjaciółki  78-letnia Maryla, nestorka rodu Zabiełło-Krzemieńskich i bohaterka powieści  Janusza Rolickiego „Wyklęte pokolenia”. Uważam, że listy Maryli to najlepszy kawałek tej sagi rodu Krzemieńskich. Powieść opisuje naznaczone wieloma tragediami  losy rodziny, od czasów powstania styczniowego do końca II wojny światowej. Akcja powieści toczy się na Ukrainie, w Rosji, na Syberii i w Polsce. Autor mówi o powieści tak: to fabuła oparta na historiach i mitach rodzinnych – jakie zwykle, niemal każdemu z nas towarzyszą od dzieciństwa w postaci bardziej lub mniej prawdziwych ustnych opowieści „przy kominku”.

Powieściowa rodzina Krzemieńskich to potomkowie pułkownika wojsk koronnych króla Stanisława Augusta. Mieszkańcy wielkiego majątku na kresach, których część, mimo nieustających prób rusyfikacji nie poddaje się i czuje się Polakami. Zabory, rewolucje i wojny ciężko doświadczają kolejne pokolenia. Dramatyczna ucieczka przed bolszewikami z Odessy do Polski, mająca być spełnieniem marzeń starannie pielęgnowanych latami, okazuje się być rozczarowaniem. W Rosji traktowani jak Polacy, w Polsce są pół-Rosjanami. Przywiązanie do polskości i tęsknota za Polską to motyw przewodni całej powieści. Nie ma tu jednak (na szczęście) napuszonego, histerycznego patriotyzmu, którego nie trawię. Sama mieszkam od lat za granicą i tęsknię za Polską, choć tej, z której dawno temu wyjechałam i tak już nie ma. Z Polski, którą znam zostali już tylko ludzie, którzy mówią tym samym językiem co ja. Jednak i tak tęsknię, mimo, że dzisiejsza Polska jest mi znana przede wszystkim z telewizji.

„A Polska pomimo całej rodzinnej mitologii pielęgnowanej przez jej ojca, a następnie przez nią samą jeszcze w domu rodzinnym, a potem kultywowanej w Jaremówce  na Ukrainie, po bliższym poznaniu wydała jej się tak naprawdę zimna i oschła. Ludzie, jak stwierdziła z przykrością, byli tutaj na ogół sobie obcy, zabiegani i pozbawieni emocjonalnego ciepła. Polska wydawała się lepsza, gdy leżała gdzieś za górami i za lasami i była obiektem odwiecznych niespełnionych westchnień i tęsknoty kolejnych pokoleń. Natomiast ta realna, zastana tu i teraz nad Wisłą i Wartą okazała się krajem, w którym ludzie byli samolubni, interesowni, a często i zagubieni, a jeśli w kimś byli zakochani  to w pierwszej kolejności w sobie.”

Ja, co prawda, nie wychowuję dzieci w kulcie ojczyzny, ale stanęłam na głowie, żeby mówiły po polsku bez obcego akcentu i nigdy nie wstydziły się swoich korzeni. Udało się, co uważam za spore osiągnięcie.

„Szybko Maryla odkryła, że ludzie są z natury nietolerancyjni, egoistyczni i nade wszystko pragną mieć kogoś, jak mówiła, do kuksania.”

Niestety, to też odczułam już nie raz na własnej skórze. Odkąd mieszkam poza krajem  moje (rzadkie z resztą) krytyczne  uwagi odbierane są obecnie jak policzek mimo, że jesteśmy przecież narodem  malkontentów chętnie krytykujących wszystko i wszystkich. Wygląda na to, że prawo do krytyki mają jednak tylko Ci, którzy mogą się pochwalić zameldowaniem  gdzieś między Wisłą a Odrą.

„Wyklęte pokolenia” to powieść historical fiction dla wszystkich tych, którzy nie identyfikują polskości z działalnością radia Maryja, a patriotyzmu nie mylą z nacjonalizmem.

7/10

Kursywą cytaty z książki.

Przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nowy Świat i portalu www.czytanieszkodzi.pl

P.S. Jako ciekawostkę dodam, że na stronie 206 znajduje się przepis na bigos. Wiele razy słyszałam o tym kresowym przysmaku, który nie jest gotowany, a smażony i duszony. Mam nadzieję, że starczy mi czasu i cierpliwości, żeby taki zrobić na święta.

Trochę zbyt grzecznie

bookfa

Ruta Sepetys

Strimmor av hopp (Between Shades of Gray)

B|Wahlströms, 2011, stron 352

Szare śniegi Syberii

Nasza księgarnia, 2011, stron 328

 

 Historia w wersji mniej bolesnej nie zawsze jest wskazana. Jeżeli to będzie jedyne (a dla wielu szwedzkich nastolatków pewnie będzie) źrodło wiedzy o tych czasach, to dowiedzą się tylko części prawdy. Jak dla mnie, za mało w tej powieści szczegółów. Może to dlatego, że są zbyt drastyczne i nie należy nimi karmić wpólczesnych nastolatków? A może tak właśnie wspominałby tamte czasy ktoś, kto je przeżył? Może nawet okrucieństwo może spowszednieć i przestaje się o nim mówić w kategoriach grozy? Mam mieszane uczucia...

Ruta Sepetys to córka litewskiego uciekiniera przed stalinowskimi czystkami lat 40-tych w krajach nadbałtyckich. Świadoma, że to część historii, o której rzadko się mówi i mało się wie, postanowiła wykorzystać wspomnienia ojca i napisać powieść o tym mało powszechnie znanym epizodzie w historii narodu litewskiego. Dzięki komentarzowi kamkap znalazłam polskie wydanie tej powieści. W Polsce ukazała sie pod tytułem "Szare śniegi Syberii"

Bohaterka i narratorka powieści, piętnastoletnia Lina, po aresztowaniu ojca została wraz z matką i młodszym bratem skazana na wieloletnią zsyłkę. Upchnięta wraz z innymi w bydlęcym wagonie opatrzonym napisem „kurwy i złodzieje”, rozpoczyna wielomiesięczną tułaczkę w nieznanym kierunku. Stacją docelową, dużo później, okazał się być syberyjski Trofimowsk. Tylko niektórzy, eskortowani przez sadystycznych strażników, dotarli co celu podróży. Głód, choroby i nieludzkie warunki zrobiły swoje. Część zginęła po drodze z rąk strażników oprawców, wsród nich był też wyjątkowo okrutny pół-Polak i pół-Rosjanin, znienawidzony przez jednych i drugich. Swoje frustracje, bo sam tak naprawdę też był swojego rodzaju zesłańcem, odreagowywał, wyjątkowo sumiennie wykonując odgórne rozkazy.

Przejmująca opowieść z tragicznym zakończeniem, bo inne po prostu nie było możliwe.

7/10

Nie przetłumaczyłam tytułu szwedzkiego na język polski, bo nie ma i tak nic wspólnego z tytułem oryginalnym. Komu i po co potrzebna taka radosna twórczość?

Jak się bawić to się bawić!

bookfa

Maja i Jan Łozińscy

Narty - Dancing - Brydż

Wydawnictwo PWN, 2011, stron 177

Narty - Dancing - Brydż w kurortach Drugiej Rzeczypospolitej to kolejna pozycja Maji i Jana Łozińskich o okresie miedzywojennym. Autorzy skupiają się tu na prywatnej sferze życia polityków, artystów oraz zupełnie przeciętnych obywateli z trochę grubszym portfelem, bo żeby korzystać z proponowanych ofert trzeba było mieć za co, a tanio raczej nie było.

Ulubione rozrywki tego okresu to właśnie tytułowe narty, brydż i dancing. Symbolem nowego, rozrywkowego stylu życia może być słynny pociąg narciarski, którego dziesięciodniowa trasa wiodła przez podnóże polskich gór. Nocą podróżowano, za dnia robiono postoje w kurortach, żeby pojeździć na nartach. Za jedyne 200 złotych można było poszaleć przez całe dziesięć dni i nocy. Pociągowe rozrywki to zabawy taneczne, partyjki brydża i seanse filmowe w specjanie do tego przystosowanym wagonie. O higienę można było zadbać w supernowoczesnym wagonie kąpielowym, nagrodzonym Grand Prix na Międzynarodowej Wystawie Sztuki i Techniki w 1937 roku w Paryżu. Posilano się w eleganckim wagonie restauracyjnym a jak komuś nie starczało już sił, to mógł przyłożyć głowę do poduszki w wagonie sypialnym.

Nie wszędzie było równie luksusowo. Zofia Nałkowska opisuje hotel Berensa, w którym bywała cała elita towarzyska ówczesnej Warszawy: ”A ten hotel tutaj najlepszy - cóż znowu za buda żałosna z zimną wodą w kuble do mycia i cuchnącym tezolkiem gdzieś na podwórzu”. Porównując więc pociąg z opisanym przez Zofię Nałkowską „eleganckim” hotelem w Kazimierzu, był to naprawdę niebywały luksus i pewnie nawet dziś niejeden miałby ochotę na taką formę zimowych wakacji w górach. Ja chętnie!

Autorzy przedstawiają polskie kurorty, od morza, przez góry, aż po kresy. Prezentują dość szczegółowo między innymi moją ulubioną Gdynię, Półwysep Helski, Krynicę, Zakopane, Kazimierz, Druskienniki i Zaleszczyki.

Masa archiwalnych fotografii swietnej jakości to duża zaleta tego opracowania. Dominują one nad tekstem i według mnie to duży plus tej publikacji. Właśnie tu potwierdza się, że jedno zdjęcie mówi czasami więcej niż tysiąc słów.

Ponieważ w domu mam dwóch narciarzy, posiadaczy pełnego ekwipunku niezbędnego dzis na stoku, z uśmiechem przyglądałam się międzywojennym narciarzom z Janem Kiepurą na czele, poubieranym  w pumpy, kuse marynareczki w kratkę, szaliczki i bereciki lub kapelusze. Wsród wielu ciekawych fotografii Mira Zimińska z nartami, wdzięcznie upozowana na śniegu w Zakopanem, wyluzowany  marszałek Piłsudski  leżący na brzegu Niemna w Druskiennikach, Wojciech Kossak w beznadziejnie mało męskich pumpkach przy sztalugach w jurackim lasku, prezydent Mościcki przechadzający się boso w pasiastym szlafroczku po plaży w Juracie...

8/10 (byłoby 9/10 gdyby nie wysoka cena książki)

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa PWN.

 "Wygraj sobie książkę" - Wydawnictwo Naukowe PWN i tym razem przeznaczyło jeden egzemplarz książki dla kogoś, kto po tej recenzji nabrał ochoty żeby ją przeczytać. Zgodnie z tradycją, sierotka wylosuje szczęśliwca. Losowanie w sobotę.

 

Niepolityczny kawałek naszej historii

bookfa

Maja i Jan Łozińscy

W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne

PWN, 2011, stron 288

Ta książka to coś dla tych, którzy nie lubią być bombardowani masą nazwisk i dat, meandrami polityki i tym podobnymi historycznymi szczegółami. To kronika życia codziennego II Rzeczpospolitej, napisana w sposób lekkostrawny, ze sporą iloscią wcześniej nie publikowanych zdjęć. Jeżeli miałabym sie do czegoś przyczepić, to do tych zdjęć właśnie. Chętnie widziałabym ich ze dwa razy tyle. Książka podzielona jest na tematyczne działy, pełna ciekawostek, ploteczek i cytatów najsłynniejszych postaci z epoki. Ile się wtedy działo! Niby tylko dwadzieścia lat między wojnami a jednak to cała, jedyna w swoim rodzaju epoka.

Całość podzielono na tematyczne rozdziały. Na początku autorzy fundują czytelnikowi ekspresową podróż przez calą Polskę, od kresów na wschodzie po budujacą sie z niczego, nowoczesną Gdynię. Różnice w rozwoju były porażające, na jednych zdjęciach można zobaczyć chłopów robiących łapcie z łyka, a na innych pierwsze samoloty polskiej produkcji bo „Polska krajem lotniczym” jest.

Na wsiach, we dworach i pałacach tradycja zderzała sie boleśnie z nowoczesnością. Pewnie zgodnie z zasadą, że nowsze jest wrogiem starego, w zahajeckim pałacu serwowano gościom opisane przez Andrzeja Kuśniewicza tradycyjne smakołyki: „jajka, do których po ugotowaniu na tyle, żeby białko się scięło, wbijano słomkę i przez nią kucharz zahajecki, wysysał zółtko a na jego miejsce do białka, zachowującego formę połmiękką, wtryskiwał prosto z ust krem czekoladowy. Całość wytaczano w miałkim cukrze z wanilią”.

Do popularnych form życia towarzyskiego zamożnego ziemiaństwa należaly wakacyjne włóczęgi po znajomych i nieznajomych dworach. Podróżowanie po całym kraju to też jedna z nowych rozrywek tamtego okresu. Pociągiem, samochodem a nawet samolotem. Dróg co prawda nie było ale miłośników motoryzacji nic nie było w stanie zniechęcić. „Automobilista polski jeździ bowiem przeważnie po wybojach, po straszliwych kocich łbach, a nierzadko przez piasek lub po grubym pokładzie błota czy sniegu”.

Przez lata zaborów powtarzano, że „tanczyć i spiewać będziemy po odzyskaniu wolności” i własnie ta chwila nadeszła. Życie towarzyskie kwitnie. Zabawy, bankiety, rauty i bale. Rozwijają sie kurorty, jeździ się w góry i do wód żeby balować, czesto poważnie nadużywając alkoholu lub w oparach tytoniowego dymu grać do rana w brydża.

W latach 70-tych filmy o tej epoce kręcił Jan Rzeszewski. Ci, którzy je oglądali wiedzą, że w jednej z ról głównych zawsze występowały schody. Czytając W przedwojennej Polsce, oczami wyobraźni widziałam znów te schody i strusie pióra. Niektóre fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego to prawdziwe rarytasy; ksieżna Sapieżyna z hrabią Tyszkiewiczem skromnie siedzący na schodach w hotelu Europejskim, na innych schodach tego samego hotelu królowa balu Nina Andrycz, Loda Halama też na schodach Europejskiego. Schody! Schody! Schody!

Ach! Co to były za czasy...

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa PWN.

"Wygraj sobie książkę" - Wydawnictwo Naukowe PWN przeznaczyło jeden egzemplarz ksiażki dla kogoś, kto po tej recenzji nabrał ochoty żeby ją przeczytać. W czwartek sierotka wylosuje szcześliwca, jeżeli chętnych będzie kilku.

7/10

Pamiatkowy gadzet z bajkowego slubu?

bookfa

Johanna Strömqvist

Bröllopsspecial. Vår kungafamilj i fest och vardag

Semic, 2010, stron 64

foto Jonas Ekströmer

Od slubu szwedzkiej ksiezniczki minal juz ponad rok i o ile plotkarskie gazety maja sprawdzone informacje to kolejny nastepca tronu juz w drodze.

foto Anders Wiklund

Po bajkowym slubie najstarszej z rodzenstwa ( kiedys nazywanej by juz stara panna) zostaly juz tylko wspomnienia i masa zdjec mniej lub bardziej oficjalnych. Wiadomo, ze fotografowie krecili sie tabunami wsrod tlumu i niektorym udalo sie zrobic dosc nietypowe zdjecia, na ktorych jej krolewska wysokosc przypomina bardziej szczesliwa dziewczyne z ludu niz arystokratke.

foto Claudio Bresciani

foto Rolf Adlercreutz

foto Mark Earthy

Pozyczylam z biblioteki Bröllopsspecial czyli Specjalne wydanie slubne. Pelno w nim zdjec i sympatyczny, ugladzony opis wydarzen zwiazanych ze slubem oraz krotkie wspomnienie ze slubu rodzicow panny mlodej, ktore mialo miejsce tego samego dnia, tyle, ze trzydziesci cztery lata wczesniej. Wszystko po to zeby poddanym sie milo czytalo i chcialo wierzyc, ze zycie bajka jest.

Po dziewieciu latach calowania, zaba wreszcie zmienila sie w ksiecia. Przyszla krolowa Szwecji promieniala szczesciem, ze wreszcie udalo jej sie odczarowac biedaka. Nowy ksiaze odwdzieczyl sie swojej zonie siedmioma (ktos skrupulatnie policzyl) pocalunkami w trakcie slubu i wesela.

Jeszcze niedawno malzenstwo z osobistym trenerem byloby w ogole nie do pomyslenia, teraz tata krol potrzebowal tylko/az ponad osiem lat zeby zaakceptowac wybor corki. A corka sie zawziela i gdyby sie tata w koncu nie ugial, zostalaby pewnie stara panna.

foto Jonas Ekströmer

Cala historia jednak dobrze sie skonczyla, jak to w bajkach bywa. Niech zyja dlugo i szczesliwie. Ciezko na to zapracowali uporem i determinacja.

5/10

Mam dwa kolekcjonerskie gadzety wydane z okazji tego slubu do rozlosowania. Ktos mialby ochote taki otrzymac i uzywac go na przyklad jako zakladke do ksiazki?

Losowanie w czwartek po 22.00

 

Odzieranie z czlowieczenstwa

bookfa

Zbigniew Romanowski

Cien jaskolki

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza Sa, 2001, stron 324, seria Sami swoi

Ksiazka ta wpadla mi w rece troche przypadkiem. O tym, ze ja kupilam zadecydowal wlasciwie podtytul: Opowiesc z Polesia. O Polesiu i Poleszukach nie wiem wlasciwie nic. A ciekawosc wziela sie stad, ze moj dziadek w czasie wojny przedzieral sie przez poleskie bagna i zwykl powtarzac, ze skoro tam nie zabladzil to na pewno nigdy i nigdzie nie zabladzi. Faktem jest, ze orientacje mial zawsze swietna a moj tata mial to chyba po nim. W kazdym lesie, nawet najwiekszym, zawsze wiedzial gdzie sie znajduje i w ktora strone trzeba isc zeby wrocic do pozostawionego na brzegu lasu samochodu. Kiedy czytalam opowiesc Johnssona (o ktorej pisalam tu wczesniej) ozyly wspomnienia. Nie moje oczywiscie, tylko o dziadku. Dziadek moj byl wiezniem Ostaszkowa i przezyl to pieklo. Jak mowil, uratowaly go chlopskie, spracowane rece. Wydostal sie stamtad podczas niemiecko-rosyjskiej wymiany jencow. Trafil z Ostaszkowa pod Hamburg, na roboty. Dziadek od wielu lat juz nie zyje. Niechetnie opowiadal o tamtych czasach bo po wojnie ubecja wziela go w obroty i zakazala mu wszelkich rozmow na ten temat jezeli mile mu zycie wlasne i calej rodziny. Opowiadal jednak troche na ten temat swoim dzieciom i dzis zrodlem (niezbyt pelnym) informacji na ten temat jest brat mojego ojca. To z nim, latem tego roku, w ogrodzie pod jablonia rozmawialam na ten temat. Wspominal tez o Polesiu. 

A potem w Gdansku wpadla mi w rece ta ksiazka. Autor pochodzi z Pinska i powiesc ta wlasnie tam ma swoje miejsce akcji. Bohaterem jest Marek, chlopiec mniej wiecej w wieku autora, wiec podejrzewam, ze jest to powiesc mocno autobiograficzna. Marek jest symbolem pokolenia, ktore urodzone pare lat przed wojna dojrzewa w czasie wojny.

Podoba mi sie pozbawiony emocji jezyk powiesci. Watki polsko-zydowskie przedstawione sa w dwoch aspekatach, jeden lekko antysemicki a drugi pelen sympatii dla inetligencji i zydowskiej filozofii zycia. Historia zaczyna sie kilka lat przed wojna. Pinsk, male poleskie miasteczko zyje zyciem, sennym i spokojnym, gdzie Zydzi, Polacy i Bialorusini zyja po sasiedzku bez wiekszych napiec i problemow. Ot, codzienne zycie zwyklych ludzi. Symbolem stosunkow miedzynarodowych w Pinsku jest wielki orzech na podworku, gdzie mieszka Marek. Od strony sasiada bialoruskiego przyciety rowno z plotem a od strony sasiada zydowskiego rosnacy swobodnie bo orzechy, ktore tam spadna beda przeciez jego.

Wybuch wojny powoli ale skutecznie zaczyna zmieniac i ludzi i samo miasto. Wszystko dzieje sie powoli i poczatkowo prawie niezauwazalnie. Najpierw okupacja radziecka, potem niemiecka. Tryby historii wciagaja jednak po kolei wszystkich. Miasto sie wyludnia. Najpierw (okupacja radziecka) aresztowania i wywozki ludzi daleko na wschod a potem (okupacja niemiecka) planowa eksterminacja Zydow. W tym wszystkim Marek, swiadek zdarzen, z czasem coraz bardziej zobojetnialy na nieszczescie i krzywde ludzka. Nawet smierc przyjaciela nie wzbudza juz w nim emocji, przyglada sie tylko jego bosym nogom i rozwianym wlosom.

Powiesc nie ma zadnego zakonczenia, po prostu urywa sie nagle. Wojna dalej trwa a czytelnik moze sie tylko domyslac jak dalej potocza sie losy Marka. Nie o jego losy tu jednak specjanie chodzi. Chodzi raczej o to zeby pokazac psychiczna degradacje jego wrazliwosci na nieszczescie innego czlowieka. Oprocz tego caly przekroj ludzkich postaw uzaleznionych od okolicznosci czyli od tego czy to okupacja radziecka czy niemiecka.

7/10

Konsekwentna zmowa milczenia

bookfa

Peter Johnsson

Stalins mord i Katyn

Wydawnictwo Carlssons, 2010, stron 224

Peter Johnsson to wlasciwie spolszczony Szwed bo juz ponad 30 lat mieszka w Polsce. Jest historykiem, dziennikarzem i polakofilem. Ksiazka o Katyniu jest jego trzecia pozycja poswiecona polskiej historii wydana w Szwecji. Oprocz tego jest tez korespondentem zagranicznym Göteborgs-Posten, do ktorej to gazety pisuje reportaze o Polsce. Ostatni, ktory czytalam (na trawniku przy McDonaldzie popijajac ulubiona cafe latte) dotyczyl wyborow prezydenckich i naskrobal go z perspektywy Polski B. Reportaz spowodowal u mnie lekkie krecenie nosa bo jakis malo obiektywny mi sie wydal. Göteborgs-Posten dodaja mi zawsze do kawy, wiec moze czesciej wpadne na jakis jego reportaz.

Wczesniej czytalam jego Polen i historien czyli dzieje Polski od czasow najstarszych po dzisiejsze. Nie jestem milosniczka dziel historycznych, wiec przeczytalam wtedy tylko co bardziej interesujace mnie fragmenty czyli wszystko to czego nie uczono mnie na historii w szkole. Choc to moze nie do konca prawda bo moja pani profesor od historii, corka oficera AK probowala jednak troche nam tej wiedzy przemycic. Efekt byl taki, ze jakas menda klasowa doniosla gdzie trzeba i pani od historii stracila z hukiem prace.

Maly szok przezylam czytajac juz wstep do ksiazki o Katyniu gdy znalazlam tam ustep o dostepnosci literatury na ten temat w Szwecji. Autor znalazl w uniwersyteckich bibliotekach tylko dwie ksiazki z Katyniem w tytule a w jednej z nich twierdzono, ze zbrodni dokonali hitlerowcy. Nie bylo ani jednej specjalnie poswieconej zbrodni katynskiej. Podejrzewam, ze na tej "literaturze" oparta byla tez notka o filmie Wajdy w Dagens Nyheter, w ktorej napisano, ze film dotyczy zbrodni dokonanej przez hitlerowcow (!!!) na polskich oficerach podczas II wojny swiatowej.

Peter Johnsson przylozyl sie dosc serio do opisania tragedii katynskiej. Jest sporo fotografii dokumentow i dosc duzo odniesien do materialow zrodlowych. Napisana jest w sposob przystepny i nie ma ambicji byc dzielem stricto naukowym. Akurat ja nie dowiedzialam sie z niej niczego nowego poza kilkoma szczegolami. Jednak ksiazka plus film Wajdy pobudzily moja wyobraznie na tyle, ze cala ta historia przysnila mi sie jako koszmar, w ktorym bralam udzial jako mimowolny obserwator.

Peter Johnsson ma szanse przemowic ta ksiazka do wyobrazni przecietnego Szweda, dla ktorego II wojna swiatowa jest pojeciem dosc abstrakcyjnym i malo znanym. Autor miota sie troche i powtarza ale podobno zanim cos utknie nam w pamieci na dobre musi byc powtorzone kilka razy. Zdarzaja mu sie tez wpadki typu, ze Marko Markow, lekarz, ktory robil obdukcje pochodzil raz z Bulgarii a raz z Belgradu.

Czytajac te historie katynskiego klamstwa mozna lepiej zrozumiec jak to bylo w ogole mozliwe, ze wymyslono cos takiego i trzymano sie tej wersji tyle lat oraz ze konsekwentnie i skutecznie ukrecano leb prawdzie zastepujac ja dla politycznej wygody milczeniem.

6/10

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci