Menu

Lost.In.The.Library

ma nowy adres: www.bookfa.se

I to już koniec blogowania na bloxie

bookfa

Z decyzją o przeprowadzce nosiłam się już od jakiegoś czasu, ale ciągle to odkładałam na później. Jednak w końcu zmęczyły mnie problemy z szablonem, na który dałam się bloxowi namówić, a który nigdy nie wyszedł poza wersję BETA.

Okazuje się, że blox zrezygnował z prac nad szablonami i zachęcił mnie do poszukania sobie innego miejsca do blogowania. Nic nie mogło mnie zmobilizować lepiej.

Dziękuję za ponad osiem lat w tym miejscu. To definitywny koniec. Więcej wpisów tu nie będzie, poza informacyjnym, gdzie można mnie czytać dalej.

 

logo

Mam nowy adres, nowy logotyp i znalazłam odpowiedni szablon. W tej chwili trwa przeprowadzka, przenoszę stare wpisy w nowe miejsce i trochę to potrwa, ponieważ staram się przy tej okazji trochę je wygładzić, poprawić błędy na które byliście łaskawi przymknąć oko, za co bardzo dziękuję. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że ten blog był powrotem do pisania systematycznie w języku polskim po ponad dwudziestu latach. Interpunkcja nigdy nie była moją mocną stroną, więc w nowym miejscu nie będzie bezbłędnie, ale przynajmniej będą polskie litery.

Na fejsowym FP pisałam już o przeprowadzce wcześniej, więc nie dla wszystkich będzie to niespodzianką.

Bardzo dziękuję za wszystkie rady związane z przeprowadzką. Danusiu, Piotrze, Janku i Michale, Wasze wskazówki bardzo mi się przydały.

 

 

Bolesna powtarzalność dziejów

bookfa

Michał Piedziewicz

Domino

MG, 2017, cykl: Gdynia. Miasto cudów, tom 2, stron 361

Oto kontynuacja Dżokera i moje lekko niespełnione oczekiwania. Z czytaniem serii mam trochę tak, że apetyt rośnie mi w miarę jedzenia. I dość trudno jest go zaspokoić. Owszem, jest dalej ten sam klimat retro utrzymany zgrabnie dzięki sposobowi narracji, ale sama Gdynia zeszła już jakby na dalszy plan i bohaterowie stracili nieco na wyrazistości.  Domino obejmuje lata 1939 – 1970. Jest to niepozbawiona ironii i humoru opowieść o dalszych losach Wilczyńskich i Kotkowskich. Niestety za mało w niej dramatyzmu i emocji, choć opowiada o losach ludzi, którzy z trudem przeżyli piekło II wojny światowej oraz trudne lata stalinizmu.

domino

Akcja drugiego tomu gdyńskiej trylogii toczy się dwupłaszczyznowo. PRL-owska proza życia przeplata się z wojennymi wspomnieniami. Łucja pisze listy do Krzysztofa narzekając na ludową ojczyznę, bo nijak nie umie się odnaleźć w tym nowym porządku politycznym, chociaż się stara.

Kraj niby ten sam, ludzie pozornie nie inni, wielu przedwojennych, więc aż nie sposób pojąć, jak to się wszystko mogło tak bardzo na złe zmienić!

Czasy się zmieniły, wojna zrobiła swoje. Ci, co kiedyś przybyli do Gdyni w poszukiwaniu innego (lepszego?) życia, poczuli się w końcu częścią tego miasta, co nie dziwi, bo to oni je budowali od podstaw. Każdy robił to po swojemu, jedni ciężką pracą fizyczną, inni zajmując się niezbyt legalnymi interesami. Wojna i powojenna rzeczywistość powoduje, że jednak znów czują się wyobcowani. Nie umieją się odnaleźć w PRL-owskiej rzeczywistości, zwłaszcza, że wiele się zmieniło. Nacjonalizacja, ciasnota maleńkich mieszkań, kartki żywnościowe, moralne dylematy, aresztowania i wymuszanie siłą zeznań, procesy pokazowe, kary więzienia…

 (…) dzieci, to właśnie pan minister* wybudował Gdynię. Wszystko wybudował: port, miasto, okręty zamówił, zaprojektował ulice.(…) Tę chwilę zapamiętajcie na całe życie – oto stoi przed wami wielki człowiek!

Wtedy nie wiedziała jeszcze, choć on być może doskonale to przeczuwał, że wkrótce z sanacyjnym mimo wszystko premierem nie będzie po drodze konstruktorom nowej rzeczywistości (choć wcześniej sami go z Rumunii przez Moskwę ściągnęli, co wzbudziło nie lada sensację!), że zostanie odsunięty, a i z willi w Sopocie ostatecznie wyrzucony. I że w Krakowie, dokąd wyjedzie, wcale nie będzie mu się wiodło lepiej – bez prawa do pracy czy emerytury. Tam zresztą miał umrzeć wiele lat później – przy alei Słowackiego.

Autor i tym razem snuje swą opowieść przeplatając fakty z literacką fikcją. Gdynia leży trochę na „peryferiach” Polski, więc nowy polityczny porządek ze wszystkimi jego konsekwencjami dociera tu trochę wolniej.

Czuję pewien niedosyt. Brakuje mi rozwinięcia wielu wątków tej historii. Muszę też dodać, że obserwując dzisiejszą scenę polityczną, Domino niezwykle wyraźnie uzmysławia, że historia rzeczywiście kołem się toczy i następnych pokoleń kompletnie niczego nie uczy.

8/10

 

* Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) wicepremier, minister przemysłu i handlu (1926–1930), minister skarbu (1935–1939) II Rzeczypospolitej. To jedna z bardziej zasłużonych postaci dla rozwoju Gdyni. Dzięki niemu budowa gdyńskiego portu, w roku 1926 ruszyła w błyskawicznym tempie, a Gdynia stała się dla międzywojennej Polski przysłowiowym „oknem na świat”.

 

kursywą fragmenty powieści

Metafizyka tajemnic

bookfa

Ewelina Matuszkiewicz

Biały latawiec

Wydawnictwo Skarabeusz, 2017, stron 315

Jakiś czas temu napisałam (na fejsie) kilka słów na temat tej książki, o tym, że moją uwagę od razu przykuły bardzo nietypowe tytuły rozdziałów. W miarę czytania odkrywałam, że autorka posłużyła się wersami znanych piosenek napisanych przez popularnych autorów tekstów. Pomysłowo wykorzystała je do opisu powieściowych wydarzeń, a nawet samych bohaterów, chociaż mam wrażenie, że nie wszystkie rozszyfrowałam.

bialy_latawiec

Maja dziedziczy dom po zmarłym dziadku. Zanim będzie mogła w nim zamieszkać musi pozbyć się nagromadzonych przez lata rupieci i zrobić generalny remont. Po mieście od dawna krążą legendy o ukrytym w nim skarbie. Jest też ktoś, kto obawia się, że Maja może znaleźć coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Miejscem akcji są Kozienice, a bohaterami, oprócz Mai, kilkoro mieszkańców miasteczka oraz… tajemnica, której ujawnienie wywoła prawdziwą burzę.

Czy nie mogło zostać tak, jak było wcześniej. Ciche, spokojne miasto. Z tradycjami. Z atrakcjami. A teraz jest… demolka. Niszczycie moje miasto. Niszczycie przyszłość tego miasta. Niszczycie przeszłość tego miasta. Jakieś brudy, pretensje, pomówienia. Jakby to naprawdę miało dziś znaczenie!

Tajemnice mają moc. Potrafią zepchnąć z piedestałów bohaterów, przewrócić do góry nogami czyjeś życie, zdemaskować ludzkie słabości i obłudę, a także podłość, do której ludzie są zdolni w imię źle pojętej politycznej poprawności. I ta książka jest też o tym.

Cztery starsze panie, które raz w tygodniu grywają w brydża jednocześnie plotkując o aktualnych wydarzeniach miejscowej społeczności, prawnik, który od dawna marzy o ujawnieniu swojego związku, młodzieniec na bakier z prawem, policjant, miejscowy radiowiec. Przeprowadzka Mai do Kozienic zmieni życie ich wszystkich.

Biały latawiec to debiut literacki Eweliny Matuszkiewicz i jednocześnie debiut wydawniczy wydawnictwa Skarabeusz. Bardzo udany. Niestety korektor przeoczył to i owo, co oczywiście nieprzyjemnie mi zgrzytnęło.

Na koniec dobra wiadomość; opowieść kozienicka będzie kontynuowana. Czekam niecierpliwie na Noc komety.

Kursywą fragment powieści.

Marzenia nie spełniają się same

bookfa

Magda Witkiewicz

Alek Rogoziński

Pudełko z marzeniami

Filia, 2017, stron 336

Odpowiednia lektura zwłaszcza na okres zimowy, choć oczywiście można ją przeczytać i latem na plaży. Lubię od czasu do czasu poczytać takie opowiastki typu feel good. Ta jest z tych lekkich, łatwych i przyjemnych, co jest znakiem rozpoznawczym Alka Rogozińskiego. Nie umiem precyzyjnie ocenić ile w niej Alka, a ile Magdy Witkiewicz, bo moja znajomość z twórczością Witkiewicz jak na razie ogranicza się do jednej pozycji, która dość skutecznie zniechęciła mnie do czytania kolejnych. Jestem w tym momencie lekko niesprawiedliwa, bo dowiedziałam się, że takie kobiety jak bohaterka z Opowieści niewiernej istnieją i to, co wydawało mi się kompletną bzdurą wymyśloną przez autorkę dzieje się czasem naprawdę!

Nie dostąpiłam zaszczytu wtajemniczenia, że oto rodzi się duet Witkiewicz-Rogoziński, więc wiadomość o premierze książki była dla mnie niespodzianką. Alek Rogoziński o tym skąd wziął się ten pomysł mówi tak:

W czasie każdego z naszych spotkań, czy to na żywo w księgarniach albo bibliotekach, czy też w Internecie, pojawiało się pytanie, czy coś kiedyś napiszemy razem. Krople drążyła skałę i wreszcie nasze kamienne postanowienie, że tego nie zrobimy, zamieniło się najpierw w wahanie, a potem decyzję, że jednak to zrobimy. Bo szczerze mówiąc na początku wcale nie mieliśmy takiego zamiaru. Pisanie w duecie to pułapka. Łatwo się rozjechać z pomysłami albo ich realizacją, pokłócić nawet o jakiś drobiazg. To była największa próba dla naszej przyjaźni!

duetuwitkiewiczrogozinski

Wiem, że autorzy powieści ciągle się przyjaźnią, więc niewykluczone, że to nie będzie ich pierwsze i ostatnie wspólne dzieło.

Czytając Pudełko z marzeniami czułam wyraźnie „ducha” Joanny Chmielewskiej, co najpewniej jest zasługą Alka Rogozińskiego. Na pewno też jego są mające podsycać ciekawość czytelnika fragmenty typu: gdyby wiedział, że upadnie, to by się położył.

 pudelko1

Nieskomplikowana, pełna humoru i dowcipnych dialogów fabuła, z tych, co to bohater powieści rzuca wszystko i wyjeżdża rozpocząć gdzieś indziej nowe życie. Tu jest podobnie, choć muszę przyznać, że pomysł jak wysłać bohaterów (bo jest ich dwóch, a właściwie dwoje!) na zabitą dechami prowincję jest dość nietuzinkowy i mogę tu z czystym sumieniem napisać, że „tego jeszcze nie było”. Malwina zostawia stolicę i korporacyjne życie pod wpływem narzeczonego, który ma sto pomysłów na minutę na to, co chciałby robić w przyszłości, z których żadnego tak naprawdę nie zamierza zrealizować. Michał natomiast opuszcza stolicę kompletnie spłukany, ale za to z okazałym porożem, które zafundowała mu narzeczona. Zamierza zacząć nowe życie, a przede wszystkim odnaleźć ukryty w czasie II wojny światowej rodzinny skarb (dziwnym trafem historia o skarbie, która wydawała się być z początku istotnym elementem całej opowieści, właściwie nie ma finału). Spory wpływ na losy tej pary po przejściach będą mieć dwie wścibskie starsze panie, para gamoniowatych dzieciaków i… święty Ekspedyt.

Pudełko z marzeniami to nie tylko tytuł książki, to też pomysł do wykorzystania przez wszystkich, którym sprawia radość spełnianie cudzych marzeń. Jeżeli należycie do tej grupy, koniecznie przeczytajcie tę książkę! Na pewno Was zainspiruje.

Zaliczam się do tych czytelników, których wychowano na erratach. Kiedyś wydawnictwa dokładały wszelkich starań, żeby w książkach nie było żadnych błędów, ani merytorycznych, ani gramatycznych. Te drugie właściwie nigdy się nie zdarzały. Ot, czasem chochlik poprzestawiał litery i zauważano to dopiero po wydrukowaniu książki, gdy następowało ostatnie czytanie korektorskie. Dodrukowywano wtedy erratę, taką małą kareczkę z poprawkami, którą umieszczano w każdym egzemplarzu książki, często wraz z przeprosinami z błędy. Korektor w Filii wydaje się być tylko figurantem, bo w książce roi się od różnorakich błędów, a „półtora godziny” po prostu mnie dobiło. Mam jedno proste pytanie do wydawnictwa: dlaczego to robicie czytelnikom, a zwłaszcza waszym autorom???

7/10

cytat kursywą i fotka autorów zapożyczone ze strony empik.com

Kuleję

bookfa

Do trzech razy śmierć

Alek Rogoziński

Filia, 2017, stron 322

Alek Rogoziński wpędza mnie w poczucie winy, że za wolno czytam, lub innymi słowy: kuleję z czytaniem.

Za każdym razem, kiedy zabieram się za napisanie paru słów o jego ostatniej powieści, okazuje się, że jest już wydana następna, a kolejna za chwilę w druku. Bardzo mnie cieszy, że Alkowe rozweselacze ukazją się w tak zawrotnym tempie, bo czasy mamy takie, że tylko niewiekiej grupie społeczeństwa jest dziś do śmiechu. A wiadomo, że książka jest doskonałym środkiem na poprawę nastroju i nie ma żadnych skutków ubocznych. Powieści Alka bawią! Jedne mniej, drugie więcej, ale to zależy oczywiście od iloczynu (ilorazu?) poczucia humoru czytelnika.

Oto pojawiła się nowa bohaterka Róża Krull. Akcja powieści Do trzech razy śmierć osadzona jest w środowisku dobrze znanym autorowi i najwięcej radości sprawi pewnie tym, którzy znają to środowisko równie dobrze jak on. Ja niestety do tego grona się nie zaliczam, więc, żeby pośmiać się na całego, potrzebowałabym do tej książki bardzo zaawansowany facit.

 do_trzech

Autorka powieści kryminalnych, Róża Krull, jedzie na zjazd pisarzy, odbywający się w stylowym dworku pod Krakowem. Już pierwszego dnia pada pierwszy trup. Morderca zostawia na miejscu zbrodni czarną różę, co sugeruje, że inspiruje się jedną z powieści Róży Krull.

Oto kolejny kryminał, czyli ktoś morduje kogoś, a zagadka rozwiązywana jest, jak to zwykle u Alka, na wesoło. Bardzo mi się podobał fragment z blogerkami, które kierują śledztwo na właściwy tor. Nie napiszę więcej na ten temat, bo nie lubię spojlerować. Czytelniku tego wpisu, po prostu weź do ręki tę kryminalną komedyjkę i przeczytaj. Jeśli masz choć trochę poczucia humoru, to prawie na pewno Ci się spodoba. Skłamałabym gdybym napisała, że to najlepsza z książek, które Alek do tej pory napisał, bo moją ulubioną jest ciągle Jak cię zabić, kochanie?. Uwielbiam tę mieszankę kryminału, komedii i absurdu (z naciskiem na absurd), którą Alek w niej zaserwował.

To jest moment, że żałuję, że nie należę do "stajni blogerskiej" Filii, bo właśnie ukazała się druga książka z serii Róża Krull na tropie, a z powodu mojego położenia geograficznego trochę to potrwa zanim trafi w moje ręce. Drugi tom nosi tytuł Lustereczko, powiedz przecie, choć w zapowiedziach wcześniejszych miała to być powieść pod tytułem Zabójcza korekta. Przeczucie mi mówi, że nie chodzi tu tylko o zmianę tytułu książki.

lustereczko

Właśnie odbywa się autorskie tournée promujące Lustereczko, powiedz przecie. Jeżeli macie szansę pojść na spotkanie z autorem, nie przegapcie tej okazji, bo na spotkaniach (nie wiem, czy na wszystkich) serwowane są też ciasteczka wykonane osobiście przez Pawła Płaczka! Przegapić coś takiego byłoby niewybaczalnym błędem!

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

W (czytelniczej) histerii

bookfa

Czarne światło

Marta Guzowska

Książki Burda, 2016, stron 440

Mario Ybl chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. To taka pierwsza myśl po przeczytaniu Czarnego światła. Druga, że gdyby żył Alfred Hitchcock to stanąłby na głowie, żeby zrobić film na podstawie tej powieści.

yblczarne

Prowincjonalna społeczność gdzie nie lubią obcych, ale Mario jest w jakimś sensie „swój”, gdyż tym razem autorka umieściła akcję w jego rodzinnym miasteczku. I to był świetny pretekst, żeby więcej uwagi poświęcić właśnie jemu, co mnie bardzo ucieszyło, ale szybko się rozczarowałam. Tak się składa, że z takim samym zainteresowaniem jak zagadki kryminalne śledzę wątek o życiu prywatnym i uczuciowym Ybla. Ten socjopatyczny malkontent, a przy tym cynik i egoista rozbrajał mnie uwielbieniem dla Poli. Teraz wreszcie jest z kobietą swojego życia. I co? Okazuje się jednak, że fajne było tylko gonienie króliczka. Teraz Pola jest tylko jeszcze jedną z irytujących go bab. Hallo???

Na mojej fascynacji pokręconym charakterem Maria pojawiła się pierwsza rysa. Próbuję jednak go trochę usprawiedliwiać tym, że w Czarnym świetle gdzieś się zapodziała szorstkość i stanowczość Poli, chociaż udało jej się zmusić Maria do poddania się terapii.

- Profiesor Ybl pocziemu wy przyszli na tę terapię?

Oderwałem wzrok od okna.

- Na korytarzu czeka taka jedna pani. Jest niska, ładna i wygląda jakby chciała kogoś pobić, rozpozna ją pan bez trudu. Proszę iść i ją zapytać.

Lekarz wyglądał na zrelaksowanego, musiałem się lepiej postarać.

- Ja rozumiem, że ta terapia to nie wasza idea, i teraz wy robicie wsio, żebym ja wam napisał w papierach „nieuleczalny”.

Miałem wielką ochotę przytaknąć, ale tego nie zrobiłem.

- Jeżeli wy tego chcecie, to też mogę wam dać na to papier. Dla tej pani, która czeka na korytarzu. Z pieczątką.

Napiąłem mięśnie, żeby wstać, ale on mówił dalej:

- Ale może wy powinni na chwilę zapomnieć o tej pani i zrobić coś dla siebia. Tylko dla siebia.

 

Małe, senne miasteczko pełne tajemnic, złowroga atmosfera wokół wykopalisk związanych z antywampirycznymi pochówkami, kradzieże wykopaliskowych szkieletów, satanistyczne napisy na grobach i Mario Ybl z latarką w kieszeni próbujący rozwikłać tę zagadkę. Oprócz tego w związku z terapią musi zmierzyć się ze swoimi demonami oraz skonfrontować z teraźniejszością. Mieszanka psychotropów i alkoholu, którego Mario nadużywa powoduje, że zachowuje się momentami jak szaleniec, jest kompletnie nieprzewidywalny, a także bardziej niż zwykle arogancki, żeby nie powiedzieć, że po prostu chamski. Jak dla mnie aż za bardzo i tu pojawia się druga rysa, bo Mario przypominający menela wcale mi się nie podoba. Autorka przerysowała tę postać do tego stopnia, że kryminalna intryga ze spektakularnym nocnym finałem na cmentarzu w czasie Zaduszek przesunęła się dla mnie na drugi plan.

Daliście radę doczytać do tego miejsca, mimo, że tyle uwagi poświęciłam głównemu bohaterowi? Czytam już bez mała pół wieku, ale nie przypominam sobie, żeby bohater jakiejkolwiek powieści doprowadził mnie do takiej hm… histerii.

To jest dowód na wyjątkową umiejętność autorki w sugestywnym kreśleniu postaci. Lubię też skrzący humorem styl Guzowskiej, powieść świetnie się czyta i mam nadzieję, że Mario upadł tym razem już tak nisko, że w następnej części cyklu (o ile taka będzie) po prostu musi się odbić od dna.

 

kursywą fragment powieści

Przeczytałam dzięki wyjątkowej uprzejmości autorki (wygrałam co prawda książkę w konkursie wydawnictwa, ale jej nigdy nie dostałam)

 

Q7

bookfa

Selfies

Jussi Adler-Olsen

Albert Bonniers Förlag, 2017, stron 468

To już siódmy tom serii o departamencie Q. Ekipa dalej rezyduje w piwnicach kopenhaskiej policji, a jej dalsza egzystencja stoi pod dużym znakiem zapytania. Z raportów, które docierają do szefostwa, czyli na tzw. trzecie piętro wynika, że departament Q od dawna nie rozwiązał żadnej archiwalnej sprawy. Oczywiście nie jest to prawdą i Karl próbuje wyjaśnić co się stało z raportami, za które odpowiedzialna jest Rose. Niestety jej stan zdrowia znacznie się pogorszył od czasu kiedy poddała się hipnozie, a po ostatniej, dość nieprzyjemnej rozmowie z Karlem po prostu więcej nie pojawiła się w pracy i nikt nie wie co się z nią dzieje.

selfies

Departament Q prowadzi aktualnie sprawę zamordowanej przed laty nauczycielki, niestety śledztwo się ślimaczy. Kiedy w jednym z parków zostaje zamordowana starsza kobieta, jeden z emerytowanych policjantów dostrzega w obu sprawach wiele podobieństw.

W tym samym czasie pracownica socjalna Anne-Line Svendsen wypowiada prywatną wojnę społecznym pasożytom bez żadnych ambicji. Ma na myśli młode kobiety przychodzące do ośrodka pomocy socjalnej tylko w jednym celu, po pieniądze, które wydają potem na modne ciuchy, fryzjera i imprezki. Zamierza je skutecznie wyeliminować ze społeczeństwa.

Któregoś pięknego dnia zamierzała odwiedzić zaułki Vesterbros, żeby zorganizować sobie broń ciężkiego kalibru i kiedy te idiotki, które były u niej dzisiaj w ośrodku, siedziałyby znów w poczekalni zamierzała wyjść na korytarz i zastrzelić je jedną po drugiej, częstując każdą kulką prosto w starannie upudrowane czółko.

Lista przyszłych ofiar jest dość długa, a jedną z nich jest wnuczka zamordowanej kilka dni temu starszej pani, o czym Annelie oczywiście nie ma pojęcia.

Akcja Selfies toczy się w kilku płaszczyznach. Oprócz dalszych losów pracowników departamentu Q, których jest obecnie już czworo, „dobroczynnej” działalności pracownicy socjalnej, śledzimy także losy trzech dziewczyn z jej listy. Autor z  typowym dla siebie humorem i ironią opowiada chwilami wręcz niewiarygodną historię, wprowadza też kolejne wątki, które zdają się nie mieć żadnego znaczenia dla rozwoju akcji. Podsuwa różne tropy i kiedy już, już prawie wiem kto jest mordercą nagle okazuje się, że oczywiście się myliłam.

Doskonała lektura!

 

Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego wydawanie polskiego przekładu serii utknęło na trzecim tomie. Selfie to już siódmy tom i jakimś cudem wszystkie trzymają wysoki poziom, co jako nałogowa czytelniczka wielotomowych serii wiem, że wcale nie jest takie proste.

W jednym z ostatnich wywiadów (dla Deckarhuset) Jussi Adler-Olsen zdradził szczegóły dalszych tomów serii o departamencie Q. Selfies skupia się na Rose i jej przeszłości, następny odkryje kilka tajemnic Assada, kolejny zdradzi sekrety Karla, a ostatni dziesiąty zamknie całość.

kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu (z języka szwedzkiego)

Läckberg, bój się.

bookfa

Otulone ciemnością

Hanna Greń

Replika, 2016, stron 432

Od jakiegoś czasu nie piszę regularnie o swoich lekturach i pewnie o wielu już nie napiszę. Pamięć mam dobrą, ale krótką, więc jeżeli książka się niczym nie wyróżniła, wpadła do czarnej dziury gdzieś z tyłu głowy. Jest jednak kilka, które tam nie wpadły. Jedne ze względu na fabułę, inne ze względu na to kto je napisał, a jeszcze inne ze względu na to w jakich okolicznościach trafiły w moje ręce.

Otulone ciemnością Hanny Greń spełnia kilka tych kryteriów jednocześnie, więc po prostu muszę o niej napisać, choć od momentu kiedy ją czytałam minęło już trochę czasu.

Pozwolę sobie przy okazji na trochę prywatności i mam nadzieję, że autorka nie weźmie mi tego za złe. Przeczytałam tę powieść jeszcze zanim trafiła do wydawcy. Do tej pory czuję się zaszczycona zaufaniem, którym obdarzyła mnie Hanna Greń, choć właściwie wcale się nie znamy. Tytuł książki był wtedy inny i do dziś uważam, że o wiele lepszy od obecnego.

Otulone ciemnością to trzeci tom cyklu wiślańskiego, dla mnie pierwszy, bo poprzednich nie miałam okazji jeszcze przeczytać. Nie lubię czytać niczego od końca, ale uległam zapewnieniom autorki, że się da. Dostałam więc autorski egzemplarz, jeszcze przed korektą. Po kilkunastu stronach wiedziałam już, że czytam wciągający, dobrze skonstruowany kryminał. Jest w nim kilka tajemniczych zbrodni i sporo mylących tropów.

otuloneciemnoscia

Znaki zapytania szybko się mnożą i wkrótce staje się jasne, że policja poszukuje seryjnego mordercy. Ktoś morduje młode kobiety, okrywa je całunem, zostawiając przy zwłokach tajemnicze rysunki, a w ręce ofiar złożonych jak do modlitwy wkłada świecę. Śledztwo prowadzi Benita Herrera. Ta kontrowersyjna i nietuzinkowa policjantka wplątuje się w dość dwuznaczną i niebezpieczną relację z głównym podejrzanym, co stwarza poważne ryzyko dla racjonalnej oceny sytuacji. Postać Benity nie do końca mnie przekonuje, z jednej strony twarda i apodyktyczna, z drugiej nieco bezbarwna mimo ciętego języka i nietypowych metod prowadzenia śledztwa. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach cyklu autorka uczyni tę postać bardziej wyrazistą i charyzmatyczną.

Hanna Greń umiejętnie buduje napięcie, gmatwa akcję, kluczy i mnoży tropy tworząc precyzyjną zagadkę kryminalną. Choć Otulone ciemnością to soczysty kryminał nie brak w nim też wątków obyczajowych, akcentów romantycznych, rozlanej kawy i… kobaltowych oczu.

Wiem, że wersja, którą czytałam różni się nieco od tej ostatecznej, która ukazała się drukiem. Szkoda. Nie jestem za tym, żeby poprawiać to co jest dobre, bo jak powszechnie wiadomo lepsze jest wrogiem dobrego.

Szwedzi mają Camillę Läckberg, Polacy Hannę Greń.

Śmierć schematom

bookfa

Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach

Emmy Abrahamson

Rebis, 2017, stron 271

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach Emmy Abrahamson to pierwsza powieść dla dorosłych i jednocześnie pierwsza jej książka, która ukazała się w języku polskim. Bardzo mnie cieszy, że polscy czytelnicy wreszcie poznają tę autorkę, bo to jedna z moich ulubionych szwedzkich pisarek. Zadebiutowała w 2011 roku powieścią dla młodzieży Mój tata jest miły, a moja mama jest cudzoziemką, którą (uwaga wydawcy! ;-) ) z wielką chęcią przetłumaczyłabym na język polski. Napisałam na blogu o wszystkich książkach autorki, a nawet miałam zaszczyt gościć ją tu na blogu w jednym z wywiadów bez pytań.

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach to nie jest poradnik jak się zakochać, ani jak znaleźć sobie faceta w krzakach, co może sugerować tytuł, który niestety został przetłumaczony za bardzo dosłownie, a przez to niezbyt trafnie. To ani typowy romans, ani komedia. Jest pełną humoru choć momentami bardzo wzruszającą opowieścią o tym, jak nagle może się zmienić pozornie poukładane życie.

jak

Julia, bohaterka powieści, pracuje jako nauczycielka angielskiego, ale marzy o innym życiu. Pragnie zostać pisarką i zaprzyjaźnić się ze swoją sąsiadką Elfride Jelinek. Na razie bez powodzenia szuka pomysłu na powieść, próbuje przyzwyczaić się do życia jako singielka i od czasu do czasu chodzi na podryw. Pewnego dnia poznaje cuchnącego, brodatego bezdomnego, który z jednej strony budzi w niej odrazę, a z drugiej od pierwszej chwili ją fascynuje. I tak pozornie uporządkowane życie Julii zaczyna się chwiać w posadach. Mimo, iż będzie próbowała walczyć, żeby wszystko zostało po staremu, w końcu zda sobie sprawę, że jest gotowa wiele poświęcić, żeby być z tym niespodziewanie poznanym śmierdzącym kloszardem.

- Nie mogę go znaleźć – powtarzam i znów wybucham płaczem.

Rebecca prowadzi mnie ostrożnie do najblizszej ławki.

- Może miał wypadek i trafił do szpitala – mówi, kiedy już siedzimy na ławce.

- Dzwoniłam do Szpitala Miejskiego. Nie ma go w ich rejestrze.

- Może został aresztowany?

- Ale wtedy pewnie by zadzwonił.

- Chyba, że zrobił coś potwornego i nie chce żebyś się o tym dowiedziała.

- Na przykład?

Rebecca nie odpowiada. Rzuca mi tylko spojrzenie, które sugeruje coś pomiędzy nekrofilią a zwędzeniem jajek z niespodzianką.

- Oczywiście dzwoniłaś na jego komórkę?

- On nie ma komórki – wyjaśniam – nie znam też maila, jeżeli w ogóle jakiś posiada.

- A konto na Facebooku?

- Nie ma go na Facebooku. Według niego Facebook jest dla idiotów.

- Ale przecież ty posiadasz tam konto – mówi Rebecca.

- No i co z tego?

- Nie wkurzyło cię, że nazwał wszystkich użytkowników Facebooka idiotami?

- Tak szczerze, to Facebook nie jest dla mnie na tyle ważny, żeby było mi przykro z tego powodu – odpowiadam.

 

Zanim Julia zrozumie, że kloszard jest facetem, z którym chce spędzić resztę życia, popełni kilka szaleństw; zaśpiewa w kościelnym chórze, stanie oko w oko z niedźwiedziem, zgubi się w wielkim mieście…

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach to napisana lekkim piórem opowieść o tym, że uczucie (i pożądanie) może spaść na człowieka niespodziewanie, jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Wymarzona lektura dla tych, którzy lubią przy czytaniu pośmiać się i jednocześnie wzruszyć. Tak mi się podobała, że nawet nie wspomnę o błędach, które przegapił korektor.

kursywą fragment powieści

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis.

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci