I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...
Zakładki:
Lubię wiedzieć co czyta:
Miejsca w sieci
Wszystkie tytuły
Wydawnictwa
WYGRAJ SOBIE KSIążKę
Zakupy
Wydawnictwa zaprzyjaźnione

Tylko szwedzka muzyka
MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com
Counter

Kontakt:
bookfaMALPAhotmail.se

Johan Theorin Co czytać? Popieram Internet Bez Chamstwa Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

sobota, 28 stycznia 2012

Antonina Kozłowska

Kukułka

Wydawnictwo Otwarte, 2010, stron 285

 

Pisząc recenzję „Czerwonego roweru” obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie powieści tej autorki. Właśnie przeczytałam trzecią, na razie ostatnią, którą napisała, czyli nareszcie mogłam dotrzymać danego sobie słowa.

Biorąc ją do ręki, na wszelki wypadek wystawiłam kolce. W pierwszej powieści trochę mi zgrzytało, bo nie bardzo mogłam uwierzyć, że serdeczne przyjaciółki nie wyjaśniły sobie pewnej, bardzo istotnej sprawy, już wiele lat temu, choć podobno nie miały przed sobą tajemnic. W drugiej nie potrafiłam za nic zrozumieć dylematów bohaterki i wczuć się w jej sytuację, czy choćby choć trochę ją zrozumieć. W trzeciej też spodziewałam się, że na którejś stronie natknę się na jakiś zgrzyt, który położy się cieniem na całości. Ale nic takiego się nie stało. Delektowałam się nią od pierwszej do ostatniej strony. Mało kto potrafi w ten sposób opisać otaczającą nas rzeczywistość, językiem nieskomplikowanym ( nie mylić z prostym), bez zbędnych ozdobników, które niczego nie wnoszą. Minimum słów, maksimum treści. Czasem trochę sarkazmu, tu i ówdzie trochę ironii. Czytałabym z przyjemnością, nawet gdyby pisała o niczym. Powieść „Kukułka” porusza trudne tematy i prowokuje pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Przynajmniej ja ich nie znajduję.

Jedną z bohaterek, Martę, marzenie o dziecku doprowadza prawie do szaleństwa, druga, Iwona, uważa się, swoją sytuacją życiową, ukarana przez los. Po wielu nieudanych ciążach, Marta zdecyduje się na skorzystanie z matki zastępczej, którą zostanie właśnie Iwona. Ta ciąża zmieni życie jednej i drugiej. Obie dojrzeją emocjonalnie, przewartościują czym jest dla nich macierzyństwo i zrozumieją co jest dla nich w życiu naprawdę ważne.

Opowiadając tę historię, autorka z właściwą dla siebie trafnością i dbałością o tło społeczno-obyczajowe serwuje czytelnikowi cały wachlarz ludzkich charakterów i emocji. Prawdziwa mieszanka wybuchowa, bogaci niewolnicy korporacji uciekający od przeszłości, kontra ubodzy mieszkańcy komunistycznych blokowisk, wszyscy z własną receptą na sukces i szczęście. Dwa ocierające się o siebie światy, oddzielone płotem przypominającym więzienny mur. Okazuje się jednak, że nie wystarczy sforsować tego płotu, żeby odnaleźć sens życia i swoje miejsce na ziemi.

P.S. Pod koniec wzruszenie ścisnęło mi gardło i zalałam się łzami...

8/10

czwartek, 26 stycznia 2012

No cóż. Zrobiłam tak jak nie powinnam. Obejrzałam najpierw film zamiast najpierw przeczytać książkę. Kupiłam ją nawet przy okazji ostatniej wizyty w Polsce, ale niestety została u mamy bo zaczęła ją czytać i nie skończyła przed moim wyjazdem. Nie mogłam jej przecież wyrwać z ręki...

Czyli mam przynajmniej jakieś sensowne wytłumaczenie, dlaczego zaczęłam od filmu. To miło, że poczytnego norweskiego autora sfilmowali Norwegowie, a nie Hollywood. Myślę, że film na tym nie stracił, a może nawet dzięki temu jest bardziej wierny powieści. Niestety nie wiem tego na pewno, ale zakładam, że tak jest.

Jo Nesbo porzucił na chwilę Harry Hole'a i bohaterem tej powieści (a więc i filmu) zrobił Rogera Browna, kurdupla-megalomana, wypełnionego po czubek głowy kompleksami. Zarówno megalomania jak i kompleksy wpędzają go w kłopoty, które mogą się zakończyć piękną katastrofą.

Roger Brown to łowca głów, który dzięki inteligencji i cwaniactwu potrafi zawsze osiągnąć to co chce. Tym razem trafia jednak na godnego siebie przeciwnika. I tak zaczyna się pojedynek na śmierć i życie, a wygrany oczywiście może być tylko jeden. Spryt kontra inteligencja, inteligencja kontra spryt. I gdyby tylko to się liczyło to sprawa byłaby prosta, ale w grę wchodzą nagle jeszcze uczucia, o które chyba nawet sam bohater by się nie podejrzewał.

Polowanie godne hollywoodzkiej megaprodukcji, ale dzięki Norwegom nabrało innego, bardziej realnego wymiaru. Aksel Hennie rewelacyjny w roli głównej. Całkiem niezłe kino akcji choć czasem trochę zgrzyta.

5/10

sobota, 21 stycznia 2012

Małgorzata Warda

Nikt nie widział, nikt nie słyszał...

 Świat książki, 2011, stron 397

 

Powieść gdyńskiej autorki Małgorzaty Wardy, była ostatnią jaką przeczytałam w ubiegłym roku. Zbiegiem okoliczności, czytałam ją własnie w miejscu gdzie toczy się część akcji czyli w Gdyni.

 

Przejmująca, bez szans na happy end. Tak najkrócej można napisać o finale historii opisanej przez Małgorzatę Wardę. Nikt nie widział, nikt nie słyszał to powieść o dzieciach, ktore wychodzą z domu i znikają bez śladu. Takie historie zdarzają się prawie codziennie naprawdę i często ich ciąg dalszy pozostaje zagadką na zawsze.

Tak znika jedna z bohaterek powieści Małgorzaty Wardy siedmioletnia Sara, a jej siostra przez kolejne 20 lat ma nadzieję, że się w końcu odnajdzie. Sara nie jest jednak jedyną zaginioną bohaterką tej powieści. Autorka po mistrzowsku buduje intrygę, trzyma czytelnika w napięciu, że trudno się oderwać i po prostu odłożyć czytanie na później.

Wraz z rozwojem akcji, powieści przybywało bohaterek a mnie nadziei na szczęśliwe zakończenie. Nic bardziej mylnego. Kiedy dotarłam do końca zdałam sobie sprawę, że takie historie nigdy nie kończą się dobrze. A największym wrogiem wszystkich uczestników dramatu, oprócz przeżytej traumy, jest płynący nieubłaganie czas. Każdy finał takiej historii jest tragiczny. Wiadomość o śmierci może być równie tragiczna jak powrót po latach. Jak zlepić na powrót rodzinę, która dawno temu emocjonalnie rozsypała się na kawałki jak potłuczony kryształ?

Przeczytałam tę powieść już kilka tygodni temu a do tej pory nie mogę się z niej otrząsnąć. To nie jest czytadło, które się zapomina zaraz po odłożeniu na półkę. To więcej niż zgrabnie skonstruowany i dobrze napisany thriller. Naczytałam się sporo entuzjastycznych recenzji zanim książka ta, dzięki jane_doe, w drodze do biblioteki, wpadła w moje ręce. Recenzje zaostrzyły mój apetyt ale to co znalazłam na 397 stronach przerosło moje oczekiwania.

8/10

czwartek, 19 stycznia 2012

Wczoraj, po kilkudniowej walce z paskudną grypą, poszłam wreszcie do pracy. Zabrałam ze sobą siatę z książkami, które kupiłam do biblioteki (plus kilka podarowanych).

Miałam spory problem z rozliczeniem czyli dopasowaniem paragonów do książek. Niby od razu wkładałam je do specjalnej koperty, żeby nic nie zginęło. Jednak paragonu za Dallas 63 i Żegnaj, panie prezydencie nie znalazłam. Znalazłam za to paragon za cafe latte z Coffee Heaven. Los tak chciał? Pomyliłam paragony. Pewnie te tytuły mają po prostu zostać u mnie. W rozliczeniach obowiązuje twarda zasada: nie ma paragonu, nie ma zwrotu pieniędzy. Na pieniądze jednak sobie poczekam, bo moja ulubiona kadrowa jest na urlopie do końca miesiąca, a faktura musi przejść przez jej ręce.

Darów od Wróżek, po długich wahaniach, ostatecznie nie zabrałam. Bałam się, że ilość książek przyprawi Annę o atak serca. Ale bardziej bałam się, że w końcu będzie jak z psami Pawłowa. Przyzwyczają się, że za każdym razem kiedy jadę do Polski wracam z torbą darów, więc nie trzeba nic kupować. Tym razem dary trafią do biblioteki trochę później, żeby się nie zaczęło kojarzyć w sposób wysoce niepożądany. Zamiast zalegiwać biurko Anny poleżą u mnie w domu. Zamierzam je zanieść, w lutym, w okolicy Walentynek czyli jako dar walentynkowy od znajomych miłośniczek książek. (Co Wy na to drogie Wróżki?)

Te tytuły dołożę od siebie

Wymyśliłam plan iście diabelski. Napisałam mejla do szefowej z ofertą, że chętnie przejmę odpowiedzialność za książki polskojęzyczne. Dopóki pracuję w bibliotece, zajmę się nimi osobiście, żeby odciążyć i tak już przepracowaną koleżankę. Poprosiłam tylko o odpowiednie przeszkolenie. Szefowa odpisała w zasadzie na tak. Szczegóły mam dogadać z Anną (yyyy...). I wtedy właśnie zauważyłam, że to może być dość trudne, bo jakby obie opanowałyśmy do perfekcji sztukę unikania się nawzajem. Książki zaniosłam wtedy kiedy nie było jej w pokoju a ona wyszła z pracy starannie mnie unikając. Dziś też udało nam się nie spotkać. Ja byłam w biurze tylko przez chwilę a potem zapakowałam się do bibliobusa i pojechałam w teren, ona miała akurat wtedy dyżur w bibliotecznej informacji. Jutro ja mam wolne. Może będzie w pracy w niedzielę? To co prawda niedziela, w którą po raz kolejny spotka się klub książki, więc może się zdarzyć, że to ja nie będę miała nawet chwili, żeby z nią porozmawiać. 

środa, 18 stycznia 2012

Jussi Adler-Olsen

Kobieta w klatce

słowo/obraz terytoria, 2011, stron 411

 

Autor zrobił zawrotną karierę w rekordowo krótkim czasie. Ma obecnie 62 lata i pisze od kilku lat na „na cały etat”. Pierwszą książkę napisał już w 1985 roku ale na sławę przyszło mu trochę poczekać. Dopiero jego powieść kryminalna „Kobieta w klatce” przyniosła mu międzynarodową sławę. I to też nie od razu, bo napisał ją w 2007 roku, a świat o niej usłyszał mniej wiecej rok temu. To za sprawą nagrody Glasnyckeln (Szklany klucz za najlepszą skandynawską powieść kryminalną roku), którą otrzymał w 2010 roku. Po tej powieści co roku pisze kolejny kryminał. Mam wrażenie, że autor się rozkręca, bo w tej chwili czytam kolejny, napisany rok później, który jest według mnie jeszcze lepszy.

„Kobieta w klatce” ma w sobie to tzw. COŚ. Już w pierwszym rozdziale autor wrzuca nas w sam środek dramatu i ten sposób narracji się sprawdza. W prologu dowiadujemy się, że parlamentarzystka Merete Lynggaard została porwana. Początkowo nie wiadomo tylko czy dla okupu czy też może przez jakiegoś, pożal się Boże, pacyfistę, który chce, żeby jego głos stał się słyszalny.

Autor robi zgrabne skoki w czasie, trochę teraźniejszości, trochę przeszłości, co odpowiednio dozuje napięcie. Okazuje się wkrótce, że sprawa porwania nigdy nie została wyjaśniona, a co gorsza, nawet nikt nie zorientował się, że to było porwanie. Aż trudno mi było chwilami uwierzyć, że prowadzono dochodzenie tak byle jak. Zginęła młoda, zdolna pani polityk i jakoś nikt się tym specjanie nie przejął.

Kiedy powstaje Departament Q, ma za główne zadanie być przykrywką dla sporej dotacji finansowej przeznaczonej dla policji a sam najlepiej nic nie kosztować. Składa się on z dwóch pracowników, starego wyjadacza z wydziału zabójstw, Carla, z którym szefostwo nie wiadomo co zrobić, oraz jego arabskiego pomocnika, Assada, który słabo mówi po duńsku a o pracy policji wie tyle co nic. Ten dość nietypowy duet, ulokowany w piwnicznych lokalach kopenhaskiej policji, ma za zadanie przede wszystkim nie przeszkadzać tym, którzy pracują na górze.

Zawaleni aktami spraw, których nie dało się do końca wyjaśnić, na dobrą sprawę nie mają szans na większe sukcesy. Bardziej z przypadku niż z wyboru zajmą się sprawą zaginięcia Merete Lynggaard. Jako czytelnika, bardzo mnie to ucieszyło, bo już od pierwszego rozdziału wiem, że pani polityk żyje. Nie wiem co prawda czy zamiarem autora było żeby czytelnik też prawie od początku wiedział kto jest porywaczem ale akurat ja odkryłam ten fakt w bardzo wczesnej fazie powieści, bo w rozdziale dziewiątym. Gdyby nie kunszt pisarski Jussi Adler-Olsena to na pewno nie czytałabym jej do końca w takim napięciu. Możliwe, że w ogóle rzuciłabym ją w kąt!

Świetne tłumaczenie, choć korektor parę drobnych błędów przegapił, wciągająca intryga, rewelacyjny duet Carl - Assad, nic tylko czytać! Gorąco polecam!

8/10

niedziela, 15 stycznia 2012

Rozpakowywanie książek należy do moich ulubionych czynności, więc zostawiam to sobie zwykle na koniec. Najpierw idą walizki, torby, siaty i inne pakunki a potem deser czyli książki. Tym razem czekanie na deser się trochę wydłużyło. Powaliła mnie wyjątkowo wredna grypa, przez pierwsze dwa dni nie miałam nawet siły czytać. Dziś wreszcie mogłam zwlec się z łóżka i wziąć się za ten deser. Rozłożyłam na razie te skarby na sofie, podzieliłam na to co moje a co biblioteczne, obfotografowałam i oto są.

Muszę przyznać, że jak zwykle najlepsze zakupy (cenowo) zrobiłam w Matrasie, gdzie nawet na nowości były wysokie rabaty. Ta masa nowych tytułów mnie przytłoczyła. Czułam się jak mała dziewczynka w sklepie z cukierkami, nie wiedziałam na czym zawiesić oko. Musiałam najpierw wszystko obejrzeć, ochłonąć a potem wrócić i kupić.

Największym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie księgarni w Media Markt. Tytułów nie mają może zbyt wiele, ale mają to czego nie widziałam nigdzie indziej i całkiem atrakcyjne ceny. To tam kupiłam "Pamiętniki Jane Austen". 

Ilość tytułów w księgarniach jest nieprawdopodobna! Kompletnie traciłam głowę. Patrząc na podaż aż się nie chce wierzyć, że co drugi Polak nic nie czyta.

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Po długaśnej przerwie świąteczno-noworocznej, jak zwykle ze śpiewem na ustach, poszłam do pracy. Zabrałam ze sobą tylko te książki, które kupiłam dla dzieci. Zajrzałam do pokoju Anny i zastałam puste biurko.

Ułożyłam na nim zgrabny stosik z bajek i wyszłam. Nie doczekałam się żadnej reakcji. Po jakimś czasie zauważyłam ją na korytarzu i zapytałam czy widziała książki. Owszem, widziała i ma nadzieję, że nie kupiłam za dużo dla dorosłych (!!!???!!!), bo te, które sprawdziła nie mają OCZYWIŚĆIE opisów katalogowych (Ludzie! Trzymajcie mnie!!).

Odwieczny problem leżakowania na biurku na horyzoncie?

Dowiedziałam się, że jedna z naszych koleżanek będzie je musiała zamówić u złotego źródła czyli w Lund, a to bardzo męczące i pracochłonne zajęcie, zwłaszcza, że koleżanka ta ma masę roboty i nie ma czasu (Ludzie!! Trzymajcie mnie mocniej!!!). Zamieniona w słup soli, niezdolna byłam wydukać cokolwiek sensownego, co na dodatek brzmiałoby cenzuralnie. Ucieszyłam się tylko, że wreszcie wiem kto jest odpowiedzialny za te cholerne opisy katalogowe. I jest to kobieta o charakterze cud urody! Kiedy już trochę ochłonęłam, poszłam do niej i zaofiarowałam swoją pomoc przy tworzeniu (ewentualnie zamawianiu opisów katalogowych), która została przyjęta z radością, a nawet z wdzięcznością, której wcale nie oczekiwałam. Utworzymy chwilowo uproszczone opisy własne, żeby móc wypożyczać książki jak najszybciej (hurrrra!!!) i jednocześnie zamówimy te wymagane w Lundzie.

Ale żeby wszystko nie było zbyt proste i piękne, to właśnie ta koleżanka udaje się pojutrze na tygodniowy urlop...

 Tydzień to jednak nie rok, a ja jestem już na tyle zdesperowana, że zamierzam także przeprowadzić dochodzenie, gdzie podziały się niektóre wcześniej ofiarowane książki, których nie widzę ani na półce ani na biurku. Koniec tego dobrego...

środa, 04 stycznia 2012

Teraz każdy się spodziewa, że nastąpi ciąg dalszy: "dawno, dawno temu, za górami, za lasami..." ale nic z tego! To dzieje się tu i teraz.

Wróżki nazywają się: porządek_alfabetyczny, jane_doe, mallid i opty2. Wymieniłam je w kolejności zgodnej z dostarczaniem przez listonosza, na piąte piętro, windą, darów drugiej edycji akcji "Książki na biurko Anny".

Z opty2 miałam przyjemność spotkać się osobiście, wczoraj w Sopocie, w Bookarni. Picie herbatki w jej towarzystwie, w otoczeniu masy książek, mając za sąsiadów przy stoliku obok Tomka Makowieckiego z żoną (Reni Jusis) w zawansowanej ciąży, ktorzy albo namiętnie się całowali albo razem przeglądali książki, było nie lada przeżyciem. Trzy godziny rozmowy o książkach, szwedzkich tradycjach i polskich nawykach zleciały jak parę minut. Najtrudniejszym pytaniem, które zadała mi opty2 było "co kupiłam do czytania". W głowie miałam taką pustkę, że nie byłam w stanie wymienić nawet połowy. Obdarowana przez nią siatą książek, która niemal wyrwała mi rękę, półprzytomna z wrażenia, wróciłam do domu.

Ciągle jestem w szoku. Kiedy przeglądam te wszystkie dary czterech wróżek, nie mogę uwierzyć, że nagle aż tyle książek (przez biurko Anny) trafi do mojej biblioteki. Na razie jestem w stanie wydukać tylko jedno: bardzo Wam, Dobre Wróżki, dziękuję.

Jak ochłonę to napiszę wiecej, a na razie sami popatrzcie na te skarby...

sobota, 24 grudnia 2011

Właśnie takie niech będą Wasze święta.

Pod choinką niech znajdzie się masa książek, które zajmują pierwsze miejsca listy "muszę koniecznie przeczytać" a w nowym, 2012 roku, dużo więcej czasu na czytanie.

Wszystkiego dobrego! 

wtorek, 20 grudnia 2011

Ten ostatni wyjazd w teren miałam zamiar potraktować jako coś w rodzaju przyjemnej wycieczki w smolandzkie lasy. Ostatnie cztery tygodnie to juz dobijanie do mety ponieważ niektóre miejsca odwiedzamy tylko raz na cztery tygodnie. Tak więc mniej wiecej od czterech tygodni przyjmowaliśmy i składaliśmy życzenia, przy okazji obdarowywano nas też czasem różnymi smakołykami. A to pudełko czekoladek Marabou, a to glögg i pepparkakor albo ręcznie zrobione pralinki.

Poniedziałkowy wyjazd był dla mnie definitywnie ostatnim w tym roku. Kupiłam na tę okoliczność pierniczki w czekoladzie nadziewane morelową konfiturą, żeby razem z kolegą, przy kubku herbaty uczcić stosownie ten moment czyli pożegnać bibliobusowy rok 2011.

Już kiedy przyszłam do biura okazało się, że w warsztacie choć jedno w piątek naprawili, to drugie jednak przy okazji zepsuli. Mieliśmy więc oszczędzać prąd, żeby nie utknąć gdzieś w polu lub środku lasu. Od razu przypomniały mi się planowane kiedyś manewry, które nie odbyły się do tej pory. Już widziałam się, czekającą w zimnym busie, w ciemnym, bezśnieżnym lesie, na pomoc do bladego świtu czyli mniej więcej do ósmej rano. Przy odrobinie szczęścia ten scenariusz mógł się jednak nie spełnić. Żeby szczęściu pomóc musieliśmy cześciowo wyłączyć światło, nie korzystać z ekspresu czyli zapomnieć o zaplanowanej przeze mnie wcześniej herbacie.

Jakby tego wszystkiego było mało, po jakichś dwudziestu kilometrach kolega odkrył i oznajmił mi ze zgrozą w głosie, że zaraz skończy się nam paliwo. Zapomnieli zatankować, bo piątkowy rytuał, do którego należy też tankowanie, zakłóciło odstawienie, już w czwartkowy wieczór, bibliobusa do warsztatu naprawczego. A potem już nikt o tym nie pomyślał. Dojeżdżając do pierwszego przystanku planowaliśmy w naprędce, jak zapobiec kolejnemu, grożącemu nam nieszczęściu. Postanowiliśmy skrócić postój na pierwszym przystanku, poświęcić przysługującą nam z urzędu przerwę na kawę, której i tak nie dało się zaparzyć z braku prądu. Do stacji benzynowej mieliśmy stamtąd mniej więcej trzydzieści kilometrów i cichą nadzieję, że paliwa starczy na ten kawałek. Plan B zakładał telefon do biblioteki, żeby ktoś dojechał do nas z kanistrem a plan C, wizytę w najbliższym gospodarstwie rolnym w celu wyżebrania kilku litrów. Plan A jednak wypalił. Z duszą na ramieniu dojechaliśmy do własnej stacji paliwowej i zatankowaliśmy jedyne 284 litry paliwa a potem pojechaliśmy z powrotem, na kolejny przystanek, leżący rzut kamieniem od tego pierwszego. Pierniczki podjadaliśmy po drodze a po dojechaniu na miejsce popiliśmy je zimną wodą z kanistra.

Trochę inaczej sobie wyobrażałam ten ostani raz w tym roku.

To było wczoraj. Dziś leży już w lesie sporo śniegu a jutro udaję się do przepastnych piwnic bibliotecznych robić porządek ze zbiorami. Dobra wiadomość jest taka, że będę robić to sama czyli nikt nie będzie mi patrzył na ręce.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19