Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

zapiski przypadkowej bibliotekarki

Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było, ale już nigdy nie będzie jak było kiedyś...

bookfa

 

Biblioteka zrezygnowała ze mnie likwidując mój etat już ponad rok temu. Obiecałam wtedy kolegom, że jeżeli tylko będzie jakiś wakat rozważę powrót. Myśl, że znowu ruszymy w trasę w starym teamie, była kusząca. Nawet kiedy Towarzystwo Historyczne zaproponowało mi po okresie próbnym etat na stałe, wiedziałam, że jeżeli pojawi się szansa powrotu do biblioteki, to niewykluczone, że to zrobię. W wydziale kultury i bibliotece miejskiej sporo się zdążyło zmienić od tamtej pory, jedna z szefowych zmieniła pracę, druga jest na wylocie. Nastąpiły też małe przetasowania etatowe. Bibliobus się jednak uchował. Na moje miejsce nikogo nie zatrudniono, bo ten etat po prostu zlikwidowano.

Czasem wypożyczam książki w bibliobusie. Niedawno natknęłam się na dziewczynkę, która przychodziła do bibliobusa kiedy jeszcze nie umiała czytać. Lubiła po prostu usiąść na schodkach i przeglądać książki z obrazkami. Czasem prosiła mnie, żeby jej którąś przeczytać. Teraz przyszła z młodszą siostrą. Usiadły obie na schodkach i starsza czytała młodszej. Pomyślałam wtedy, że nawet jakbym wróciła, to pewne rzeczy i tak nie będą już takie same.

IMG

Teraz już wiem, że NIC nie będzie takie samo. Jeden z kolegów dostał pracę jako bibliobusowy bibliotekarz w mieście, w którym mieszka. To oznacza wreszcie koniec codziennych dojazdów do pracy, razem ponad 150 km w obie strony. Trudno się więc dziwić, że odchodzi. We wtorek pracuje ostatni dzień. Umówiliśmy się tego dnia we trójkę na pożegnalny obiad. Zamkniemy ostatecznie ten rozdział. Z naszej bibliobusowej trójki zostanie "na posterunku" już tylko jeden.

Czas się pożegnać z przypadkową bibliotekarką

bookfa

Dziś miałam pojechać w teren po raz ostatni. Nie pojechałam, bo nagle bus odmówił współpracy. Z garażu dał się odebrać. Grzecznie podjechał pod drzwi dla personelu. A potem już się stamtąd nie ruszył.

Idąc do pracy na swoją zmianę już z daleka przyglądałam mu się z lekko ściśniętym sercem. Ostatni wyjazd w teren. Ciągle wydawało mi się to jakieś mało prawdopodobne, choć na żaden cud nie liczyłam. Rzuciłam mu przyjazne spojrzenie wchodząc do środka. Znów jest piękny, bez śladu po zimowej kraksie.

Poszłam do biura. Po raz ostatni zalogowałam się do systemu i po raz ostatni odpowiedziałam na służbowe mejle. Spakowałam resztę drobiazgów, zamknęłam biuro i oddałam klucz. Z pewnym dyskomfortem przyjęłam z rąk szefowych doniczkowy kwiat z bilecikiem, jako uznanie za moje "zasługi". Podziękowałam grzecznie, ale nie podałam żadnej z nich ręki.

Wskoczyłam do busa szczęśliwa, że już nie muszę więcej wchodzić do budynku. NIGDY. Za kilka minut miał przyjść kolega i mieliśmy ruszyć w drogę. Czekając na niego czytałam książkę.

Niestety nie wiadomo czemu bus nie dał się uruchomić. Dopiero co wrócił ze swojego SPA, po generalnym letnim przeglądzie i odmalowany po wypadku. Powinien chodzić jak zegarek przez najbliższe miesiące, a tu nagle po tygodniu nie dał się ruszyć z miejsca nawet o centymetr.

Magik, który natychmiast przyjechał z warsztatu z komputerem, żeby zdiagnozować usterkę rozłożył ręce bezradnie. Na oko niby wszystko było w porządku, ale jednak w końcu odkrył, że zepsuł się dziwny drobiazg i nie da się biedaka naprawić na miejscu, tylko trzeba go zaholować do warsztatu, co nie będzie wcale proste ze względu na miejsce, w którym teraz stoi.

Koledzy powiedzieli, że pewnie w ten sposób bibliobus chciał okazać swoje niezadowolenie, że odchodzę z biblioteki, a jutro pewnie ruszy. Tak więc ostatni wyjazd w teren nie doszedł do skutku.

Jak się tak zastanowić, to dochodzę do wniosku, że najbardziej będzie mi brak bibliobusa. To dzięki niemu poznałam dość dokładnie całą bliższą i dalszą okolicę, miałam okazję podziwiać z zupełnie innej perspektywy, bo przez bibliobusowe okno wszystkie pory roku, poznać kilku fantastycznych ludzi, a czasem zobaczyć coś tak niesamowitego jak na przykład spacerujące między drzewami słonie, które uciekły z cyrku...

KONIEC.

 

Niesmak bliskiego końca

bookfa

Wpisów przypadkowej bibliotekarki nie będzie już zbyt wiele. Paradoksalnie, gdybym w pracy została, to mogłoby już nawet nie być ani jednego. Wszyscy pracownicy wydziału kultury otrzymali służbowy mejl nakazujący zgłosić się do kadrowej w celu podpisania dokumentu dotyczącego tajemnicy służbowej, czyli swego rodzaju lojalki. Skrzywiona przez najlepszy z ustrojów pałam straszną niechęcią do podpisywania czegokolwiek, a szczególnie tego rodzaju dokumentów bez konkretnego uzasadnienia, więc się nie zgłosiłam. Wypożyczam książki i nie widzę powodu, żeby robić z tego jakąś wielką tajemnicę. Czy gdybym powiedziała czytelnikowi A, że czytelnikowi B bardzo się podobała powieść X, to stałoby się coś strasznego? Raczej wręcz przeciwnie, mogłoby to raczej zachęcić czytelnika A, żeby też tę powieść przeczytał, bo tak to właśnie działa.

Z tego, że wyrzucają mnie na zbity pysk, bo dłużej nie da się kombinować z jakimiś praktykami, zastępstwami, projektami, czy innymi treningami podnoszącymi kwalifikacje zawodowe i trzeba mnie albo zatrudnić na stałe, albo wyrzucić i z radością robi się to drugie, zasłaniając się kryzysem i oszczędnościami, też nie zamierzam robić tajemnicy.

Lojalki nie podpisałam i nikt mnie w tej sprawie nie wezwał, bo pewnie już nie warto. Zostało mi przecież do przepracowania jeszcze tylko 29 dni. Zleci jak z bicza strzelił.

Powoli pakuję manatki. Resztę polskich książek upchnęłam na półce koleżanki od postów katalogowych. W przyszłym tygodniu mam ostatnie spotkanie klubu książki, kawiarenka językowa po metamorfozie, która od początku wcale mi się nie podobała, miała ostatnie spotkanie w ubiegłym tygodniu. W przyszłym tygodniu podsumujemy jej działalność i przeanalizujemy rezultat. Najkrócej dałoby się ją ocenić jako do dupy, ale zdaje się, że będę musiała na spotkaniu rozwinąć nieco tę myśl. No cóż, powiem, że było dokładnie tak jak się spodziewałam, zrobiło się z tego kółko dla niepracujących arabskich żon, z których połowa nie mówi po szwedzku, więc albo gadały po swojemu, albo wcale. Nie miało to więc nic wspólnego z zakładaną integracją i szlifowaniem języka szwedzkiego. Co z tym będzie dalej nie wiem i przyznam szczerze, że w tej sytuacji mało mnie to obchodzi. Na do widzenia powiem jeszcze na zebraniu, że lepiej pieniądze, których podobno nie ma, topić w inny sposób.

Hm… jakaś złość przeze mnie przemawia, czy co?

Czwartek, 9 maja...

Poniedziałek, 13 maja...

Wiosna przyszła nagle. Jeszcze tydzień temu było prawie zimowo, a w tym od razu zrobiło się lato. Biuro odziedziczone po szefowej zamieniło się w szklarnię. Panoramiczne okna, które się nie otwierają i zero wentylacji. Mózg bez uprzedzenia wyłącza mi się z przegrzania. Nawet rozebranie się do gaci nie byłoby rozwiązaniem problemu. Automatyczne markizy opuszczają się i podnoszą kiedy chcą i nie ma to nic wspólnego ze słońcem, które zmienia biuro w saunę w sumie bez żadnych przeszkód. Doszło do tego, że cieszę się, że niedługo koniec tortur. Staram się być w swoim biurze tylko tyle czasu, żeby sprawdzić pocztę, a potem uciekam do busowych kolegów, którzy z kolei się mrożą, bo w upalne dni nastawiają AC na 18 stopni, a kiedy już zmarznę, to idę do busa i tam wynajduję sobie jakąś robotę, lub po prostu służbowo czytam czekając na wyjazd w teren. Niczego nie będzie mi bardziej brak niż właśnie tych wyjazdów.

Wycieczka - ucieczka

bookfa

Cieszę się, że przede mną już za chwilę długa podróż, a więc urlop. Bez żalu opuszczam bibliotekę na kilkanaście dni. Nigdy nie myślałam, że coś takiego będzie mnie aż tak cieszyć, a jednak. Okazuje się, że nawet najbardziej ulubiona praca może stać się hm... ciężarem?

Z radością będę oglądać "egzotyczne" księgarnie i na pewno co najmniej jedną uniwersytecką bibliotekę. Tę...

Pakuję się i zabieram w podróż dwie polskie pisarki. Jedną w telefonie, drugą papierową. Mam ambitne plany przeczytać obie.

 

 Poświętujcie za mnie, bo nie spodziewam się w hotelu jakiegoś specjalnie świątecznego śniadania, ale jakie by nie było, nareszcie przy stole będą moje obydwie córki. I to najważniejsze.

 

***

 

Wspaniałych świąt Wam życzę i oczywiście chwili czasu na zatopienie się w interesującej lekturze!

 

Poważne braki w programie

bookfa

Z okazji 40 lat na tronie król w towarzystwie królowej oraz dość licznej świty i obstawy objeżdża całe swoje królestwo i w związku z tym zajechał autobusem do naszej mieściny. Na rogatkch powiatu dosiadł się do autobusu przewodniczący rady miejskiej, który zabawiał parę królewską rozmową o dynamicznym rozwoju naszego powiatu.

Ich królewskie mości najpierw zawieziono do najnowszego przedszkola miejskiego typu pasywnego z widokiem na pastwisko owiec, zbudowanego na obrzeżach dumy naszego miasta czyli skansenu. Potem spacerkiem wszyscy udali się do Bruno Mathsson Center, obejrzeli tamtejszą stałą wystawę mebli, które ze względu na swój wiek z supernowoczesnych nie wiadomo kiedy stały się antykami. W końcu wszystko powyżej lat 50 to już antyki, a Bruno Mathsson najbardziej twórczy był w latach 60-tych. Na tę okoliczność całą okolicę wysprzątano jak nigdy dotąd. Wywieziono rozłupany wcześniej kilofami zmarznięty śnieg, pozamiatano gruz, pozbierano wszystkie paproszki, żeby królewskie nogi o nic się nie potknęły.

Wizyta w przedszkolu miała trwać dokładnie dwadzieścia minut, spacer osiem minut, a zwiedzanie Bruno Mathsson Center całe dwadzieścia dwie minuty. Potem hop do autobusu i odjazd. I chyba wszystko odbyło się zgodnie z planem.

Jak można było pominąć w programie bibliobus??? Najnowocześniejszy, najładnieszy w całym królestwie bibliobus!

Nieszczęścia chodzą po bibliobusach

bookfa

 

Tegoroczny sezon zimowy nas nie rozpieszcza. Dwa spotkania z łosiami, jedno nawet bardzo bliskiego stopnia, w końcu nie co dzień wali się łosia po zadzie, tak, że aż książki z półek spadają.

Innym razem dwie wdzięcznie i z gracją przebiegające przed maską sarenki, na szczęście dobrze widoczne na nieskazitelnie białym śniegu. Jednak tym razem, zamiast się przestraszyć, westchnęłam tylko z zachwytu. Co to był za widok! Po prostu bajeczny!

O wilkach, które pojawiły się w okolicy mówią wszyscy, ale nie spotkaliśmy na razie żadnego. Siedząc sobie w bibliobusie jak w twierdzy, zamiast się bać, zachwycałabym się pewnie ich widokiem.

Przytrafiło się nam jednak coś bardzo nieprzyjemnego. Trudno uwierzyć, że w takim miejscu w ogóle może zdarzyć się jakiś wypadek, a jednak. Stoimy sobie na zasypanej śniegiem wsi, gdzie od wczesnej wiosny, na pobliskich mokradłach pojawiają się niespotykane zbyt często gatunki ptaków, a nawet orły. Teraz jest jednak tylko biało i cicho, po prostu idylla. Noc, niewielki parking przed małą fabryczką. Do tej pory, o tej porze dnia nigdy nikogo na nim nie było.

Nie wiadomo skąd pojawił się nagle wielki bułgarski tir z przyczepą. Fabryka oczywiście zamknięta o tej porze, więc najprawdopodobniej miał się zjawić wcześniej, ale spóźnił się z powodu kiepskiej pogody, bo śnieg padał nieprzerwanie właściwie cały dzień. Zaparkował równolegle do nas, chwilę postał, potem objechał fabrykę i znów zaparkował. Tym razem jakoś tak pod dziwnym kątem, znów chwilę postał, a potem zaczął cofać.

Akurat zrobiłam sobie herbatę, do odjazdu zostało nam jeszcze tylko kilka minut. Bibliobusem porządnie zatrzęsło, oblałam się prawie wrzącą herbatą, którą próbowałam postawić na półce. Kiedy tak nim tąpnęło, to w pierwszej chwili nie zrozumiałam co się właściwie stało. Kiedy zatrzęsło nami po raz kolejny, nie bardzo wiedziałam co zrobić z tą plastikową filiżanką, postawić czy trzymać w ręku. Bałam się oblać książki, więc znów ją podniosłam, no i oczywiście ponownie się oblałam, bo trudno było utrzymać równowagę. Zaraz potem zrozumiałam, że to ten bułgarski tir próbował nas staranować. Z filiżanką w dłoni wyskoczyłam na zewnątrz, a za mną kompletnie zdezorientowany kolega. Waleniem w okno szoferki zatrzymał szarżującego Bułgara, a ja pobiegłam ocenić rozmiar tej parkingowej katastrofy, chociaż po ciemku i w gęsto padającym śniegu niewiele dało się zobaczyć. Zdezorientowany Bułgar wyskoczył z szoferki i na widok tego co zobaczył, złapał się za głowę. Tak, chyba rzeczywiście więcej nic nie mógł w tej sytuacji zrobić.

Skutek cofania był taki...

 

 

Nerw mi puścił

bookfa

 

No cóż. Życie bibliotekarki nie zawsze jest usłane różami bez kolców. Dziś się nadziałam na tyle, że zachowałam się na tyle niepoprawnie, że wprawiłam kolegę w osłupienie. I kupę dzieciaków będących akurat u bibliobusie też. Nie jest on miejscem ciszy, bo to nie sanktuarium, ale tym razem cisza zapadła, jak makiem zasiał.

Ogólnie rzecz biorąc lubię tę dzieciarnię i nawet się ucieszyłam, kiedy mi dołożono wyjazdy do jeszcze jednej szkoły. Dzieciaki są przesympatyczne, choć niektóre trochę mniej, a kilkoro wcale. Staram się patrzeć na to przez palce, w końcu nikt nie jest doskonały, ale niektórym kompletnie brak kindersztuby (nie mylić z bezstresowym wychowaniem!).

Przedszkolaki zadają masę pytań. Dlaczego bibliobus się nie przewraca, skoro wszyscy stoją po jednej stronie? Skąd bierzemy książki? Czy wszystkie przeczytaliśmy? Czy mieszkamy w bibliobusie? Czy mamy własne domy i rodziny? Dlaczego książki nie spadają z półek? Ile książek mieści się w bibliobusie? Czy mamy jakieś schowane w bagażniku?

Zadziwiające jest też jak dzieci się zmieniają. Pracuję już trzeci rok i widzę jak maluchy dorastają, a ze tych starszych robią się nastolatki. I to też jest fajne. Zmieniają się przy tym ich czytelnicze gusta, niektórzy pytają więcej niż kiedyś o coś interesującego do czytania, a niektórzy wręcz przeciwnie, sami od razu wiedzą czego chcą. Są też tacy, którzy z grzecznych dzieci przeistoczyli się w małe potwory. I jeden taki, na oko uroczy blondynek, doprowadził mnie dziś do wrzenia. Było go wszędzie pełno, aż w końcu, głośno pokrzykując, wziął się do demonstrowania walk wschodu na przerażonym, sporo od niego mniejszym koledze. Zwróciłam mu uwagę, w nadziei, że to wystarczy. Skończyło się jednak na tym, że podniesionym głosem kazałam mu się zabierać z książkami do klasy. NATYCHMIAST. Przejęłam tym samym pałeczkę po jego nauczycielce, która próbowała go przez jakiś czas okiełznać, ale bez rezultatu. Kiedy mu zwracała uwagę, zaczynał jeszcze bardziej pajacować. I w końcu odpusciła. Ze mną już pajacowania nie będzie. I ja nie odpuszczę.

 

Co ja najlepszego narobiłam ???

bookfa

 

Planowałam zrobić wpis, w którym zamierzałam pozachwycać się posiadaniem od początku grudnia własnego biurka, krzesła i nowego komputera, ale nie zdążyłam. Pod koniec roku zaczęły się dziwne roszady z etatami i stanowiskami, oraz przeprowadzkami z jednych pomieszczeń biurowych do innych, że można było dostać zawrotów głowy. W całym tym ferworze nieopatrznie zgodziłam się zamienić miejscem z kolegą zatrudnionym nieoczekiwanie na etacie antykwariusza (skąd się na to wzięły pieniądze???). Szefowa zaskoczyła mnie tym pytaniem, a ja entuzjastycznie się zgodziłam, bo praktycznie w biurze jestem przecież tylko gościem. Skoro antykwariuszowi potrzebne było do szczęścia moje miejsce, to czemu nie? I skoro szefowa może się poświęcić, to ja chyba tym bardziej powinnam? Nie popisałam się, a raczej odwrotnie, popisałam się bezmyślnością godną wyłożenia jako wzorzec w Sevres pod Paryżem.

Szefowa też się przeprowadzała, na dodatek do pomieszczenia, które było kiedyś magazynem do przechowywania rupieci. Ja natomiast miałam zająć jej dawny gabinet (!!!), do spółki z koleżanką, która uwielbia polskie wafelki Prince Polo i też rzadko bywa w biurze. Niektórzy twierdzą, że gabinet szefowej to jeden z piękniejszych w całej bibliotece. I ja miałam go zająć? Pewnie byłam w szoku, bo chyba tylko to może mnie usprawiedliwić.

Kiedy moi bibliobusowi koledzy dowiedzieli sie o mojej przeprowadzce, osłupieli i zapytali co ja najlepszego narobiłam? Przecież my jesteśmy jak trojaczki i MUSIMY urzędować w jednym pokoju. Nie dość, że się wyprowadzam, to jeszcze nie będę miała telefonu. Kto mi będzie przypominał, że czas zbierać manele i jechać w teren? Do tej pory nie zaprzątałam sobie tym głowy, bo oni myśleli w tej kwestii za mnie.

Pełna poczucia winy, że narozrabiałam, próbowałam wszystko odkręcić pisząc mejla do szefowej. Nie dostałam nawet odpowiedzi, a kiedy wczoraj wróciłam po świątecznej przerwie do pracy, na moim dawnym biurku leżały już wszystkie graty antykwariusza. Pod ostrzałem pełnych wyrzutu spojrzeń kolegów busowych, pozbierałam swoje rzeczy i poszłam do nowego gabinetu. Czekało tam na mnie ergonomiczne biurko z elektrycznie podnoszonym blatem i mój komputer. Zero szafek i żadnego krzesła, żeby posadzić cztery litery, ale za to jakieś dzieła sztuki współczesnej na oknie i obraz na ścianie. Oto dopadła mnie nowa rzeczywistość.

 

 

Siedzę tu i straszę (wpis edytowany)

bookfa

 

TU, znaczy w biurze. Koleżanka, z którą dzieliłam biurko, komputer, a nawet krzesło, zakończyła ostatecznie swoją pracę wczoraj. EMERYTURA, od dziś. Nagle z biurka zniknął jej kalendarz, półka nad biurkiem i szuflada, są puste. Muszę się przyzwyczaić, że wszystko jest teraz tylko moje.

Jest już zupełnie ciemno. Bibliobus pojechał w zaśnieżone lasy beze mnie, ja czekam na klubowiczów "mojego" klubu książki. Pokój konferencyjny przygotowany, gorący glögg w termosie i pepparkakor na hm... srebrnej tacy też już czekają. Świeczki zapalę w ostatniej chwili. Będzie dziś zimowo, świątecznie i, mam nadzieję, miło. Ostatnie spotkanie w tym roku. Między innymi wybierzemy książki, ktore będziemy czytać po Nowym Roku.

Siedzę w tej chwili w biurze, przy częściowo wygaszonych swiatłach. Swiecą się adwentowe świeczniki w oknach i ekran komputera. Ci którzy kończą pracę, wychodząc przechodzą obok mojego pokoju i nagle, zauważając mnie w mroku, podskakują wystraszeni. Do tej pory (prawie) śmiertelnie wystraszyłam trzy koleżanki. Może zdążę wystraszyć jeszcze kogoś, zanim przyjdą klubowicze.

Zmykam. Przygotowujemy na sobotę wernisaż domków z piernika, zrobionych przez przedszkolaki z okolicy. W sali wystawowej pachnie bosko! Idę sobie jeszcze trochę popatrzeć i powąchać. Mam na to jeszcze jakieś dziesięć minut.

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci