Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

Zapiski na marginesie podróży

bookfa

Nebraska

Zbigniew Białas

Wydawnictwo MG, 2016, stron 187

Ta książka, nietypowa w literackim dorobku autora, jest owocem dziewięciu miesięcy spędzonych w USA. To bardzo osobiste zapiski. Autor nie ukrywa swoich poglądów, obaw oraz opinii o napotkanych ludziach. Ten wyjątkowo prywatny charakter notatek i brak autocenzury świadczą o tym, że pierwotnie raczej nie były przeznaczone do druku i cieszę się, że autor nie przeredagował tekstu przed publikacją. Wisienką na torcie jest bardzo amerykańska okładka.

nebraska

Dzięki Komisji Fullbrighta profesor Zbigniew Białas w 2001 roku pojechał do Nebraski, a konkretniej do Omaha studiować obszerne relacje z ekspedycji Lewisa i Clarka oraz wypraw Alexandra von Humboldta. Swoją amerykańską przygodę zaczynał od przysłowiowego zera, wynajął mieszkanie, które potem z mozołem meblował, zrobił amerykańskie prawo jazdy, kupił samochód…

Oprócz badań naukowych zdążył też objechać kawał Ameryki. Podczas wakacyjnych miesięcy w podróży po Ameryce towarzyszli autorowi żona i nastoletni syn.

 

"- I gdzie byliście?

- Nebraska, Colorado, Utah, Nevada, potem dotarlismy do Pacyfiku w Oregonie, pojechaliśmy w dół przez Kalifornię do granicy Meksyku, zahaczyliśmy znowu o Nevadę, a wróciliśmy przez Arizonę, Nowy Meksyk, Kolorado, Teksas, Oklahomę i Kansas. Tak jakoś.

- Ja to muszę wszystkim opowiedzieć. Że mam kolegę wariata, który jeździł po całej Ameryce starym gruchotem i nawet nie wykupił AAA."

 

Ameryka to dość egzotyczny kraj, nie tylko z powodu rożnorodności klimatu, ale także ze względu na obyczaje. Pełen trafnych spostrzeżeń dziennik napisany jest z dużą dozą humoru, choć nie brak w nim momentów refleksyjno-filozoficznych. Muszę w tym momencie dodać, że autor postrzega niektóre amerykańskie obyczaje inaczej niż ja. Możliwe, że moje wieloletnie miejsce zamieszkania ma na to wpływ. Dla mnie nawet Polska od jakiegoś czasu wydaje się być dość egzotyczna. Żeby nie drążyć dalej tego tematu, po prostu polecam szczególnej uwadze lekturę notatki z 2 października, a opinię Grega, amerykańskiego przyjaciela autora, potraktować w skali makro.

 

Zapiski powstały już kilkanaście lat temu, ale pewne rzeczy się nie zmieniają nawet w Ameryce, więc dziennik nie stracił na aktualności.

"Nad drzwiami wejściowymi powieszono taki szyld: „Kowboje! Przed wejściem zdrapujcie gówno z butów!” Postanowiłem zrobić zdjęcie. Zauważył to starszy mężczyzna i wyszedł pogawędzić. Stanął przed sklepem, spojrzał do góry i pokiwał głową.

- Wisi tutaj od lat i nikt nie zwraca na niego uwagi.

- To znaczy… - powiedziałem z wahaniem.

- No, po prostu nie czytają, włażą do środka z gównem na butach… No nie zdrapują wcale… - i pokręcił głową z dezaprobatą."

 

Przeczytałam Nebraskę z zainteresowaniem. Ciekawe było skonfrontować swoje własne amerykańskie doświadczenia ze spostrzeżeniami autora. Dziennik ma jedną poważną wadę, ma tylko 187 stron.

9/10

kursywą cytaty z książki

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

W oparach piżma

bookfa

Rok temu wybierałam się na spotkanie autorskie z Johanną Thydell, ale coś się wydarzyło i spotkanie odwołano. Rok później, czyli wczoraj wreszcie się odbyło. Może z resztą to i lepiej, bo Johanna zdążyła w międzyczasie wydać nową książkę i w związku z tym sporo o niej wczoraj mówiła. Nasz miejscowy szef od kultury zachował się już na dzień dobry niezbyt elegancko, bo na przywitanie odczytał ze sceny, z której od czasu do czasu zalatywało intensywnie piżmem, listę nadchodzących wydarzeń kulturalnych i brzmiało to jak niekończąca się litania. Nie miałam pojęcia, że tyle się dzieje w mojej mieścinie.

Johanna siedziała na scenie w fotelu stojącym na okrągłym czerwonym dywanie czekając cierpliwie na swoją kolej. Po zareklamowaniu imprez wszelakich moderator przystąpił do rzeczy. Fakt, że Johanna pochodzi z naszego miasta i połowa widowni znała ją osobiście nie miał znaczenia i przedstawił jej dość szczegółowy zawodowy życiorys, a potem zapytał, dlaczego zażyczyła sobie spotkania w formie dialogu zamiast zwyczajowego monologu i czy odpowiadając na pytania będzie kłamać. Uspokoiła go, że nie będzie, bo wszyscy ją tu znają, więc musi się pilnować i trzymać fantazję na wodzy.

 johanna

Przeczytała kilka fragmentów z (M)ornitologen i nie wiem, czy wybrała najlepsze momenty, czy po prostu jej kolejna powieść (pisana prawie pięć lat) jest równie doskonała jak poprzednie. Wpisałam (M)ornitologen na listę gwiazdkowych życzeń i mam nadzieję, że Mikołaj mnie nie zawiedzie.

MornitologenJohannaThydell

Słuchając Johanny i obserwując ją z widowni zdałam sobie sprawę, że od jej debiutu minął szmat czasu i z młodej dziewczyny zmieniła się w dojrzałą kobietę, która zdążyła przeżyć to i owo, a jej twórczość ewoluuje razem z nią. Nie mam na myśli warsztatu, bo ona po prostu urodziła się z wyjątkową umiejętnością pisania i już debiut dał jej prestiżową nagrodę Augustpriset, o której niektórzy pisarze marzą całe życie, a mimo to marzenie to nigdy się nie spełnia. Jej się spełniło zanim jeszcze zdążyła zacząć marzyć. Szczęściara!

Miałam kiedyś nadzieję, że przetłumaczę jej debiutancką powieść Gwiazdy świecą na suficie, ale niestety poległam. Nie przebiłam się przez ten mur i nie udało mi się nikogo tą powieścią zainteresować. Siedziałam więc sobie w oparach piżma z poczuciem porażki, które zawsze powraca kiedy tylko pomyślę o Johannie.

Thydell pisze powieści dla młodzieży, które chętnie czytają też dorośli. Planuje kolejną. Doszła jednak do, jak to określiła, punktu w którym narrację powieści przekaże osobie dorosłej, czyli dołączy do tzw. autorek cross over, co jest ostatnio dość częstym zjawiskiem, żeby nie powiedzieć modne.

Moderator prowadził spotkanie jak dialog towarzyski na kanapie we własnym pokoju stołowym, zakończył wywiad pytaniem jakim ptakiem jest Johanna, a potem wręczył jej w prezencie słoik miodu z pobliskiej pasieki.

Takie to było spotkanie z pisarką Johanną Thydell.

 

O wyższości pierwszego czwartku nad czwartym

bookfa

Matematyka pokonała literaturę. Po prostu nie chce mi się wierzyć, że coś takiego mogło się zdarzyć. A jednak!

Literacki Nobel będzie przyznany tydzień później niż zwykle. Zwyciężyła matematyka! Takie coś jest możliwe chyba tylko w Szwecji. Zasada jest taka, że szacowne jury spotyka się zwykle w cztery czwartki pod rząd. Przy czym pierwszy czwartek to ten przedostatni we wrześniu, czyli w tym roku 22 września. Podczas ostatniego, czwartego spotkania zapada decyzja, kto zostanie szczęśliwym laureatem, która jest następnie ogłaszana całemu światu, którego część czeka na nią z zapartym tchem, na granicy uduszenia się z braku powietrza. Zamiast przesunąć pierwszy czwartek na tydzień wcześniej, żeby ten ostatni przypadł w tzw. tygodniu noblowskim, czyli wtedy kiedy ogłasza się wszystkie nagrody, zdecydowano zacząć zgodnie z tradycją, a skończyć tydzień po ogłoszeniu wszystkich innych nagród. Jeden z członków Akademii Per Wästberg oznajmił, że nie ma powodu do niepokoju, bo to po prostu "czysta matematyka". Ja bym jeszcze dodała, że to próba podkreślenia boskości Akademii Szwedzkiej przez samą Akademię. W związku z tym, że pierwszy czwartek okazał się ważniejszy od czwartego czwartku na werdykt poczekamy jeszcze kilka dni.

 

sessionsrummet_svenska_akademi

                                                               miejsce obrad Akademii Szwedzkiej (Svenska Akademien)

 

Przejrzałam bukmacherskie rankingi i faworytami są Murakami (jak zwykle) i Adonis. Myślę, że ten drugi ma spore szanse, bo od lat literacki Nobel jest przesiąknięty polityką, a Adonis świetnie wpisuje się w obecne trendy wielkiej polityki. Polska może mieć większe szanse za rok, bo to co się teraz u nas dzieje zostało zauważone w Szwecji, dość uczulonej na kwestie równouprawnienia kobiet w społeczeństwie. Dwa nazwiska są na liście kandydatów do nagrody od lat: Olga Tokarczuk i Adam Zagajewski.

Nie wiem, czy wiecie, że KAŻDY może zgłosić kandydata do nagrody? Wystarczy wysłać przekonywujący list motywacyjny wraz z nazwiskiem swojego kandydata i wysłać go na adres Akademii Szwedzkiej. Jednak okres leżakowania na liście kandydatów wynosi od kilku do kilkunastu lat...

Najnowsza powieść Mariusza Zielke szuka czytelników

bookfa

 

Kopiuję za booklips.pl:

Pisarz Mariusz Zielke poinformował, że prawnicy próbują zablokować wydanie jego najnowszej powieści. Jak przypuszcza, zbierając dokumentację, musiał natrafić na coś, na co nie powinien trafić. „Nie mogę pozwolić na takie bezprawie, choćbym miał postawić na szali swoje życie” – mówi. Bojąc się blokady sądowej, zdecydował się opublikować tekst książki bezpłatnie w Internecie.

zielke_dubel1

Jak sam autor przyznaje, historia jego książki sama mogłaby stanowić kanwę kryminału Stiega Larssona. We wrześniu 2015 roku pewien bogaty biznesmen posiadający firmę o kilkusetmilionowych obrotach i własne wydawnictwo zamówił u Mariusza Zielke, byłego dziennikarza śledczego, a obecnie autora thrillerów, powieść, która miała opisywać atak bandytów na owego mężczyznę i porwanie członka jego rodziny.

„Sprawa była intrygująca, więc podjąłem się jej opisania” – pisze Zielke. „W trakcie analizy akt sądowych, zbierania materiałów, wywiadów zorientowałem się, że mam do czynienia ze sprawą znacznie poważniejszą niż porwanie: dotykającą korupcji na najwyższych szczeblach w formacjach mundurowych, różnych machinacji w służbach itd., wreszcie serii niewyjaśnionych morderstw. Ponieważ nie jestem już dziennikarzem, nie miałem ambicji, by rozwiązać te zagadki (choć mnie strasznie korciło), ale w powieści postawiłem różne teorie (zmyślone) na ich temat. Bardzo wyraźnie zaznaczam, że nikogo prawdziwego nie opisywałem. Wszystkie postaci zmyśliłem. W 11 miesięcy stworzyłem powieść kryminalną, która bardzo podobała się pierwszym jej recenzentom i wydawcy”.

I wtedy zaczęły się schody. Z nieznanych powodów prawnik biznesmena zaproponował pisarzowi umowę, zgodnie z którą mógł zamrozić wydanie powieści na 25 lat, choć miała ukazać się w listopadzie 2016 roku. Po serii maili i telefonów udało się wypracować ugodę: biznesmen zgodził się, żeby książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca, z którym Zielke współpracował przy swoich poprzednich tytułach. Po kilku dniach autor musiał jednak wycofać propozycję wydawniczą. „Biznesmen wystąpił do mnie z niezrozumiałymi żądaniami (takich zmian w książce, że praktycznie musiałbym ją napisać od nowa oraz częściowego zwrotu pobranych za napisanie książki zaliczek, które wydałem na bieżące potrzeby). Nie miałem pieniędzy, by mu oddać zaliczki, musiałem więc zerwać umowę z Czarną Owcą. Zrobiłem to i przekazałem mu powieść do wydania. Wtedy jego prawnik napisał, że już nie jest zainteresowany wydaniem powieści i że ja nie mogę jej nigdzie indziej wydać. Zaproponował mi umowę, której konsekwencją byłaby niemożność wydania powieści przez 50 lat. Dostałem ultimatum, że tę umowę mam podpisać do końca sierpnia, inaczej będzie źle. No i już wiem, że będzie” – pisze Zielke.

Z korespondencji, jaką autor publikuje na swoim profilu na Twitterze, wynika, że prawnik wraz z biznesmenem pojawiali się u niego w hotelu „nosząc ostentacyjnie broń palną”, wydzwaniają do jego wydawcy i zapowiadają roszczenia sądowe. Zielke nie chce na razie ujawniać nazwiska biznesmena. „Najgorsze jest to, że to nie biznesmen jest moim prawdziwym przeciwnikiem. Mam wrażenie, że ktoś usiłuje nim manipulować (lub ktoś go szantażuje) – przy czym to tylko moje wrażenia (opinia na podstawie maili, które dostawałem), nie wiem, jak jest naprawdę. Ja podejrzewam, że to bardzo niebezpieczni ludzie, których interesy w jakiś sposób naruszyłem powieścią” – pisze Zielke.

Zdając sobie sprawę, że proces pociągnie za sobą sądowe zablokowanie książki, autor zdecydował się opublikować ją za darmo w sieci. „To nie jest żadna ściema, żadna akcja marketingowa. Zadarłem z niebezpiecznymi ludźmi, dotykam groźnych tematów. Ale tego się nie boję. Taka moja praca” – tłumaczy. Namawia jednak wszystkich do nagłaśniania tematu, bo wie, że wtedy ci ludzie – „nie biznesmen i prawnik, których się nie boję, tylko ci naprawdę źli” – będą obawiali się działać poza prawem. „W sądzie sobie poradzę. Racja jest w 100 procentach po mojej stronie” – zapewnia Zielke.

Powieść nosi tytuł „Dla niej wszystko” i jest dostępna w trzech formatach (epub, mobi i pdf) na następujących stronach autora: www.stopcenzurze.pl, www.zielke.com.pl, dlaniejwszystko.pl.

 

***

Wspieram autora. Książkę pobrałam z sieci i będę czytać, a potem podzielę się wrażeniami na blogu. Zachęcam Was do tego samego. Wiem, że to zabrzmi jak tekst z kryminalnej powieści, ale myślę, że rozpowszechnianie jej może okazać się gwarancją bezpieczeństwa dla autora.

Tak musiał się czuć Kolumb jak odkrył Amerykę

bookfa

Wbrew pozorom nie będzie to wpis geograficzny, ani o konkretnej książce, ale o tym co można zrobić z książkami.

Jakiś czas temu dostałam propozycję wysłuchania audiobooka, ale nie takiego zwykłego, gdzie czyta jeden lektor, a słuchający po jakimś czasie zostaje tym monotonnym czytaniem po prostu uśpiony, tylko czegoś, co określa się mianem SUPERPRODUKCJA. Nie chciałabym tu zrobić nikomu przykrości, ani tym co uwielbiają audiobooki, ani lektorom, którzy choć dają z siebie wszystko, czasem to i tak niestety okazuje się być za mało, żeby słuchacz nie uciął sobie choćby krótkiej drzemki.

Tym razem chodziło o coś, co jak wspomniałam wcześniej, nazywa się superprodukcją. Podeszłam do tego ostrożnie, bo jak coś ma „super” w nazwie, może okazać się jednak czymś zupełnie innym w użyciu.  Znam to niestety z autopsji.

Pierwszą superprodukcją, której wysłuchałam była powieść Jo Nesbø Karaluchy. No cóż, po prostu genialne! Aktorzy tak starannie dobrani do ról, że lepiej by się po prostu nie dało, nawet gdyby ktoś się uparł i chciał udowodnić światu, że da się to zrobić lepiej. Od razu mówię, że się nie da. Po prostu nie ma takiej możliwości.

 

Nesbo__Karaluchy__SUPERPRODUKC1

 

Szokiem była dla mnie Iza Kuna, której do końca w ogóle nie rozpoznałam. Co ta dziewczyna wyrabia ze swoim głosem przechodzi ludzkie pojęcie! Miarą mojego zachwytu niech będzie fakt, że wrzuciłam sobie tę superprodukcję do mp3 i słuchałam tyle razy, że umiem już nawet część dialogów na pamięć. Narracja Bonaszewskiego i tzw. udźwiękowienie też najwyższej próby. Reżyserem tej superprodukcji jest Krzysztof Czeczot.

I tak ja, która od lat nie dałam rady żadnemu audiobookowi nagle pokochałam superprodukcje. Ktoś trochę starszej daty pewnie dobrze pamięta Codziennie powieść w wydaniu dżwiękowym w „trójce”. To było też coś równie fantastycznego. Mam nawet nagrane na radzieckie kasety całe Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Nie mam jednak na czym odtworzyć, a nawet gdybym miała to nie jestem pewna, czy by się jeszcze dało.

superpr.colage

Tak odkryłam superprodukcje. Zaczęło się od Karaluchów Nesbø, potem było Lśnienie Kinga, Ojciec chrzestny Puzo. Marzy mi się jeszcze Święty chaos Harasimowicza, Filip Tyrmanda, Powstanie Warszawskie Ciszewskiego i Gra o tron Martina.

11/10

Koniec wakacji czas przyjąć do wiadomości i powrócić do rzeczywistości

bookfa

W tym roku było nie tylko bardzo książkowo, ale także niezwykle towarzysko, za co bardzo wszystkim, których miałam przyjemność spotkać, dziękuję.

Gdynia mnie nie przestaje zadziwiać. Pięknieje z roku na rok. Niedawno przybyło jej jedno fantastyczne miejsce: Gdyńskie Centrum Filmowe. Prawdziwe cacko architektoniczne, a w nim wszystko czego mi trzeba; trzy sale kinowe z doskonałym repertuarem, klimatyczna kawiarnia, restauracja z wyszukanym i filmowo brzmiącym menu oraz wyjątkowa księgarnia. POLECAM!

Poza tym, dzięki pisarce Iwonie Banach, dowiedziałam się, że jestem zastrońcem.

Iwona_Banach

No i jak przystało na zastrońca zrobiłam sobie spory zapas stron na najbliższe miesiące, chociaż nie wszystkie ze mną dojechały do domu. Niektóre jak zwykle pomieszkają najpierw u mojej mamy.

books_lato2016

books2lato2016

books3lato2016

 

Plus jedna wirtualna: Vernon Subutex 2. Jeżeli ktoś czytał mój wpis o tomie pierwszym to wie, że serce bije mi szybciej na samą myśl o tym, co mnie czeka dzięki Valerie Despentes!

VernonSubutex2

 Chyba jestem gotowa na długie jesienne i zimowe wieczory.

 

 

 

Dziesięć lat z życia miasta cudów

bookfa

Michał Piedziewicz

Dżoker

Wydawnictwo MG, 2016, stron 491

 

W tej powieści wszystko jest retro, począwszy od sposobu narracji poprzez wątek kryminalny, obyczaje oraz opisy budującej się Gdyni. To wszystko składa się na jej specyficzny i niepowtarzalny klimat. Nie jest to jednak powieść sensacyjna. Jest to opowieść o ludziach i mieście, które szybko się rozwija mimo światowego kryzysu i postępującej faszyzacji Europy.

Michał Piedziewicz Dżoker

Bohaterowie powieści Dżoker są zwykłymi ludźmi, którzy przyjechali do Gdyni w poszukiwaniu innego, lepszego życia. Niewielka rybacka wioska tonąca w błocie błyskawicznie zmienia się w nowoczesne miasto, które przybysze uważają za swoją życiową szansę. Rozwój miasta wiąże się z ekspansją ekonomiczną, która z kolei rodzi korupcję i sprzyja nielegalnym interesom oraz przestępczości. Żadnego z tych elementów nie zabraknie w powieści. W prologu pojawia się wiele postaci, które potem w retrospekcyjnej opowieści nabierają wyrazistości i charakteru, podobnie jak piękniejąca z dnia na dzień Gdynia, którą można podziwiać na archiwalnych fotografiach zamieszczonych w książce.

To tu przecinają się ścieżki pięknej pracownicy poczty Łucji, młodego urzędnika z ambicjami dziennikarskimi Adama Grabskiego, żądnego awansu podkomisarza Kowalskiego oraz przemytników Wilczyńskiego i Kotkowskiego, a także wielu innych barwnych postaci.

Powieść Piedziewicza doskonale oddaje koloryt tamtej epoki, a fakty zgrabnie przeplatają się z literacką fikcją. I choć jest to książka przede wszystkim o Gdyni, to nie brakuje w niej wzmianek o innych polskich miastach: Gdańsku, Sopocie, Krakowie i Krynicy oraz świetnie zarysowanego tła historycznego.

Jest jednak jedno małe ale… Daje się zauważyć, że powstanie powieści poprzedził bardzo staranny research. Szkoda, że go nie wykorzystano w postaci porządnych przypisów wyjaśniających gdzie np. znajdował się gdyński Pekin, czy Meksyk. Fotografiom zamieszczonym w książce przydałby się też większy format i bardziej wyczerpujące opisy.

Akcja powieści Dżoker toczy się w latach 1929 – 1939.  Dalsze losy bohaterów, aż do lat 70- tych opisane w powieści Domnino, czekają jeszcze na przeczytanie. Sama sobie zazdroszczę ponownego spotkania z powieściowymi bohaterami.

 

9/10

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

Morze, piasek i książki

bookfa

Już za niecałe trzy tygodnie będziemy mieć okazję spotykać się po raz czwarty, a ja po raz pierwszy będę miała przyjemność przyjść po prostu jako uczestniczka, z czego się bardzo cieszę.

W tym roku główną organizatorką jest Ana, nasza spotkaniowa fotograf, która kiedyś była jedną z blogerek znanego bloga o książkach Misja k.s.i.ą.ż.k.a. Można się spodziewać, że będzie to nieco inna impreza niż poprzednie, ale będzie tradycyjna wymiana książek, quiz i inne niespodzianki książkowe przygotowane przez niektóre z wydawnictw, które wspierały nas książkowo także w poprzednich edycjach imprezy oraz przez zupełnie nowe.

Aktualne informacje o imprezie są dostępne na fejsie jako wydarzenie:

nad_morze

Mamy przyjemność zaprosić blogerów i blogerki piszących o literaturze, aktywnie komentujących te blogi oraz autorów i autorki, czyli tworzących literaturę o której piszemy, na czwartą edycję corocznych spotkań nad morzem! Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego prosimy o przesłanie do końca czerwca wiążącego zgłoszenia udziału na maila:

sopockiespotkania@gmail.com

Udział w imprezie jest bezpłatny. Pamiętajcie, że decyduje kolejność zgłoszeń.
W mailu prosimy o podanie:
* imię i nazwisko,
* adres(y) strony www (bloga, kanału youtube, instagrama etc.) lub nicka komentującego (w przypadku zgłoszeń od czytelników blogów)
* numeru kontaktowego do siebie (będzie znany tylko głównym organizatorkom na wypadek jakichkolwiek nieprzewidzianych sytuacji).

Spotykamy się 9 lipca o godz. 13:00 w Mesa Restaurant (ul. Hestii 3, Sopot). Mesa zapewnia widok na morze oraz dobrą kuchnię dla głodnych nie tylko literackich wrażeń (sprawdźcie menu), miasto Sopot - dużo słońca, sponsorzy – książkowe upominki, a my – organizatorki – program sprzyjający bliższemu poznaniu się i upolowaniu fajnych tytułów podczas wymiany książkowej. Oprawę fotograficzną zapewni nam Kaja Balejko Photography (zobaczcie jej zdjęcia!).

Aby umilić te 3 tygodnie, jakie zostały do naszego zjazdu, pracownia Mana Mana przygotowuje dla nas niespodziankę - specjalną torebkę dla miłośniczki dobrych książek. Będzie to torebka:
a) pojemna
b) z kieszonką na książkę
c) modna i oryginalna

W tej chwili Marcelina Rozmus, niepodzielnie rządząca Manownią, projektuje i konstruuje prototyp.

A więc, co należy zrobić, żeby spakować książki znad morza do przemanowej torby?
1. Napisz w kilku zdaniach, JAK SIĘ PAKUJESZ I CO ZABIERASZ NA NASZE SPOTKANIE NAD MORZEM? (max 100 słów)
2. Wyślij tekst na maila sopockiespotkania@gmail.com z dopiskiem "konkurs" do północy 7 lipca
3. Przyjedź na spotkanie i dobrze się baw!

Wśród nadesłanych odpowiedzi Marcelina wybierze najciekawszą, najzabawniejszą, a może najbardziej wzruszającą odpowiedź. W konkursie mogą wziąć osoby, które się zgłosiły na spotkanie i otrzymały potwierdzenie od organizatorek. Nagrodę wręczymy podczas spotkania 9 lipca.

 

Do zobaczenia!

 

Brown zakłada spódnicę

bookfa

Renata Kosin

Tajemnice Luizy Bein

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2014, stron 528

Jako smarkata czytelniczka uwielbiałam wszelkie zagadkowe historie, a moim absolutnym faworytem były opowieści z wielką tajemnicą w tle. Ostatnio panuje trend na tajemnicze historie połączone z wyjazdem głównej bohaterki na wieś w celu rozpoczęcia nowego życia lub przejęcia nieoczekiwanego spadku po nieznanym przodku. Po przeczytaniu kilkunastu bardzo do siebie podobnych powieści obiecałam sobie, że będę się starała unikać kolejnych. I przez tę ostrożność o mały włos przegapiłabym Tajemnice Luizy Bein (drugi tom tej rodzinnej sagi pod tytułem Kołysanka dla Rosalie czeka jeszcze na przeczytanie).

 

Tajemnice Luizy Bein

Dałam się jednak złapać na opis książki: Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku.

Tajemniczo jest od samego początku. W prologu jakaś niewymieniona na razie z imienia bohaterka po starannym odliczeniu kolejnych desek podłogowych wśród pajęczyn i wiekowego brudu odnajduje w skrytce na strychu opuszczonego pałacu tajemniczy pakunek. Nagle w pałacowych ruinach robi się dość tłoczno i poszukiwaczce skarbów urywa się film, a we mnie budzi się ciekawość dawnej smarkatej czytelniczki i już wiem, że mam w ręku powieść, która na pewno mi się spodoba. Po kilku kolejnych stronach mam pewność, że będzie wielka tajemnica bez wyjazdu na wieś po nowe życie. Będzie za to wyjazd do Szwajcarii, który stanie się pretekstem do skonfrontowania dwóch kultur.

Studentka dziennikarstwa Klara Figiel w odkryciu archeologów z Barczewa widzi swoją szansę. Oto sensacyjna historia na jaką czasami dziennikarz czeka całe życie! Klara postanawia więc na własną rękę rozwikłać tajemniczą zagadkę, której tropy wiodą prosto do Szwajcarii. I tak zaczyna się fascynująca opowieść, od której trudno się oderwać, rozmachem przypominająca słynne powieści Dana Browna. Z wielką dbałością o szczegóły, interesująco sportretowanymi bohaterami autorka przedstawia skomplikowaną, pełną dramatycznych momentów historię rodziny Beinów. Czytając tę powieść trudno się oprzeć myśli, że nic tak nie komplikuje ludziom życia jak oni sami.

– Powiedz, czy on cię... wykorzystał?

– No, właśnie nie! – wybuchła niespodziewanie Iwonka. – Myślałam, że Rysio jest z dżentelmenów, co mają zasady, że przed ślubem to nic, i dlatego wydawało mi się, że ma poważne zamiary, a on nagle mówi, że się wyprowadza. Oczy już za nim wypłakałam, kiedy nagle zadzwonił. Że chce przyjść i porozmawiać. Wtedy pomyślałam, że się namyślił i chciałby, no wiesz... Dlatego postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nawet kupiłam sobie coś ładnego na tę okazję. A potem wystroiłam się, zapaliłam świece, a ten drań... Ten drań powiedział, że chce mi oddać klucze i zostawić pieniądze na czynsz za kolejny miesiąc. Wyobrażasz sobie? Dał mi pieniądze i nawet nie chciał mnie... Wykorzystać mnie nie chciał!

 

W powieści nie brakuje w momentów humorystycznych, pełnych ironii dialogów, a wątki historyczny, kryminalny i psychologiczny zaskakująco zgrabnie się przeplatają. Co prawda współczesny wątek kryminalny jest miejscami dość przewidywalny, ale całościowo historia nieźle się broni.

Żałowałam, że w trakcie czytania nie rysowałam czegoś na kształt drzewa genealogicznego rodziny Beinów, bo chwilami zaczynałam się gubić w koligacjach tej rodziny, a kolejne zwroty akcji zmuszały co jakiś czas do cofania się o kilka (wirtualnych) kartek, żeby się połapać kto był kim.

Ta powieść, to coś dużo lepszego niż Brown!

 

8/10

kursywą cytat z książki

...bo polityka to dziwka jest

bookfa

Paweł Śmieszek

Imperium głupców. Korpokracja

e-bookowo.pl, 2015, stron 736

Debiutancka powieść Pawła Śmieszka to dość nietypowa lektura, thriller zaangażowany politycznie oparty na teorii spisku totalnego. Dla tych, którzy uwielbiają się karmić teoriami spiskowymi to lektura idealna. Nie zaliczam się do tej grupy, więc książka po przeczytaniu musiała swoje odleżeć, żebym mogła napisać o niej bez zbędnych uprzedzeń.

Jerry Dowson, główny bohater powieści jest dziennikarzem, który najlepsze lata ma już za sobą. Autor stworzył bardzo interesującą postać człowieka skłóconego z życiem, prześladowanego przez realne zagrożenie i własne demony, który ma dość wszelkich schematów oraz pisania pod dyktando. Chciałby jednak wrócić na szczyt. Kiedy wpada na trop pewnej afery korupcyjnej, widzi w tym swoją szansę, możliwe, że ostatnią, więc zamierza ją wykorzystać. Książką, którą napisze zamierza nieźle namieszać i zadziwić wszystkich. Obnaży w niej mechanizmy kampanii wyborczej, pokaże prawdziwe oblicze polityki oraz zdemaskuje cwaniaków, którzy pociągają za sznurki, sami pozostając w cieniu.

Dotarłem do punktu, w którym wiedziałem już, że żadna teoria spiskowa nie ma racji bytu w naszej rzeczywistości. Jedyne, co się liczy, to fakty. I choćby nie wiem jak niesamowite zbiegi okoliczności kierowały interesami firm i decyzjami rządów i tak wszystko zostanie zgniecione pod ciężarem kpiącej nazwy „teoria spiskowa”. Jednocześnie jednak wciąż czułem, że nie powinno tak być, że nawet jeśli nie uda mi się niczego zmienić, powinienem chociaż spróbować.

Wiadomo od zawsze, że biznes jest ściśle powiązany z polityką. Ta symbioza możliwa jest dzięki usankcjonowanemu przez prawo lobbingowi. Pod tą nazwą kryje się po prostu wywieranie nacisku oraz wpływ na decezje polityków. Logika wielkiego biznesu i polityki rządzi się swoimi prawami. Wszelkie próby jej zdemaskowania oraz zmiany ustalonego porządku trafiają nie tylko na mur nie do przebicia, ale czasem także na czynny opór, bo polityka bardziej przypomina dziwkę bez skrupułów niż skromną pannę na wydaniu. Autor powieści stawia pod znakiem zapytania dziennikarski obiektywizm. Oprócz demaskowania zakulisowej walki politycznej zwraca uwagę na to jak istotne znaczenie ma interpretacja faktów. Możemy to wyraźnie zaobserwować dzięki interesującemu zabiegowi narracyjnemu w postaci dialogów, w których jeden z interlokutorów jest „za”, a drugi „przeciw”. Wszystko to jednak wypadło, według mnie, trochę zbyt łopatologicznie.

Miałam nadzieję na interesujący wątek psychologiczny, ale autor zrobił z Jerrego tylko narzędzie potrzebne do przedstawienia zupełnie innej historii. Obawiam się, że trochę się też pogubiłam w chronologii zdarzeń, a brak konsekwencji w postępowaniu oraz wewnętrzna szamotanina głównego bohatera tylko pogłębiała to uczucie.

Korpokracja jest książką o pisaniu książki tematycznie niewygodnej dla wszystkich. Śmieszek obnaża metody działania zarówno władzy jak i aktywistów. Podobieństwa są porażające. Tworząc fikcję opartą na faktach autor wykonał niezwykle solidny research. Można na przykład poznać sporo interesujących szczegółów amerykańskiej polityki oraz kampanii prezydenckich.

Korekta i redakcja książki niestety pozostawia wiele do życzenia, a podanie dat cyframi ułatwiłoby czytanie (zwłaszcza wzrokowcom) oraz zmniejszyło jej objętość o kilkadziesiąt stron. Podobno (nie mam pewności) jest to pierwszy tom trylogii, więc chyba można się spodziewać ciągu dalszego tej historii. Mam nadzieję, że postać Jerrego Dowsona zajmie w niej więcej miejsca. Kontynuacji życzę staranniejszej „obróbki” fachowców i wydania papierowego, ponieważ czytanie książki z tyloma przypisami w postaci e-booka nie jest łatwe.

Biorąc pod uwagę zbliżające się za oceanem wybory jest to lektura jak najbardziej na czasie. Po przeczytaniu jej cała kampania wyborcza Clinton i Trumpa nabierze zupełnie innego wymiaru. Ale nie tylko. Pozwoli spojrzeć inaczej także na polityczne rozgrywki z naszego własnego podwórka. Nic już nie będzie takie samo.

 

7/10

 

kursywą cytat z książki

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci