Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

Przez bardzo duże R

bookfa

Jak cię zabić, kochanie?

Alek Rogoziński

Filia, 2016, stron 335

Po przeczytaniu pierwszej powieści Alka Rogozińskiego nie mogłam się oprzeć porównaniu jej do książkek Joanny Chmielewskiej z czasów jej świetności, czyli czasów Lesia, Romansu wszechczasów i Całego zdania nieboszczyka. Podobny styl i podobni bohaterowie.

Drugiej powieści, czyli dalszych przygód Joanny niestety nie przeczytałam do tej pory z powodu zamieszania, którego głównymi winowajcami są pocztowi złodzieje. Tym sposobem wbrew własnej woli przeskoczyłam od razu do Jak cię zabić, kochanie? trzeciej książki autora, która jest o niebo lepsza od tej pierwszej. U Joanny Chmielewskiej było akurat odwrotnie. Jej późniejsze dzieła są coraz słabsze, a bohaterowie już nie są roztargnieni i nierozgarnięci, a po prostu głupawi.

jakciezabic

Autor odnalazł swój styl, nikogo już nie naśladuje, stworzył nietuzinkowych bohaterów, którym zbrodnia niestraszna i wymyślił intrygę tak nieprawdopodobną, że czytając można dostać zawrotów głowy. Fabuła mieści się w ramach klasycznej komedii omyłek polegającej na gigantycznym splocie szczęśliwych i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Choć jest przewidywalnie, to nie jest nudno. Barwni, pozbawieni skrupułów bohaterowie, dowcipne dialogi z dużą dozą czarnego humoru to główne atuty tej powieści (moje absolutne faworytki to siostrzyczki zakonne z LA). Akcja toczy się częściowo w USA i tak się szczęśliwie składa, że książka ukazała się już także za oceanem.

jakcie

Kasia i Darek akurat przeżywają kryzys małżeński, kiedy na horyzoncie pojawia się amerykański spadek obwarowany pewnymi warunkami. Kasia zaczyna więc od razu planować zbrodnię doskonałą. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że zamiast morderczynią sama stanie się ofiarą.

Jak zwykle u Alka jest dowcipnie, błyskotliwie, ironicznie i groteskowo. Na wesoło oberwało się przy okazji po trochu celebrytom, politykom, duchownym, służbie zdrowia i programom serwowanym przez polską telewizję. Jestem pewna, że trudno będzie znaleźć lepszą lekturę na poprawę humoru. Rozrywka przez bardzo duże R.

9/10

 

Na koniec nie mogę się oprzeć, żeby nie zacytować samego autora (tekst kursywą). Oto historyjka o tym, jak sam kupował swoją powieść w księgarni X. Mam nadzieję, że mi to wybaczy!

Jak wiadomo zapominalstwo to jedna z moich głównych cech. Tym razem udało mi się zagubić w mrokach niepamięci fakt, że obiecałem podarować swoją książkę pewnej przemiłej pani i to w dodatku w szczytnym celu, bo na aukcję charytatywną. Poszedłem więc do księgarni, wcześniej sprawdziwszy w Internecie, że książka tam jest. Poszukałem na półce - nie ma. Poszukałem w stosach, walających się na podłodze - też bez sukcesu. Udałem się więc do punktu oznaczonego optymistycznie brzmiącym napisem "Informacja" i ozdobionego mocno znudzoną nastolatką, mającą makijaż, jakby właśnie zgarnęli ją z koncertu Behemotha , tudzież kolczyki wszędzie gdzie się dało, upodabniające ją troche do postaci z horroru "Hellraiser". Odbyliśmy tam dialog dramatyczny treści następującej:
Ja (radośnie i z nadzieją): Dzień dobry, czy mogłaby mi pani pomóc?
Pani (obrzuciwszy mnie obojętnym wzrokiem): Bry. Zobaczymy...
Ja: Szukam książki "Jak Cię zabić, kochanie?"
Pani (nieco się ożywiwszy): Fajny tytuł. Jaka kategoria? Poradnik?
Ja (nieco skonfudowany): Nie. Kryminał.
Pani (tracąc i tak nikłe zainteresowanie): A, kryminał. Pewnie Remigiusza Mroza...
Ja (wzniósłszy oczy ku niebiosom): Mój.
Pani (znów ożywiona, z nadzieją): Pan jest Remigiuszem Mrozem?
Ja (zastanawiając się, czy oby tym razem na kłamstwie nie wyszedłbym lepiej): Nie. Ale bardzo go lubię...
Pani (znów tracąc entuzjazm): A, bo jak ktokolwiek pyta ostatnio o kryminał, to zawsze o niego...
Ja (pouczająco): Ale on naprawdę nie napisał wszystkich kryminałów w naszym kraju.
Pani: No tak... Jest jeszcze Bonda i ta od wsi...
Ja (zastanawiając się, kogo dziewczynka ma na myśli, mówiąc "od wsi", i postanawiając w duchu nie wdawać się w dyskusję o mnogości polskich twórców literatury kryminalnej): A moja książka? Powinna być, a nie ma. Może pani sprawdzić...
Pani (spoglądając na komputer i zaczynając pukać palcem w klawiaturę): Jak cię udusić...
Ja: Zabić!
Pani (puka i puka; w międzyczasie zdążyłem policzyć, że ma w sumie powbijanych w różne częsci głowy 18 kolczyków): System wolno pracuje. Ale tytuł nie brzmi jakoś zbyt kryminalnie. Może leży na romansach?
Ja (zdziwiony): Jak to niekryminalnie?
Pani (nie odrywając wzroku od komputera): No to "kochanie". Jak w melodramacie...
Ja (czując się wdeptany w niezbyt czystą wykładzinę): Ale to jest komedia kryminalna!
Pani (z powątpiewaniem, cedząc słowa): Komedia...? Kryminalna...? To chyba na dziale DVD i blu-ray?
Ja (z rozpaczą): Ale to książka! Sam ją napisałem!
Pani (stanowczo): To na przyszłość niech pan pisze jakoś poważniej!
No cóż, chyba nie mam innego wyjścia.

 

 

Logika paranoika

bookfa

Na krawędzi

Krzysztof Numpsa

Novae Res, 2014, stron 227

na_krawedzi

Na krawędzi to szokująca opowieść o rozchwianym emocjonalnie alkoholiku dręczonym przez demony przeszłości, perwersyjne skłonności seksualne oraz paranoję pomieszaną z hipochondrią i poczuciem winy. Ten sfrustrowany, żałosny typ budził we mnie skrajne uczucia, od pogardy po obrzydzenie. Do czasu. Na kacu po kolejnym pijackim ciągu zmagając się z paranoicznymi lękami był już tylko żałosny i było mi go nawet żal.

Miał kompleks Polaczka, tak jak Hitler Żyda - nienawidził Polaków, bo był jednym z nich. (…) Polskie cechy narodowe – zawiść i pogarda – zjadacze energii, koniecznie musiał się od nich uwolnić.

Damian był ofiarą własnych frustracji, strachów i wręcz socjopatycznego malkontenctwa. W jakimś stopniu zapewne przyczynił się do tego wyjazd do Irlandii w poszukiwaniu tzw. lepszego życia, bo z własnych obserwacji wiem, że nie każdy odnajduje się na emigracji.

Oprócz fabuły szokujący jest także język tej powieści. Lista wulgaryzmów jest długa. Niby wszystkie je znam, ale w literaturze ciągle mnie rażą. Nie potrzebuję też epatowania pornograficznymi opisami perwersyjnego seksu. Myślę jednak, że ten brutalny, wręcz rynsztokowy język to zabieg jak najbardziej celowy. Żebym jako czytelniczka nie miała wątpliwości, że bohater powieści osiągnął dno dna, lub jak kto woli, stanął na krawędzi życiowej przepaści.

Damian zastanawiał się nad wyborem: kieliszek, czy sznurek? Pić pod sklepem, czy dyndać na drzewie? Wiedział, że istniała jeszcze jedna droga, ale żeby na nią wstąpić, musiałby wstać z łóżka rano, jako abstynent, trzeźwy, pozytywnie myślący człowiek.

Mam wątpliwości, czy książka ta może być pomocna dla kogoś kto znajduje się w podobnej sytuacji życiowej, ale myślę, że może pomóc zrozumieć logikę opętanego paranoją alkoholika. Bulwersująca i mimo wszystko pouczająca lektura.

Kursywą fragmenty powieści.

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

 

Zapiski na marginesie podróży

bookfa

Nebraska

Zbigniew Białas

Wydawnictwo MG, 2016, stron 187

Ta książka, nietypowa w literackim dorobku autora, jest owocem dziewięciu miesięcy spędzonych w USA. To bardzo osobiste zapiski. Autor nie ukrywa swoich poglądów, obaw oraz opinii o napotkanych ludziach. Ten wyjątkowo prywatny charakter notatek i brak autocenzury świadczą o tym, że pierwotnie raczej nie były przeznaczone do druku i cieszę się, że autor nie przeredagował tekstu przed publikacją. Wisienką na torcie jest bardzo amerykańska okładka.

nebraska

Dzięki Komisji Fullbrighta profesor Zbigniew Białas w 2001 roku pojechał do Nebraski, a konkretniej do Omaha studiować obszerne relacje z ekspedycji Lewisa i Clarka oraz wypraw Alexandra von Humboldta. Swoją amerykańską przygodę zaczynał od przysłowiowego zera, wynajął mieszkanie, które potem z mozołem meblował, zrobił amerykańskie prawo jazdy, kupił samochód…

Oprócz badań naukowych zdążył też objechać kawał Ameryki. Podczas wakacyjnych miesięcy w podróży po Ameryce towarzyszli autorowi żona i nastoletni syn.

 

"- I gdzie byliście?

- Nebraska, Colorado, Utah, Nevada, potem dotarlismy do Pacyfiku w Oregonie, pojechaliśmy w dół przez Kalifornię do granicy Meksyku, zahaczyliśmy znowu o Nevadę, a wróciliśmy przez Arizonę, Nowy Meksyk, Kolorado, Teksas, Oklahomę i Kansas. Tak jakoś.

- Ja to muszę wszystkim opowiedzieć. Że mam kolegę wariata, który jeździł po całej Ameryce starym gruchotem i nawet nie wykupił AAA."

 

Ameryka to dość egzotyczny kraj, nie tylko z powodu rożnorodności klimatu, ale także ze względu na obyczaje. Pełen trafnych spostrzeżeń dziennik napisany jest z dużą dozą humoru, choć nie brak w nim momentów refleksyjno-filozoficznych. Muszę w tym momencie dodać, że autor postrzega niektóre amerykańskie obyczaje inaczej niż ja. Możliwe, że moje wieloletnie miejsce zamieszkania ma na to wpływ. Dla mnie nawet Polska od jakiegoś czasu wydaje się być dość egzotyczna. Żeby nie drążyć dalej tego tematu, po prostu polecam szczególnej uwadze lekturę notatki z 2 października, a opinię Grega, amerykańskiego przyjaciela autora, potraktować w skali makro.

 

Zapiski powstały już kilkanaście lat temu, ale pewne rzeczy się nie zmieniają nawet w Ameryce, więc dziennik nie stracił na aktualności.

"Nad drzwiami wejściowymi powieszono taki szyld: „Kowboje! Przed wejściem zdrapujcie gówno z butów!” Postanowiłem zrobić zdjęcie. Zauważył to starszy mężczyzna i wyszedł pogawędzić. Stanął przed sklepem, spojrzał do góry i pokiwał głową.

- Wisi tutaj od lat i nikt nie zwraca na niego uwagi.

- To znaczy… - powiedziałem z wahaniem.

- No, po prostu nie czytają, włażą do środka z gównem na butach… No nie zdrapują wcale… - i pokręcił głową z dezaprobatą."

 

Przeczytałam Nebraskę z zainteresowaniem. Ciekawe było skonfrontować swoje własne amerykańskie doświadczenia ze spostrzeżeniami autora. Dziennik ma jedną poważną wadę, ma tylko 187 stron.

9/10

kursywą cytaty z książki

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

W oparach piżma

bookfa

Rok temu wybierałam się na spotkanie autorskie z Johanną Thydell, ale coś się wydarzyło i spotkanie odwołano. Rok później, czyli wczoraj wreszcie się odbyło. Może z resztą to i lepiej, bo Johanna zdążyła w międzyczasie wydać nową książkę i w związku z tym sporo o niej wczoraj mówiła. Nasz miejscowy szef od kultury zachował się już na dzień dobry niezbyt elegancko, bo na przywitanie odczytał ze sceny, z której od czasu do czasu zalatywało intensywnie piżmem, listę nadchodzących wydarzeń kulturalnych i brzmiało to jak niekończąca się litania. Nie miałam pojęcia, że tyle się dzieje w mojej mieścinie.

Johanna siedziała na scenie w fotelu stojącym na okrągłym czerwonym dywanie czekając cierpliwie na swoją kolej. Po zareklamowaniu imprez wszelakich moderator przystąpił do rzeczy. Fakt, że Johanna pochodzi z naszego miasta i połowa widowni znała ją osobiście nie miał znaczenia i przedstawił jej dość szczegółowy zawodowy życiorys, a potem zapytał, dlaczego zażyczyła sobie spotkania w formie dialogu zamiast zwyczajowego monologu i czy odpowiadając na pytania będzie kłamać. Uspokoiła go, że nie będzie, bo wszyscy ją tu znają, więc musi się pilnować i trzymać fantazję na wodzy.

 johanna

Przeczytała kilka fragmentów z (M)ornitologen i nie wiem, czy wybrała najlepsze momenty, czy po prostu jej kolejna powieść (pisana prawie pięć lat) jest równie doskonała jak poprzednie. Wpisałam (M)ornitologen na listę gwiazdkowych życzeń i mam nadzieję, że Mikołaj mnie nie zawiedzie.

MornitologenJohannaThydell

Słuchając Johanny i obserwując ją z widowni zdałam sobie sprawę, że od jej debiutu minął szmat czasu i z młodej dziewczyny zmieniła się w dojrzałą kobietę, która zdążyła przeżyć to i owo, a jej twórczość ewoluuje razem z nią. Nie mam na myśli warsztatu, bo ona po prostu urodziła się z wyjątkową umiejętnością pisania i już debiut dał jej prestiżową nagrodę Augustpriset, o której niektórzy pisarze marzą całe życie, a mimo to marzenie to nigdy się nie spełnia. Jej się spełniło zanim jeszcze zdążyła zacząć marzyć. Szczęściara!

Miałam kiedyś nadzieję, że przetłumaczę jej debiutancką powieść Gwiazdy świecą na suficie, ale niestety poległam. Nie przebiłam się przez ten mur i nie udało mi się nikogo tą powieścią zainteresować. Siedziałam więc sobie w oparach piżma z poczuciem porażki, które zawsze powraca kiedy tylko pomyślę o Johannie.

Thydell pisze powieści dla młodzieży, które chętnie czytają też dorośli. Planuje kolejną. Doszła jednak do, jak to określiła, punktu w którym narrację powieści przekaże osobie dorosłej, czyli dołączy do tzw. autorek cross over, co jest ostatnio dość częstym zjawiskiem, żeby nie powiedzieć modne.

Moderator prowadził spotkanie jak dialog towarzyski na kanapie we własnym pokoju stołowym, zakończył wywiad pytaniem jakim ptakiem jest Johanna, a potem wręczył jej w prezencie słoik miodu z pobliskiej pasieki.

Takie to było spotkanie z pisarką Johanną Thydell.

 

O wyższości pierwszego czwartku nad czwartym

bookfa

Matematyka pokonała literaturę. Po prostu nie chce mi się wierzyć, że coś takiego mogło się zdarzyć. A jednak!

Literacki Nobel będzie przyznany tydzień później niż zwykle. Zwyciężyła matematyka! Takie coś jest możliwe chyba tylko w Szwecji. Zasada jest taka, że szacowne jury spotyka się zwykle w cztery czwartki pod rząd. Przy czym pierwszy czwartek to ten przedostatni we wrześniu, czyli w tym roku 22 września. Podczas ostatniego, czwartego spotkania zapada decyzja, kto zostanie szczęśliwym laureatem, która jest następnie ogłaszana całemu światu, którego część czeka na nią z zapartym tchem, na granicy uduszenia się z braku powietrza. Zamiast przesunąć pierwszy czwartek na tydzień wcześniej, żeby ten ostatni przypadł w tzw. tygodniu noblowskim, czyli wtedy kiedy ogłasza się wszystkie nagrody, zdecydowano zacząć zgodnie z tradycją, a skończyć tydzień po ogłoszeniu wszystkich innych nagród. Jeden z członków Akademii Per Wästberg oznajmił, że nie ma powodu do niepokoju, bo to po prostu "czysta matematyka". Ja bym jeszcze dodała, że to próba podkreślenia boskości Akademii Szwedzkiej przez samą Akademię. W związku z tym, że pierwszy czwartek okazał się ważniejszy od czwartego czwartku na werdykt poczekamy jeszcze kilka dni.

 

sessionsrummet_svenska_akademi

                                                               miejsce obrad Akademii Szwedzkiej (Svenska Akademien)

 

Przejrzałam bukmacherskie rankingi i faworytami są Murakami (jak zwykle) i Adonis. Myślę, że ten drugi ma spore szanse, bo od lat literacki Nobel jest przesiąknięty polityką, a Adonis świetnie wpisuje się w obecne trendy wielkiej polityki. Polska może mieć większe szanse za rok, bo to co się teraz u nas dzieje zostało zauważone w Szwecji, dość uczulonej na kwestie równouprawnienia kobiet w społeczeństwie. Dwa nazwiska są na liście kandydatów do nagrody od lat: Olga Tokarczuk i Adam Zagajewski.

Nie wiem, czy wiecie, że KAŻDY może zgłosić kandydata do nagrody? Wystarczy wysłać przekonywujący list motywacyjny wraz z nazwiskiem swojego kandydata i wysłać go na adres Akademii Szwedzkiej. Jednak okres leżakowania na liście kandydatów wynosi od kilku do kilkunastu lat...

Najnowsza powieść Mariusza Zielke szuka czytelników

bookfa

 

Kopiuję za booklips.pl:

Pisarz Mariusz Zielke poinformował, że prawnicy próbują zablokować wydanie jego najnowszej powieści. Jak przypuszcza, zbierając dokumentację, musiał natrafić na coś, na co nie powinien trafić. „Nie mogę pozwolić na takie bezprawie, choćbym miał postawić na szali swoje życie” – mówi. Bojąc się blokady sądowej, zdecydował się opublikować tekst książki bezpłatnie w Internecie.

zielke_dubel1

Jak sam autor przyznaje, historia jego książki sama mogłaby stanowić kanwę kryminału Stiega Larssona. We wrześniu 2015 roku pewien bogaty biznesmen posiadający firmę o kilkusetmilionowych obrotach i własne wydawnictwo zamówił u Mariusza Zielke, byłego dziennikarza śledczego, a obecnie autora thrillerów, powieść, która miała opisywać atak bandytów na owego mężczyznę i porwanie członka jego rodziny.

„Sprawa była intrygująca, więc podjąłem się jej opisania” – pisze Zielke. „W trakcie analizy akt sądowych, zbierania materiałów, wywiadów zorientowałem się, że mam do czynienia ze sprawą znacznie poważniejszą niż porwanie: dotykającą korupcji na najwyższych szczeblach w formacjach mundurowych, różnych machinacji w służbach itd., wreszcie serii niewyjaśnionych morderstw. Ponieważ nie jestem już dziennikarzem, nie miałem ambicji, by rozwiązać te zagadki (choć mnie strasznie korciło), ale w powieści postawiłem różne teorie (zmyślone) na ich temat. Bardzo wyraźnie zaznaczam, że nikogo prawdziwego nie opisywałem. Wszystkie postaci zmyśliłem. W 11 miesięcy stworzyłem powieść kryminalną, która bardzo podobała się pierwszym jej recenzentom i wydawcy”.

I wtedy zaczęły się schody. Z nieznanych powodów prawnik biznesmena zaproponował pisarzowi umowę, zgodnie z którą mógł zamrozić wydanie powieści na 25 lat, choć miała ukazać się w listopadzie 2016 roku. Po serii maili i telefonów udało się wypracować ugodę: biznesmen zgodził się, żeby książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca, z którym Zielke współpracował przy swoich poprzednich tytułach. Po kilku dniach autor musiał jednak wycofać propozycję wydawniczą. „Biznesmen wystąpił do mnie z niezrozumiałymi żądaniami (takich zmian w książce, że praktycznie musiałbym ją napisać od nowa oraz częściowego zwrotu pobranych za napisanie książki zaliczek, które wydałem na bieżące potrzeby). Nie miałem pieniędzy, by mu oddać zaliczki, musiałem więc zerwać umowę z Czarną Owcą. Zrobiłem to i przekazałem mu powieść do wydania. Wtedy jego prawnik napisał, że już nie jest zainteresowany wydaniem powieści i że ja nie mogę jej nigdzie indziej wydać. Zaproponował mi umowę, której konsekwencją byłaby niemożność wydania powieści przez 50 lat. Dostałem ultimatum, że tę umowę mam podpisać do końca sierpnia, inaczej będzie źle. No i już wiem, że będzie” – pisze Zielke.

Z korespondencji, jaką autor publikuje na swoim profilu na Twitterze, wynika, że prawnik wraz z biznesmenem pojawiali się u niego w hotelu „nosząc ostentacyjnie broń palną”, wydzwaniają do jego wydawcy i zapowiadają roszczenia sądowe. Zielke nie chce na razie ujawniać nazwiska biznesmena. „Najgorsze jest to, że to nie biznesmen jest moim prawdziwym przeciwnikiem. Mam wrażenie, że ktoś usiłuje nim manipulować (lub ktoś go szantażuje) – przy czym to tylko moje wrażenia (opinia na podstawie maili, które dostawałem), nie wiem, jak jest naprawdę. Ja podejrzewam, że to bardzo niebezpieczni ludzie, których interesy w jakiś sposób naruszyłem powieścią” – pisze Zielke.

Zdając sobie sprawę, że proces pociągnie za sobą sądowe zablokowanie książki, autor zdecydował się opublikować ją za darmo w sieci. „To nie jest żadna ściema, żadna akcja marketingowa. Zadarłem z niebezpiecznymi ludźmi, dotykam groźnych tematów. Ale tego się nie boję. Taka moja praca” – tłumaczy. Namawia jednak wszystkich do nagłaśniania tematu, bo wie, że wtedy ci ludzie – „nie biznesmen i prawnik, których się nie boję, tylko ci naprawdę źli” – będą obawiali się działać poza prawem. „W sądzie sobie poradzę. Racja jest w 100 procentach po mojej stronie” – zapewnia Zielke.

Powieść nosi tytuł „Dla niej wszystko” i jest dostępna w trzech formatach (epub, mobi i pdf) na następujących stronach autora: www.stopcenzurze.pl, www.zielke.com.pl, dlaniejwszystko.pl.

 

***

Wspieram autora. Książkę pobrałam z sieci i będę czytać, a potem podzielę się wrażeniami na blogu. Zachęcam Was do tego samego. Wiem, że to zabrzmi jak tekst z kryminalnej powieści, ale myślę, że rozpowszechnianie jej może okazać się gwarancją bezpieczeństwa dla autora.

Tak musiał się czuć Kolumb jak odkrył Amerykę

bookfa

Wbrew pozorom nie będzie to wpis geograficzny, ani o konkretnej książce, ale o tym co można zrobić z książkami.

Jakiś czas temu dostałam propozycję wysłuchania audiobooka, ale nie takiego zwykłego, gdzie czyta jeden lektor, a słuchający po jakimś czasie zostaje tym monotonnym czytaniem po prostu uśpiony, tylko czegoś, co określa się mianem SUPERPRODUKCJA. Nie chciałabym tu zrobić nikomu przykrości, ani tym co uwielbiają audiobooki, ani lektorom, którzy choć dają z siebie wszystko, czasem to i tak niestety okazuje się być za mało, żeby słuchacz nie uciął sobie choćby krótkiej drzemki.

Tym razem chodziło o coś, co jak wspomniałam wcześniej, nazywa się superprodukcją. Podeszłam do tego ostrożnie, bo jak coś ma „super” w nazwie, może okazać się jednak czymś zupełnie innym w użyciu.  Znam to niestety z autopsji.

Pierwszą superprodukcją, której wysłuchałam była powieść Jo Nesbø Karaluchy. No cóż, po prostu genialne! Aktorzy tak starannie dobrani do ról, że lepiej by się po prostu nie dało, nawet gdyby ktoś się uparł i chciał udowodnić światu, że da się to zrobić lepiej. Od razu mówię, że się nie da. Po prostu nie ma takiej możliwości.

 

Nesbo__Karaluchy__SUPERPRODUKC1

 

Szokiem była dla mnie Iza Kuna, której do końca w ogóle nie rozpoznałam. Co ta dziewczyna wyrabia ze swoim głosem przechodzi ludzkie pojęcie! Miarą mojego zachwytu niech będzie fakt, że wrzuciłam sobie tę superprodukcję do mp3 i słuchałam tyle razy, że umiem już nawet część dialogów na pamięć. Narracja Bonaszewskiego i tzw. udźwiękowienie też najwyższej próby. Reżyserem tej superprodukcji jest Krzysztof Czeczot.

I tak ja, która od lat nie dałam rady żadnemu audiobookowi nagle pokochałam superprodukcje. Ktoś trochę starszej daty pewnie dobrze pamięta Codziennie powieść w wydaniu dżwiękowym w „trójce”. To było też coś równie fantastycznego. Mam nawet nagrane na radzieckie kasety całe Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Nie mam jednak na czym odtworzyć, a nawet gdybym miała to nie jestem pewna, czy by się jeszcze dało.

superpr.colage

Tak odkryłam superprodukcje. Zaczęło się od Karaluchów Nesbø, potem było Lśnienie Kinga, Ojciec chrzestny Puzo. Marzy mi się jeszcze Święty chaos Harasimowicza, Filip Tyrmanda, Powstanie Warszawskie Ciszewskiego i Gra o tron Martina.

11/10

Koniec wakacji czas przyjąć do wiadomości i powrócić do rzeczywistości

bookfa

W tym roku było nie tylko bardzo książkowo, ale także niezwykle towarzysko, za co bardzo wszystkim, których miałam przyjemność spotkać, dziękuję.

Gdynia mnie nie przestaje zadziwiać. Pięknieje z roku na rok. Niedawno przybyło jej jedno fantastyczne miejsce: Gdyńskie Centrum Filmowe. Prawdziwe cacko architektoniczne, a w nim wszystko czego mi trzeba; trzy sale kinowe z doskonałym repertuarem, klimatyczna kawiarnia, restauracja z wyszukanym i filmowo brzmiącym menu oraz wyjątkowa księgarnia. POLECAM!

Poza tym, dzięki pisarce Iwonie Banach, dowiedziałam się, że jestem zastrońcem.

Iwona_Banach

No i jak przystało na zastrońca zrobiłam sobie spory zapas stron na najbliższe miesiące, chociaż nie wszystkie ze mną dojechały do domu. Niektóre jak zwykle pomieszkają najpierw u mojej mamy.

books_lato2016

books2lato2016

books3lato2016

 

Plus jedna wirtualna: Vernon Subutex 2. Jeżeli ktoś czytał mój wpis o tomie pierwszym to wie, że serce bije mi szybciej na samą myśl o tym, co mnie czeka dzięki Valerie Despentes!

VernonSubutex2

 Chyba jestem gotowa na długie jesienne i zimowe wieczory.

 

 

 

Dziesięć lat z życia miasta cudów

bookfa

Michał Piedziewicz

Dżoker

Wydawnictwo MG, 2016, stron 491

 

W tej powieści wszystko jest retro, począwszy od sposobu narracji poprzez wątek kryminalny, obyczaje oraz opisy budującej się Gdyni. To wszystko składa się na jej specyficzny i niepowtarzalny klimat. Nie jest to jednak powieść sensacyjna. Jest to opowieść o ludziach i mieście, które szybko się rozwija mimo światowego kryzysu i postępującej faszyzacji Europy.

Michał Piedziewicz Dżoker

Bohaterowie powieści Dżoker są zwykłymi ludźmi, którzy przyjechali do Gdyni w poszukiwaniu innego, lepszego życia. Niewielka rybacka wioska tonąca w błocie błyskawicznie zmienia się w nowoczesne miasto, które przybysze uważają za swoją życiową szansę. Rozwój miasta wiąże się z ekspansją ekonomiczną, która z kolei rodzi korupcję i sprzyja nielegalnym interesom oraz przestępczości. Żadnego z tych elementów nie zabraknie w powieści. W prologu pojawia się wiele postaci, które potem w retrospekcyjnej opowieści nabierają wyrazistości i charakteru, podobnie jak piękniejąca z dnia na dzień Gdynia, którą można podziwiać na archiwalnych fotografiach zamieszczonych w książce.

To tu przecinają się ścieżki pięknej pracownicy poczty Łucji, młodego urzędnika z ambicjami dziennikarskimi Adama Grabskiego, żądnego awansu podkomisarza Kowalskiego oraz przemytników Wilczyńskiego i Kotkowskiego, a także wielu innych barwnych postaci.

Powieść Piedziewicza doskonale oddaje koloryt tamtej epoki, a fakty zgrabnie przeplatają się z literacką fikcją. I choć jest to książka przede wszystkim o Gdyni, to nie brakuje w niej wzmianek o innych polskich miastach: Gdańsku, Sopocie, Krakowie i Krynicy oraz świetnie zarysowanego tła historycznego.

Jest jednak jedno małe ale… Daje się zauważyć, że powstanie powieści poprzedził bardzo staranny research. Szkoda, że go nie wykorzystano w postaci porządnych przypisów wyjaśniających gdzie np. znajdował się gdyński Pekin, czy Meksyk. Fotografiom zamieszczonym w książce przydałby się też większy format i bardziej wyczerpujące opisy.

Akcja powieści Dżoker toczy się w latach 1929 – 1939.  Dalsze losy bohaterów, aż do lat 70- tych opisane w powieści Domnino, czekają jeszcze na przeczytanie. Sama sobie zazdroszczę ponownego spotkania z powieściowymi bohaterami.

 

9/10

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

Morze, piasek i książki

bookfa

Już za niecałe trzy tygodnie będziemy mieć okazję spotykać się po raz czwarty, a ja po raz pierwszy będę miała przyjemność przyjść po prostu jako uczestniczka, z czego się bardzo cieszę.

W tym roku główną organizatorką jest Ana, nasza spotkaniowa fotograf, która kiedyś była jedną z blogerek znanego bloga o książkach Misja k.s.i.ą.ż.k.a. Można się spodziewać, że będzie to nieco inna impreza niż poprzednie, ale będzie tradycyjna wymiana książek, quiz i inne niespodzianki książkowe przygotowane przez niektóre z wydawnictw, które wspierały nas książkowo także w poprzednich edycjach imprezy oraz przez zupełnie nowe.

Aktualne informacje o imprezie są dostępne na fejsie jako wydarzenie:

nad_morze

Mamy przyjemność zaprosić blogerów i blogerki piszących o literaturze, aktywnie komentujących te blogi oraz autorów i autorki, czyli tworzących literaturę o której piszemy, na czwartą edycję corocznych spotkań nad morzem! Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego prosimy o przesłanie do końca czerwca wiążącego zgłoszenia udziału na maila:

sopockiespotkania@gmail.com

Udział w imprezie jest bezpłatny. Pamiętajcie, że decyduje kolejność zgłoszeń.
W mailu prosimy o podanie:
* imię i nazwisko,
* adres(y) strony www (bloga, kanału youtube, instagrama etc.) lub nicka komentującego (w przypadku zgłoszeń od czytelników blogów)
* numeru kontaktowego do siebie (będzie znany tylko głównym organizatorkom na wypadek jakichkolwiek nieprzewidzianych sytuacji).

Spotykamy się 9 lipca o godz. 13:00 w Mesa Restaurant (ul. Hestii 3, Sopot). Mesa zapewnia widok na morze oraz dobrą kuchnię dla głodnych nie tylko literackich wrażeń (sprawdźcie menu), miasto Sopot - dużo słońca, sponsorzy – książkowe upominki, a my – organizatorki – program sprzyjający bliższemu poznaniu się i upolowaniu fajnych tytułów podczas wymiany książkowej. Oprawę fotograficzną zapewni nam Kaja Balejko Photography (zobaczcie jej zdjęcia!).

Aby umilić te 3 tygodnie, jakie zostały do naszego zjazdu, pracownia Mana Mana przygotowuje dla nas niespodziankę - specjalną torebkę dla miłośniczki dobrych książek. Będzie to torebka:
a) pojemna
b) z kieszonką na książkę
c) modna i oryginalna

W tej chwili Marcelina Rozmus, niepodzielnie rządząca Manownią, projektuje i konstruuje prototyp.

A więc, co należy zrobić, żeby spakować książki znad morza do przemanowej torby?
1. Napisz w kilku zdaniach, JAK SIĘ PAKUJESZ I CO ZABIERASZ NA NASZE SPOTKANIE NAD MORZEM? (max 100 słów)
2. Wyślij tekst na maila sopockiespotkania@gmail.com z dopiskiem "konkurs" do północy 7 lipca
3. Przyjedź na spotkanie i dobrze się baw!

Wśród nadesłanych odpowiedzi Marcelina wybierze najciekawszą, najzabawniejszą, a może najbardziej wzruszającą odpowiedź. W konkursie mogą wziąć osoby, które się zgłosiły na spotkanie i otrzymały potwierdzenie od organizatorek. Nagrodę wręczymy podczas spotkania 9 lipca.

 

Do zobaczenia!

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci