Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

Najnowsza powieść Mariusza Zielke szuka czytelników

bookfa

 

Kopiuję za booklips.pl:

Pisarz Mariusz Zielke poinformował, że prawnicy próbują zablokować wydanie jego najnowszej powieści. Jak przypuszcza, zbierając dokumentację, musiał natrafić na coś, na co nie powinien trafić. „Nie mogę pozwolić na takie bezprawie, choćbym miał postawić na szali swoje życie” – mówi. Bojąc się blokady sądowej, zdecydował się opublikować tekst książki bezpłatnie w Internecie.

zielke_dubel1

Jak sam autor przyznaje, historia jego książki sama mogłaby stanowić kanwę kryminału Stiega Larssona. We wrześniu 2015 roku pewien bogaty biznesmen posiadający firmę o kilkusetmilionowych obrotach i własne wydawnictwo zamówił u Mariusza Zielke, byłego dziennikarza śledczego, a obecnie autora thrillerów, powieść, która miała opisywać atak bandytów na owego mężczyznę i porwanie członka jego rodziny.

„Sprawa była intrygująca, więc podjąłem się jej opisania” – pisze Zielke. „W trakcie analizy akt sądowych, zbierania materiałów, wywiadów zorientowałem się, że mam do czynienia ze sprawą znacznie poważniejszą niż porwanie: dotykającą korupcji na najwyższych szczeblach w formacjach mundurowych, różnych machinacji w służbach itd., wreszcie serii niewyjaśnionych morderstw. Ponieważ nie jestem już dziennikarzem, nie miałem ambicji, by rozwiązać te zagadki (choć mnie strasznie korciło), ale w powieści postawiłem różne teorie (zmyślone) na ich temat. Bardzo wyraźnie zaznaczam, że nikogo prawdziwego nie opisywałem. Wszystkie postaci zmyśliłem. W 11 miesięcy stworzyłem powieść kryminalną, która bardzo podobała się pierwszym jej recenzentom i wydawcy”.

I wtedy zaczęły się schody. Z nieznanych powodów prawnik biznesmena zaproponował pisarzowi umowę, zgodnie z którą mógł zamrozić wydanie powieści na 25 lat, choć miała ukazać się w listopadzie 2016 roku. Po serii maili i telefonów udało się wypracować ugodę: biznesmen zgodził się, żeby książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca, z którym Zielke współpracował przy swoich poprzednich tytułach. Po kilku dniach autor musiał jednak wycofać propozycję wydawniczą. „Biznesmen wystąpił do mnie z niezrozumiałymi żądaniami (takich zmian w książce, że praktycznie musiałbym ją napisać od nowa oraz częściowego zwrotu pobranych za napisanie książki zaliczek, które wydałem na bieżące potrzeby). Nie miałem pieniędzy, by mu oddać zaliczki, musiałem więc zerwać umowę z Czarną Owcą. Zrobiłem to i przekazałem mu powieść do wydania. Wtedy jego prawnik napisał, że już nie jest zainteresowany wydaniem powieści i że ja nie mogę jej nigdzie indziej wydać. Zaproponował mi umowę, której konsekwencją byłaby niemożność wydania powieści przez 50 lat. Dostałem ultimatum, że tę umowę mam podpisać do końca sierpnia, inaczej będzie źle. No i już wiem, że będzie” – pisze Zielke.

Z korespondencji, jaką autor publikuje na swoim profilu na Twitterze, wynika, że prawnik wraz z biznesmenem pojawiali się u niego w hotelu „nosząc ostentacyjnie broń palną”, wydzwaniają do jego wydawcy i zapowiadają roszczenia sądowe. Zielke nie chce na razie ujawniać nazwiska biznesmena. „Najgorsze jest to, że to nie biznesmen jest moim prawdziwym przeciwnikiem. Mam wrażenie, że ktoś usiłuje nim manipulować (lub ktoś go szantażuje) – przy czym to tylko moje wrażenia (opinia na podstawie maili, które dostawałem), nie wiem, jak jest naprawdę. Ja podejrzewam, że to bardzo niebezpieczni ludzie, których interesy w jakiś sposób naruszyłem powieścią” – pisze Zielke.

Zdając sobie sprawę, że proces pociągnie za sobą sądowe zablokowanie książki, autor zdecydował się opublikować ją za darmo w sieci. „To nie jest żadna ściema, żadna akcja marketingowa. Zadarłem z niebezpiecznymi ludźmi, dotykam groźnych tematów. Ale tego się nie boję. Taka moja praca” – tłumaczy. Namawia jednak wszystkich do nagłaśniania tematu, bo wie, że wtedy ci ludzie – „nie biznesmen i prawnik, których się nie boję, tylko ci naprawdę źli” – będą obawiali się działać poza prawem. „W sądzie sobie poradzę. Racja jest w 100 procentach po mojej stronie” – zapewnia Zielke.

Powieść nosi tytuł „Dla niej wszystko” i jest dostępna w trzech formatach (epub, mobi i pdf) na następujących stronach autora: www.stopcenzurze.pl, www.zielke.com.pl, dlaniejwszystko.pl.

 

***

Wspieram autora. Książkę pobrałam z sieci i będę czytać, a potem podzielę się wrażeniami na blogu. Zachęcam Was do tego samego. Wiem, że to zabrzmi jak tekst z kryminalnej powieści, ale myślę, że rozpowszechnianie jej może okazać się gwarancją bezpieczeństwa dla autora.

Tak musiał się czuć Kolumb jak odkrył Amerykę

bookfa

Wbrew pozorom nie będzie to wpis geograficzny, ani o konkretnej książce, ale o tym co można zrobić z książkami.

Jakiś czas temu dostałam propozycję wysłuchania audiobooka, ale nie takiego zwykłego, gdzie czyta jeden lektor, a słuchający po jakimś czasie zostaje tym monotonnym czytaniem po prostu uśpiony, tylko czegoś, co określa się mianem SUPERPRODUKCJA. Nie chciałabym tu zrobić nikomu przykrości, ani tym co uwielbiają audiobooki, ani lektorom, którzy choć dają z siebie wszystko, czasem to i tak niestety okazuje się być za mało, żeby słuchacz nie uciął sobie choćby krótkiej drzemki.

Tym razem chodziło o coś, co jak wspomniałam wcześniej, nazywa się superprodukcją. Podeszłam do tego ostrożnie, bo jak coś ma „super” w nazwie, może okazać się jednak czymś zupełnie innym w użyciu.  Znam to niestety z autopsji.

Pierwszą superprodukcją, której wysłuchałam była powieść Jo Nesbø Karaluchy. No cóż, po prostu genialne! Aktorzy tak starannie dobrani do ról, że lepiej by się po prostu nie dało, nawet gdyby ktoś się uparł i chciał udowodnić światu, że da się to zrobić lepiej. Od razu mówię, że się nie da. Po prostu nie ma takiej możliwości.

 

Nesbo__Karaluchy__SUPERPRODUKC1

 

Szokiem była dla mnie Iza Kuna, której do końca w ogóle nie rozpoznałam. Co ta dziewczyna wyrabia ze swoim głosem przechodzi ludzkie pojęcie! Miarą mojego zachwytu niech będzie fakt, że wrzuciłam sobie tę superprodukcję do mp3 i słuchałam tyle razy, że umiem już nawet część dialogów na pamięć. Narracja Bonaszewskiego i tzw. udźwiękowienie też najwyższej próby. Reżyserem tej superprodukcji jest Krzysztof Czeczot.

I tak ja, która od lat nie dałam rady żadnemu audiobookowi nagle pokochałam superprodukcje. Ktoś trochę starszej daty pewnie dobrze pamięta Codziennie powieść w wydaniu dżwiękowym w „trójce”. To było też coś równie fantastycznego. Mam nawet nagrane na radzieckie kasety całe Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Nie mam jednak na czym odtworzyć, a nawet gdybym miała to nie jestem pewna, czy by się jeszcze dało.

superpr.colage

Tak odkryłam superprodukcje. Zaczęło się od Karaluchów Nesbø, potem było Lśnienie Kinga, Ojciec chrzestny Puzo. Marzy mi się jeszcze Święty chaos Harasimowicza, Filip Tyrmanda, Powstanie Warszawskie Ciszewskiego i Gra o tron Martina.

11/10

Koniec wakacji czas przyjąć do wiadomości i powrócić do rzeczywistości

bookfa

W tym roku było nie tylko bardzo książkowo, ale także niezwykle towarzysko, za co bardzo wszystkim, których miałam przyjemność spotkać, dziękuję.

Gdynia mnie nie przestaje zadziwiać. Pięknieje z roku na rok. Niedawno przybyło jej jedno fantastyczne miejsce: Gdyńskie Centrum Filmowe. Prawdziwe cacko architektoniczne, a w nim wszystko czego mi trzeba; trzy sale kinowe z doskonałym repertuarem, klimatyczna kawiarnia, restauracja z wyszukanym i filmowo brzmiącym menu oraz wyjątkowa księgarnia. POLECAM!

Poza tym, dzięki pisarce Iwonie Banach, dowiedziałam się, że jestem zastrońcem.

Iwona_Banach

No i jak przystało na zastrońca zrobiłam sobie spory zapas stron na najbliższe miesiące, chociaż nie wszystkie ze mną dojechały do domu. Niektóre jak zwykle pomieszkają najpierw u mojej mamy.

books_lato2016

books2lato2016

books3lato2016

 

Plus jedna wirtualna: Vernon Subutex 2. Jeżeli ktoś czytał mój wpis o tomie pierwszym to wie, że serce bije mi szybciej na samą myśl o tym, co mnie czeka dzięki Valerie Despentes!

VernonSubutex2

 Chyba jestem gotowa na długie jesienne i zimowe wieczory.

 

 

 

Dziesięć lat z życia miasta cudów

bookfa

Michał Piedziewicz

Dżoker

Wydawnictwo MG, 2016, stron 491

 

W tej powieści wszystko jest retro, począwszy od sposobu narracji poprzez wątek kryminalny, obyczaje oraz opisy budującej się Gdyni. To wszystko składa się na jej specyficzny i niepowtarzalny klimat. Nie jest to jednak powieść sensacyjna. Jest to opowieść o ludziach i mieście, które szybko się rozwija mimo światowego kryzysu i postępującej faszyzacji Europy.

Michał Piedziewicz Dżoker

Bohaterowie powieści Dżoker są zwykłymi ludźmi, którzy przyjechali do Gdyni w poszukiwaniu innego, lepszego życia. Niewielka rybacka wioska tonąca w błocie błyskawicznie zmienia się w nowoczesne miasto, które przybysze uważają za swoją życiową szansę. Rozwój miasta wiąże się z ekspansją ekonomiczną, która z kolei rodzi korupcję i sprzyja nielegalnym interesom oraz przestępczości. Żadnego z tych elementów nie zabraknie w powieści. W prologu pojawia się wiele postaci, które potem w retrospekcyjnej opowieści nabierają wyrazistości i charakteru, podobnie jak piękniejąca z dnia na dzień Gdynia, którą można podziwiać na archiwalnych fotografiach zamieszczonych w książce.

To tu przecinają się ścieżki pięknej pracownicy poczty Łucji, młodego urzędnika z ambicjami dziennikarskimi Adama Grabskiego, żądnego awansu podkomisarza Kowalskiego oraz przemytników Wilczyńskiego i Kotkowskiego, a także wielu innych barwnych postaci.

Powieść Piedziewicza doskonale oddaje koloryt tamtej epoki, a fakty zgrabnie przeplatają się z literacką fikcją. I choć jest to książka przede wszystkim o Gdyni, to nie brakuje w niej wzmianek o innych polskich miastach: Gdańsku, Sopocie, Krakowie i Krynicy oraz świetnie zarysowanego tła historycznego.

Jest jednak jedno małe ale… Daje się zauważyć, że powstanie powieści poprzedził bardzo staranny research. Szkoda, że go nie wykorzystano w postaci porządnych przypisów wyjaśniających gdzie np. znajdował się gdyński Pekin, czy Meksyk. Fotografiom zamieszczonym w książce przydałby się też większy format i bardziej wyczerpujące opisy.

Akcja powieści Dżoker toczy się w latach 1929 – 1939.  Dalsze losy bohaterów, aż do lat 70- tych opisane w powieści Domnino, czekają jeszcze na przeczytanie. Sama sobie zazdroszczę ponownego spotkania z powieściowymi bohaterami.

 

9/10

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

Morze, piasek i książki

bookfa

Już za niecałe trzy tygodnie będziemy mieć okazję spotykać się po raz czwarty, a ja po raz pierwszy będę miała przyjemność przyjść po prostu jako uczestniczka, z czego się bardzo cieszę.

W tym roku główną organizatorką jest Ana, nasza spotkaniowa fotograf, która kiedyś była jedną z blogerek znanego bloga o książkach Misja k.s.i.ą.ż.k.a. Można się spodziewać, że będzie to nieco inna impreza niż poprzednie, ale będzie tradycyjna wymiana książek, quiz i inne niespodzianki książkowe przygotowane przez niektóre z wydawnictw, które wspierały nas książkowo także w poprzednich edycjach imprezy oraz przez zupełnie nowe.

Aktualne informacje o imprezie są dostępne na fejsie jako wydarzenie:

nad_morze

Mamy przyjemność zaprosić blogerów i blogerki piszących o literaturze, aktywnie komentujących te blogi oraz autorów i autorki, czyli tworzących literaturę o której piszemy, na czwartą edycję corocznych spotkań nad morzem! Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego prosimy o przesłanie do końca czerwca wiążącego zgłoszenia udziału na maila:

sopockiespotkania@gmail.com

Udział w imprezie jest bezpłatny. Pamiętajcie, że decyduje kolejność zgłoszeń.
W mailu prosimy o podanie:
* imię i nazwisko,
* adres(y) strony www (bloga, kanału youtube, instagrama etc.) lub nicka komentującego (w przypadku zgłoszeń od czytelników blogów)
* numeru kontaktowego do siebie (będzie znany tylko głównym organizatorkom na wypadek jakichkolwiek nieprzewidzianych sytuacji).

Spotykamy się 9 lipca o godz. 13:00 w Mesa Restaurant (ul. Hestii 3, Sopot). Mesa zapewnia widok na morze oraz dobrą kuchnię dla głodnych nie tylko literackich wrażeń (sprawdźcie menu), miasto Sopot - dużo słońca, sponsorzy – książkowe upominki, a my – organizatorki – program sprzyjający bliższemu poznaniu się i upolowaniu fajnych tytułów podczas wymiany książkowej. Oprawę fotograficzną zapewni nam Kaja Balejko Photography (zobaczcie jej zdjęcia!).

Aby umilić te 3 tygodnie, jakie zostały do naszego zjazdu, pracownia Mana Mana przygotowuje dla nas niespodziankę - specjalną torebkę dla miłośniczki dobrych książek. Będzie to torebka:
a) pojemna
b) z kieszonką na książkę
c) modna i oryginalna

W tej chwili Marcelina Rozmus, niepodzielnie rządząca Manownią, projektuje i konstruuje prototyp.

A więc, co należy zrobić, żeby spakować książki znad morza do przemanowej torby?
1. Napisz w kilku zdaniach, JAK SIĘ PAKUJESZ I CO ZABIERASZ NA NASZE SPOTKANIE NAD MORZEM? (max 100 słów)
2. Wyślij tekst na maila sopockiespotkania@gmail.com z dopiskiem "konkurs" do północy 7 lipca
3. Przyjedź na spotkanie i dobrze się baw!

Wśród nadesłanych odpowiedzi Marcelina wybierze najciekawszą, najzabawniejszą, a może najbardziej wzruszającą odpowiedź. W konkursie mogą wziąć osoby, które się zgłosiły na spotkanie i otrzymały potwierdzenie od organizatorek. Nagrodę wręczymy podczas spotkania 9 lipca.

 

Do zobaczenia!

 

Brown zakłada spódnicę

bookfa

Renata Kosin

Tajemnice Luizy Bein

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2014, stron 528

Jako smarkata czytelniczka uwielbiałam wszelkie zagadkowe historie, a moim absolutnym faworytem były opowieści z wielką tajemnicą w tle. Ostatnio panuje trend na tajemnicze historie połączone z wyjazdem głównej bohaterki na wieś w celu rozpoczęcia nowego życia lub przejęcia nieoczekiwanego spadku po nieznanym przodku. Po przeczytaniu kilkunastu bardzo do siebie podobnych powieści obiecałam sobie, że będę się starała unikać kolejnych. I przez tę ostrożność o mały włos przegapiłabym Tajemnice Luizy Bein (drugi tom tej rodzinnej sagi pod tytułem Kołysanka dla Rosalie czeka jeszcze na przeczytanie).

 

Tajemnice Luizy Bein

Dałam się jednak złapać na opis książki: Na starówce w warmińskim miasteczku archeolodzy odkrywają cmentarzysko mnichów. Pośród zakonników znajdują szczątki kobiety w wianku ze srebrnych róż i z dzieckiem w objęciach. Okazuje się, że to Luiza Bein, dziedziczka i filantropka, której grób dotąd pozostawał nieznany. Ale kim jest dziecko? Kobieta miała tylko jednego syna, który dożył sędziwego wieku.

Tajemniczo jest od samego początku. W prologu jakaś niewymieniona na razie z imienia bohaterka po starannym odliczeniu kolejnych desek podłogowych wśród pajęczyn i wiekowego brudu odnajduje w skrytce na strychu opuszczonego pałacu tajemniczy pakunek. Nagle w pałacowych ruinach robi się dość tłoczno i poszukiwaczce skarbów urywa się film, a we mnie budzi się ciekawość dawnej smarkatej czytelniczki i już wiem, że mam w ręku powieść, która na pewno mi się spodoba. Po kilku kolejnych stronach mam pewność, że będzie wielka tajemnica bez wyjazdu na wieś po nowe życie. Będzie za to wyjazd do Szwajcarii, który stanie się pretekstem do skonfrontowania dwóch kultur.

Studentka dziennikarstwa Klara Figiel w odkryciu archeologów z Barczewa widzi swoją szansę. Oto sensacyjna historia na jaką czasami dziennikarz czeka całe życie! Klara postanawia więc na własną rękę rozwikłać tajemniczą zagadkę, której tropy wiodą prosto do Szwajcarii. I tak zaczyna się fascynująca opowieść, od której trudno się oderwać, rozmachem przypominająca słynne powieści Dana Browna. Z wielką dbałością o szczegóły, interesująco sportretowanymi bohaterami autorka przedstawia skomplikowaną, pełną dramatycznych momentów historię rodziny Beinów. Czytając tę powieść trudno się oprzeć myśli, że nic tak nie komplikuje ludziom życia jak oni sami.

– Powiedz, czy on cię... wykorzystał?

– No, właśnie nie! – wybuchła niespodziewanie Iwonka. – Myślałam, że Rysio jest z dżentelmenów, co mają zasady, że przed ślubem to nic, i dlatego wydawało mi się, że ma poważne zamiary, a on nagle mówi, że się wyprowadza. Oczy już za nim wypłakałam, kiedy nagle zadzwonił. Że chce przyjść i porozmawiać. Wtedy pomyślałam, że się namyślił i chciałby, no wiesz... Dlatego postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nawet kupiłam sobie coś ładnego na tę okazję. A potem wystroiłam się, zapaliłam świece, a ten drań... Ten drań powiedział, że chce mi oddać klucze i zostawić pieniądze na czynsz za kolejny miesiąc. Wyobrażasz sobie? Dał mi pieniądze i nawet nie chciał mnie... Wykorzystać mnie nie chciał!

 

W powieści nie brakuje w momentów humorystycznych, pełnych ironii dialogów, a wątki historyczny, kryminalny i psychologiczny zaskakująco zgrabnie się przeplatają. Co prawda współczesny wątek kryminalny jest miejscami dość przewidywalny, ale całościowo historia nieźle się broni.

Żałowałam, że w trakcie czytania nie rysowałam czegoś na kształt drzewa genealogicznego rodziny Beinów, bo chwilami zaczynałam się gubić w koligacjach tej rodziny, a kolejne zwroty akcji zmuszały co jakiś czas do cofania się o kilka (wirtualnych) kartek, żeby się połapać kto był kim.

Ta powieść, to coś dużo lepszego niż Brown!

 

8/10

kursywą cytat z książki

...bo polityka to dziwka jest

bookfa

Paweł Śmieszek

Imperium głupców. Korpokracja

e-bookowo.pl, 2015, stron 736

Debiutancka powieść Pawła Śmieszka to dość nietypowa lektura, thriller zaangażowany politycznie oparty na teorii spisku totalnego. Dla tych, którzy uwielbiają się karmić teoriami spiskowymi to lektura idealna. Nie zaliczam się do tej grupy, więc książka po przeczytaniu musiała swoje odleżeć, żebym mogła napisać o niej bez zbędnych uprzedzeń.

Jerry Dowson, główny bohater powieści jest dziennikarzem, który najlepsze lata ma już za sobą. Autor stworzył bardzo interesującą postać człowieka skłóconego z życiem, prześladowanego przez realne zagrożenie i własne demony, który ma dość wszelkich schematów oraz pisania pod dyktando. Chciałby jednak wrócić na szczyt. Kiedy wpada na trop pewnej afery korupcyjnej, widzi w tym swoją szansę, możliwe, że ostatnią, więc zamierza ją wykorzystać. Książką, którą napisze zamierza nieźle namieszać i zadziwić wszystkich. Obnaży w niej mechanizmy kampanii wyborczej, pokaże prawdziwe oblicze polityki oraz zdemaskuje cwaniaków, którzy pociągają za sznurki, sami pozostając w cieniu.

Dotarłem do punktu, w którym wiedziałem już, że żadna teoria spiskowa nie ma racji bytu w naszej rzeczywistości. Jedyne, co się liczy, to fakty. I choćby nie wiem jak niesamowite zbiegi okoliczności kierowały interesami firm i decyzjami rządów i tak wszystko zostanie zgniecione pod ciężarem kpiącej nazwy „teoria spiskowa”. Jednocześnie jednak wciąż czułem, że nie powinno tak być, że nawet jeśli nie uda mi się niczego zmienić, powinienem chociaż spróbować.

Wiadomo od zawsze, że biznes jest ściśle powiązany z polityką. Ta symbioza możliwa jest dzięki usankcjonowanemu przez prawo lobbingowi. Pod tą nazwą kryje się po prostu wywieranie nacisku oraz wpływ na decezje polityków. Logika wielkiego biznesu i polityki rządzi się swoimi prawami. Wszelkie próby jej zdemaskowania oraz zmiany ustalonego porządku trafiają nie tylko na mur nie do przebicia, ale czasem także na czynny opór, bo polityka bardziej przypomina dziwkę bez skrupułów niż skromną pannę na wydaniu. Autor powieści stawia pod znakiem zapytania dziennikarski obiektywizm. Oprócz demaskowania zakulisowej walki politycznej zwraca uwagę na to jak istotne znaczenie ma interpretacja faktów. Możemy to wyraźnie zaobserwować dzięki interesującemu zabiegowi narracyjnemu w postaci dialogów, w których jeden z interlokutorów jest „za”, a drugi „przeciw”. Wszystko to jednak wypadło, według mnie, trochę zbyt łopatologicznie.

Miałam nadzieję na interesujący wątek psychologiczny, ale autor zrobił z Jerrego tylko narzędzie potrzebne do przedstawienia zupełnie innej historii. Obawiam się, że trochę się też pogubiłam w chronologii zdarzeń, a brak konsekwencji w postępowaniu oraz wewnętrzna szamotanina głównego bohatera tylko pogłębiała to uczucie.

Korpokracja jest książką o pisaniu książki tematycznie niewygodnej dla wszystkich. Śmieszek obnaża metody działania zarówno władzy jak i aktywistów. Podobieństwa są porażające. Tworząc fikcję opartą na faktach autor wykonał niezwykle solidny research. Można na przykład poznać sporo interesujących szczegółów amerykańskiej polityki oraz kampanii prezydenckich.

Korekta i redakcja książki niestety pozostawia wiele do życzenia, a podanie dat cyframi ułatwiłoby czytanie (zwłaszcza wzrokowcom) oraz zmniejszyło jej objętość o kilkadziesiąt stron. Podobno (nie mam pewności) jest to pierwszy tom trylogii, więc chyba można się spodziewać ciągu dalszego tej historii. Mam nadzieję, że postać Jerrego Dowsona zajmie w niej więcej miejsca. Kontynuacji życzę staranniejszej „obróbki” fachowców i wydania papierowego, ponieważ czytanie książki z tyloma przypisami w postaci e-booka nie jest łatwe.

Biorąc pod uwagę zbliżające się za oceanem wybory jest to lektura jak najbardziej na czasie. Po przeczytaniu jej cała kampania wyborcza Clinton i Trumpa nabierze zupełnie innego wymiaru. Ale nie tylko. Pozwoli spojrzeć inaczej także na polityczne rozgrywki z naszego własnego podwórka. Nic już nie będzie takie samo.

 

7/10

 

kursywą cytat z książki

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

 

Tajemnice są wszystkim co mamy tylko dla siebie

bookfa

Magdalena Parys

Biała Rika

Znak litera nova, 2016, stron 299

Ci, którzy czytali poprzednie książki Magdaleny Parys, zachwycają się jej innością. Ja mam ten komfort, że jeszcze nie czytałam ani Magika, ani Tunelu, więc nie porównuję jej z niczym, po prostu delektowałam się tym co czytałam, bo to kawał doskonałej literatury, którą świetnie się czyta.

Kiedy Rika rodziła pierwszego syna nie powinno jej się wyrwać żadne słowo po niemiecku, a jednak się wyrwało…

rika

Niesamowicie osobista powieść, która zmusza czytelnika do refleksji nad własną przeszłością. Ile wiemy o sobie? Ile wiemy o rodzicach, dziadkach, pradziadkach? Każdy ma swoje tajemnice, a decyzje podejmowane przez przodków często decydują o losach kolejnych pokoleń. Tak też jest z babcią Dagmary, bohaterki i narratorki Białej Riki. Nie wiem ile w tej książce jest prawdy, bo miałam wrażenie, że jest nią wszystko. Czytając na końcu powieści słowa autorki, że „prawdziwe w Białej Rice są tylko emocje i broszka babci Riki” czuję lekki żal, ale i ulgę, gdyż czasami było mi bardzo trudno przewracać kolejne strony.

Mam z Dagmarą sporo wspólnego. Obie dorastałyśmy w Szczecinie, obie wyemigrowałyśmy. Ja miałam jednak w tym momenie mniej więcej dziesięć lat więcej niż ona. To trochę ułatwiało sprawę, bo wyjeżdżałam na własne życzenie, a jednocześnie utrudniało, bo nie było nikogo komu mogłabym się zwierzyć z obaw lub na kogo zwalić winę, gdyby ta decyzja okazała się jedną wielką pomyłką. Nie byłam też „uciekinierką”. Wyjeżdżałam jak najbardziej legalnie, jako cudzoziemska żona żegnana przez przyjaciół kwiatami po hucznej pożegnalnej imprezie. Zrobiłam obowiązkową obiegówkę, zrzekłam się też obywatelstwa na wyraźne żądanie władz konsularnych. Dagmara ma trochę inne wspomnienia z początków swojej emigracji. Jest spostrzegawczą i wrażliwą nastolatką, która nie emigruje z własnego wyboru i mimo okoliczności wyjątkowo szybko aklimatyzuje się w nowych warunkach. Każda z nas na swój sposób przeszła przez to samo: odrzucenie, potrzebę akceptacji i stworzenie sobie nowego miejsca na ziemi, o którym będzie można kiedyś powiedzieć „moje”. Powieściowa Dagmara dość wcześnie zaczyna poszukiwać prawdy o przeszłości rodziny swojego ojczyma, którego nazywa „nietatą”. Zastanawia ją między innymi dziwny akcent babci Riki.

Babcia Rika i jej bliźniacza siostra Gerda, dziadek Karol. Wielka miłość, wielki dramat. Odwaga jednej z sióstr i jej brak u drugiej siostry zmieniły losy całej rodziny, a także następnych pokoleń. Są też rzeczy, których nigdy nie da się wybaczyć.

Warto wspomnieć o narracji powieści i rysunkach autorki. Próbuje ona narysować rodzinne drzewo genealogiczne, ale wychodzą z tego tylko odrębne gałęzie. Wspomnienia Dagmary komentuje czasem rodzina, a czasem redaktorka powieści. Według mnie ten nietuzinkowy zabieg narracyjny czyni powieść bardziej realną i bardziej interesującą. Tym sposobem prawda o rodzinie wydaje się być jedynie pewną wersją wspomnień i tego, co się wie i chce pamiętać, a nie tym co się rzeczywiście wydarzyło. Brak chronologii zdarzeń jest także zaletą. Kiedy już mi się wydawało, że wszystko ogarniam, okazywało się, że czekała mnie kolejna niespodzianka.

Specjalne podziękowania dla autorki za Szczecin. Mogłam podążać za Dagmarą do znajomych mi miejsc. Choć za nic nie mogę sobie przypomnieć ulicy Żeromskiego, a tylko park Żeromskiego, przez który kiedyś w nocy niosłyśmy z koleżanką długą metalową drabinę i zostałyśmy zatrzymane do wyjaśnienia przez milicyjny patrol. Przy okazji przekonałam się jak niewiele wiem o wojennej i powojennej historii mego ukochanego miasta. Kilkanaście przedwojennych fotografii Szczecina wisi u mnie w domu do tej pory, choć opuściłam to miasto ponad trzydzieści lat temu.

10/10

Przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Ten cholerny Vernon

bookfa

Valerie Despentes

Vernon Subutex

Wydawnictwo Otwarte, 2016, stron 376

Chcecie przeczytać coś co Was zaskoczy, wprawi w osłupienie, pozostawi po sobie niesmak, a jednocześnie szok i zachwyt, to przeczytajcie koniecznie tę książkę. Przeczytałam właśnie tom pierwszy i czekam z niepokojem na polski przekład drugiego.

 Vernon Subutex - Valerie Despentes

 

Obawiam się, że Vernon Subutex pojawił się w moim życiu, żeby pozostać w nim na zawsze. Nieudacznik życiowy, irytujący i bierny typ o w sumie niezbyt skomplikowanej osobowości, dający się nieść otaczającej go rzeczywistości prostą drogą ku przepaści. Świat Vernona jest brutalny, bezwzględny, na ciągłym haju, a Vernon dzięki swojej bierności z góry skazany jest na porażkę. Od pierwszych stron wiadomo, że ta historia nie może skończyć się dobrze. Nie wiem ile będę potrzebowała czasu, żeby "wyjść" z tej powieści. A wszystko przez tego cholernego Vernona!

Virginie Despentes zaskakuje surowością języka. Zero kompromisu. Zero autocenzury. Czytelniczy dyskomfort gwarantowany. Jak dla mnie to mistrzostwo świata. Uwielbiam książki, które mnie zaskakują, bohaterów powieści, którzy mnie irytują, a w tej powieści wszystko to jest. Nawet w nadmiarze.

Jeżeli ktoś chce się trochę przygotować na tę czytelniczą jazdę bez trzymanki, może najpierw poszperać w życiorysie Valerie Despentes, prawdziwej enfant terrible francuskiej literatury, a potem sprawdzić co to takiego ten subutex, bo nazwisko głównego bohatera nie wydaje mi się być przypadkowe. Niewiele to pomoże, ale pozwoli zorientować się jak stroma jest ta równia pochyła pod tytułem Vernon Subutex.

MOCNE! POLECAM!

 

10/10

Dwa światy

bookfa

Czasem tak jest, że człowiek musi, bo inaczej się udusi. Dlatego muszę zacytować niezwykle trafne uwagi Katarzyny Tubylewicz z Magazynu Świątecznego Wyborczej o szwedzkim i polskim czytelnictwie mimo, że nie czytałam jeszcze jej książki "Szwecja czyta, Polska czyta". Pozwolę sobie dodać do tego parę słów komentarza (kursywą) wynikającego przede wszystkim z moich doświadczeń jako przypadkowej bibliotekarki.

 

Jesteśmy bratnimi narodami. Szwed ma meble z Ikei i Polak ma meble z Ikei, Szwed lubi wódkę i Polak lubi wódkę, Szwed jeździ Volvo, Polak chciałby jeździć Volvo. Ale go sobie nie kupi, bo go nie stać. A nie stać, bo nie czyta.

Aż 70 % Szwedów marzy o tym, żeby napisać książkę, dlatego po drugiej stronie Bałtyku świetnie sprzedaje się "Skriva" ("Pisanie"), miesięcznik dla aspirujących autorów. Polacy także chcą pisać. Dowodem dziesiątki wydawanych własnym sumptem debiutów, tuziny blogów literackich. Wydaje się jednak, że przeciętny Szwed ma większe szanse, by zaistnieć. Zapewne dlatego, że więcej czyta - 20 min dziennie - i kupuje więcej książek. Trylogię Stiega Larssona kupiły niemal 4 mln Szwedów, kryminały Larsa Keplera rozeszły się w 2,4 mln egzemplarzy. To oczywiście wyjątki, ale choć Szwecja ma tylko 9 mln mieszkańców, to gdy tamtejszy wydawca mówi, że ma bestseller, chodzi mu o pozycję, która sprzedała się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy. W 38-milionowej Polsce za bestsellerową uznaje się książkę, którą kupiło kilkanaście tysięcy ludzi.

Dlaczego nowocześni, zapatrzeni w komórki i laptopy Szwedzi znajdują czas na czytanie, którego Polakom zawsze brakuje? Dlaczego Szwed na greckiej plaży jest zanurzony w książce, a Polak tylko się smaży za parawanem?
Przyczyn jest tyle, że wypełniły całą książkę "Szwecja czyta. Polska czyta", niemniej spróbuję je krótko podsumować.

szwecjaczytapolskaczytakrytykapolityczna

H jak historia
Wiara w wartość czytania ma w Szwecji kilkusetletnią tradycję. Kiedy w 1592 roku kraj przeszedł na protestantyzm, Kościół luterański zaczął wymagać od wiernych czytania Biblii. W 1686 roku w prawo kościelne wpisano dążenie do powszechnej umiejętności czytania, dzięki czemu w 1850 roku już 80 proc. Szwedów umiało czytać. W Polsce i innych krajach katolickich, np. w Hiszpanii i Włoszech, czytało wtedy zaledwie 20-30 proc. społeczeństwa.

Zaczęło się najprawdopodobniej od obowiązku czytania biblii, ale na tym się nie skończyło. W 1723 roku nałożono na rodziców obowiązek nauczania dzieci czytania. W 1842 wprowadzono obowiązek szkolny. Kształcenie dzieci w Szwecji już na początku ubiegłego wieku było na wysokim poziomie, a czytanie i korzystanie z biblioteki oczywistą częścią programu nauczania.

D jak demokracja
Szwedzi od lat wiedzą, że upadek czytelnictwa jest groźny dla demokracji, bo tylko ludzie oczytani, a więc krytyczni i obeznani ze światem, mogą świadomie śledzić debatę publiczną i brać w niej czynny udział. Dlatego państwo i samorządy inwestują w biblioteki, żeby obywatel miał do nich zawsze blisko. - W centrum każdej miejscowości czy osiedla muszą być sklep spożywczy i biblioteka - uśmiecha się Eva-Maria Häusner ze sztokholmskiej Kungliga biblioteket, Biblioteki Królewskiej. A jeśli miejscowość składa się z jednego czy kilku domów? Żaden problem: między wyspami Archipelagu Sztokholmskiego kursuje łódź biblioteczna.
- Biblioteka to dobry biznes - mówi Katti Hoflin, dyrektorka sieci sztokholmskich bibliotek i pisarka. - Czytanie nie tylko rozwija wyobraźnię, wpływając na kreatywność i innowacyjność, ale też zwiększa empatię. To zaś przyczynia się do wzrostu zaufania społecznego, a kraje, w których jest ono wysokie, lepiej funkcjonują pod każdym względem - i politycznym, i gospodarczym.

Jeżeli śledziliście losy przypadkowej bibliotekarki, to wiecie, że oprócz bibliotek, filii bibliotecznych, bibliotek- łódek istnieje też coś takiego jak bibliobus, który dojedzie wszędzie tam, gdzie znajduje się ktoś kto chciałby korzystać z biblioteki.

E jak egalitaryzm
- W Szwecji jest silne przekonanie, że ludzie wykształceni muszą promować kulturę i czytelnictwo wśród wszystkich warstw społecznych. W Polsce silne są elitaryzm i przekonanie, że istnienie ciemnych mas to jakieś prawo przyrody, że tak zawsze było i będzie - twierdzi tłumacz literatury polskiej Stefan Ingvarsson.
Przekonanie, że czytać mogą i powinni wszyscy, przyczyniło się do rozwoju szwedzkiej powieści, tego najbardziej egalitarnego z gatunków literackich. W Szwecji na pytanie, co jest najważniejsze w literaturze, krytycy, pisarze, czytelnicy i wydawcy odpowiedzą: opowieść, dobra historia. W Polsce odpowiedź zabrzmi: język. W Szwecji, dyskutując i pisząc o książkach, wiele miejsca poświęca się tematowi, strukturze utworu i wiarygodności bohaterów, w Polsce w zanikającej debacie literackiej najważniejsze są dywagacje na temat stylu. Polska ma lepszych poetów i przekonanie, że dobra literatura jest mało przystępna, a szwedzką - starannie skonstruowaną i zredagowaną - powieść czyta cały świat.

Kiedyś w szwedzkich bibliotekach nie było literatury "zbyt popularnej", ale z czasem zmieniono zasady zakupu książek właśnie po to żeby mniej wymagający czytelnik też mógł znaleźć coś dla siebie. Książki z najwyższej półki trafiają do bibliotek z reguły odgórnie i bezpłatnie od Kulturrådet. W ten sposób ministerstwo kultury wspiera bardziej "zaawansowane" czytelnictwo.

P jak pragmatyzm
- Często porównuję sukcesy szwedzkiej literatury z sukcesami szwedzkiej muzyki pop. Mamy sprzyjającą infrastrukturę, wiele szkół i kursów pisania kreatywnego. Poza tym Szwedzi są dobrymi przedsiębiorcami. Skoro mamy dobry produkt - a książka też jest produktem - to dla tego produktu tworzymy cały przemysł - mówi agentka literacka Lena Stjernström.
I nie chodzi tylko o to, że Szwedzi, naród ceniący rozsądek i pragmatyzm, zbudowali system ściśle współpracujących bibliotek, a działalność instytucji zajmujących się czytelnictwem jest skoordynowana. Jak w każdym biznesie Szwedzi sprawdzają, co można poprawić, i szukają nowych dróg. Na przykład tworząc specbiblioteki dla wybranych grup.
Jedną z najsłynniejszych jest sztokholmska Tio Tretton, do której wstęp mają tylko dzieci od 10 do 13 lat. Powstała, bo badania wykazywały, że ta grupa wiekowa przestaje chodzić do bibliotek dla maluchów, a nie czuje się pewnie w bibliotekach dla nastolatków. W Tio Tretton można gotować, nagrywać piosenki i czytać książki tuż pod sufitem, na drabinkach, a animatorzy zawsze mają czas na słuchanie pomysłów. Projektanci oparli się na ankietach, w których dzieci opisywały swoje wymarzone miejsce.

Traktowanie książki jako produkt może lekko bulwersować, ale to jest najlepsze, co mogło się przydarzyć szwedzkiej książce. Przedsiębiorczość Szwedów jest dobrze znana, umieją zadbać o rozwój i promocję, czego dowodem są sukcesy szwedzkiej literatury za granicą.

Byłam w Tio Tretton. Niesamowite miejsce! Biblioteka to tylko część działalności Tio Tretton, ale właśnie to jest dowodem, że jest ważną częścią pozaszkolnego życia tej grupy wiekowej.

Inny przykład: wśród nastoletnich chłopców spada czytelnictwo. Zajmująca się jego promocją Szwedzka Rada Kultury nie postawiła jednak na spotkania w bibliotekach, bo eksperci wyjaśnili urzędnikom, że aby się stać czytelnikiem, trzeba uznać czytanie za coś atrakcyjnego, a akcje biblioteczne docierają do już przekonanych. Zamiast tego zadano sobie pytanie: co młodzi chłopcy robią w wolnym czasie? Najczęściej grają w piłkę lub uprawiają inne sporty. Dlaczego więc nie zacząć współpracy z trenerami klubów sportowych? Rada zaczęła zabiegać o to, by jadące na zawody nastolatki miały w autokarze dobre lektury, a trenerzy mówili im, że czytanie jest cool. Bo oni szybciej zachęcą opornych chłopaków do książki niż nauczycielka tłumacząca, że "czytelnictwo wzbogaca język".

Żeby zachęcić nastoletnich chłopców do czytania w konkursach czytelniczych można było w naszej bibliotece wygrać  nie kolejne książki, a np. X-box, czyli coś o czym marzy każdy nastolatek, a ciągle nie każdy ma. To dobra przynęta! Za książki chwytali ci chłopcy, którzy ostatnimi czasy czytali niewiele. Każdy chciał wygrać.

P jak pisarz
Szwecja dba nie tylko o odbiorcę, ale również o twórcę. W 1954 r. wprowadzono uiszczaną przez państwo opłatę biblioteczną, która rekompensuje autorom straty wynikającego z tego, że ich książki są nie tylko sprzedawane, ale także wypożyczane. W zeszłym roku do Funduszu Pisarzy trafiło dzięki niej ponad 139 mln koron (blisko 64 mln zł), z czego 53 mln wypłacono pisarzom i tłumaczom, a resztę przeznaczono dla twórców w postaci stypendiów.
Zresztą sami ludzie pióra potrafią lobbować w swoich sprawach i są solidarni. Tu żaden przytomny autor nie pisałby paszkwili na domagającą się lepszych zarobków dla pisarzy Kaję Malanowską. Większość twórców należy do silnego związku zawodowego, który zapewnia bezpłatną pomoc prawników i dzięki umowom ramowym z wydawnictwami gwarantuje przyzwoite zaliczki oraz to, że tantiemy autorskie nie będą niższe niż 25,5 proc. ceny hurtowej książki. Związek Pisarzy i Tłumaczy pilnuje nawet tego, by honoraria za spotkania autorskie w bibliotekach nie były mniejsze niż 6 tys. koron (około 3 tys. zł), a ostatnio wynegocjował z rządem podwyżkę opłaty bibliotecznej.

Tłumacze w Szwecji mają silną pozycję. Docenia się ich pracę. Wspiera ich Szwedzka Rada Kultury. Tłumacz może na koszt Rady przetłumaczyć kilkanaście stron obcojęzycznej książki (lub z języka szwedzkiego na  jakiś język obcy), żeby poźniej próbować znaleźć wydawcę. Honorarium za te kilkanaście stron jest kilkakrotnie wyższe niż tłumacz w Polsce otrzymuje za całą powieść. Nawet jeśli książki nie uda się wydać, tłumacz zachowuje honorarium.

M jak media
W największym dzienniku "Dagens Nyheter" codziennie ukazują się dwie-trzy duże recenzje. Powieść opublikowana w uznanym wydawnictwie może liczyć na 17-20 recenzji w prasie papierowej, a wywiady z autorami robi się częściej niż z politykami.

Wywiady w gazetach, radiu i telewizji, spotkania z autorami, recenzje, przeceny i promocyjne ceny nowości to szwedzka codzienność. Czasem strach otworzyć lodówkę...

Popularną rozrywką są kluby książkowe wśród znajomych. Spotykają się mniej więcej raz w miesiącu, żeby przy kolacji i lampce wina podyskutować o przeczytanej lekturze.

***
Jak widać, literatura jest w Szwecji jednocześnie czymś egalitarnym - bo czytają wszyscy - i prestiżowym, bo warto i modnie o niej dyskutować oraz pisać. Odwrotnie niż w Polsce. Zdaje się, że w naszym podejściu do książki musimy zmienić niemal wszystko.

 

Czuję się bardzo zachęcona do przeczytania Szwecja czyta, Polska czyta!

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci