I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...
Zakładki:
Lubię wiedzieć co czyta:
Miejsca w sieci
Wszystkie tytuły
Wydawnictwa
WYGRAJ SOBIE KSIążKę
Zakupy
Wydawnictwa zaprzyjaźnione

Tylko szwedzka muzyka
MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Każdy gość się liczy...
Counter
Dziękuję za wizytę i zapraszam ponownie

Kontakt ze mną:
bookfaMALPAhotmail.se

NIE dla ACTA!

Johan Theorin Zaprzyjaźnione strony Co czytać?

Tu kupuje mi się najlepiej:

***

Popieram Internet Bez Chamstwa Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

sobota, 19 maja 2012

Damian Dibben

Strażnicy historii. Nadciąga burza

Egmont, 2012, stron 328

Damian Dibben, brytyjski scenarzysta filmowy zadebiutował w ubiegłym roku powieścią dla młodzieży „Strażnicy historii. Nadciąga burza”. Jest to pierwsza część, zapowiadanego przez autora, większego cyklu przygodowo-historycznego, która tempem i zwrotami akcji kojarzy mi się z przygodami Indiany Jonesa. Opiera się na pomyśle starym jak świat, ale sprawdzonym, czyli walce dobra ze złem. Do tego humor, przyjaźń, miłość i cała galeria wyjątkowo barwnych postaci.

To druga powieść fantasy, którą przeczytałam w ostatnim czasie. Poprzednią była książka Suzanne Collins „Igrzyska śmierci”, do przeczytania której, namówiła mnie córka. Poszłam jakby za ciosem, bo ta pierwsza spodobała mi się na tyle, że nabrałam ochoty na jeszcze trochę fantasy. Po przeczytaniu tej drugiej coś mi się stało. Okazuje się, że zostało jednak gdzieś tam we mnie jeszcze trochę dziecięcej fantazji i nagle moja wyobraźnia ruszyła z kopyta. Okazało się, że fantasy w wersji soft czyli bez wampirów, wilkołaków i tym podobnych bestii da się czytać, a nawet może mi się podobać. Podoba się z resztą nie tylko mnie, bo wytwórnia Working Title zakupiła prawa do jej sfilmowania i autor powieści pracuje teraz nad scenariuszem opartym na jej podstawie. Można się spodziewać kolejnego hitu kinowego dla widowni młodszej i starszej.

Jake Djones, całkiem zwyczajny londyński piętnastolatek dowiaduje się nagle, że jego rodzice zaginęli i nie wiadomo dokładnie w jakim miejscu na ziemi i historii się znajdują. Jake nie może uwierzyć, że jego rodzice, właściciele kiepsko prosperującego sklepu z wyposażeniem łazienek są agentami Tajnych Służb Straży Historii i zaginęli w akcji, w szesnastowiecznej Wenecji. Jake przenosi się do XIX-wiecznej Francji, do głównej siedziby strażników historii czyli Punktu Zero. To stamtąd agenci Straży Historii przenoszą się w czasie i przestrzeni aby przeciwdziałać próbom różnej maści złoczyńców, którzy próbują manipulować dziejami świata. Jake wraz z nowopoznanymi Charliem, Topaz i Nathanem rusza śladami rodziców. Towarzyszy im niezwykłe ptaszysko, Pan Drake. W trakcie tej misji, podróżując w czasie, współczesny, lekko strachliwy nastolatek przeistacza się w superbohatera.

 

„Strażnicy historii” to bardzo wciągająca lektura. Wartka akcja od samego początku, aż strach przewracać strony, bo każda kolejna, to mrożąca krew w żyłach sytuacja, zdawałoby się, bez wyjścia. A to ktoś wisi nad przepaścią, przytrzymując się krawędzi jedną ręką, a to ktoś za chwilę zostanie pożarty przez jadowitego węża... Oprócz przygody trochę interesujących faktów historycznych, taka zupełnie bezbolesna lekcja historii.

Bardzo przypadła mi do gustu niezwykle aksamitna w dotyku okładka powieści, ale jednocześnie żałuję, że powieść nie kończy się spisem treści. Uważam, że to bardzo przydatny dodatek przy powieściach złożonych z rozdziałów zaopatrzonych w tytuły. Pomysł na trailer na youtube też mi się podoba, choć skromny, to dla wzrokowców (czyli mnie) łatwo zapadający w pamięć.

Na grzbiecie książki uspokajający tekst: tom I. Całe szczęscie, bo ja czekam na więcej.

7/10

piątek, 18 maja 2012

Bardzo żałuję, że nie będę w pobliżu i, że w ogóle mam trochę daleko na trzecie piętro do Traffic Clubu na Brackiej w Warszawie. Szykuje się bardzo interesująca impreza, na którą pozwolę sobie zaprosić chętnych w imieniu Wydawnictwa PWN:

sobota, 12 maja 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk

rozmawia z czytelniczkami

Cukierni pod Amorem

PWN, 2012, stron 370

PWN przyklasnął pomysłowi Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i dzięki temu powstała ta dość niezwykła książka. Autorka zaprosiła na pogawędkę pięć czytelniczek Cukierni pod Amorem.

 

Nie wiem czemu akurat padło na te czytelniczki, a nie inne, bo wybierać na pewno było w czym. Myślę, że czytelniczki tej trylogii można liczyć na tysiące. Wyborowi nie można jednak nic zarzucić. Przed komputerami zasiadły panie, które rzeczywiście mają do powiedzenia coś interesującego. Na początku książki autorka przezentuje swoje rozmówczynie i jedyne czego zabrakło mi w tej prezentacji, to ich wiek. Wbrew pozorom, nie jest to bez znaczenia.

We wstępie autorka pisze tak: "istnieje kilka sposobów, aby wyjść ze sztywnych ram własnego widzenia świata i ograniczeń, jakie ono powoduje. Najbardziej przydatne wydają się czytanie książek oraz rozmowa. A rozmawiamy chyba coraz mniej, zajęci nowymi technikami komunikowania, które albo stawiają nas w roli konsumenta komunikatu, albo jego nadawcy, z rzadka jednak pozwalają na faktyczne porozumienie z drugim człowiekiem. Zwłaszcza portale społecznościowe tworzą pozory wymiany myśli. Uparcie trwam na stanowisku, że nic nie zastąpi kontaktu z prawdziwym, żywym człowiekiem, magii, jaka wytwarza się, kiedy patrzymy drugiej osobie w oczy, kiedy, często podświadomie, czytamy jej niewerbalne komunikaty."

Czy aby na pewno? Pozwolę sobie, nie zgodzić się z autorką. Ta książka jest tego dowodem. Wcale nie trzeba sobie patrzeć w oczy, żeby prowadzić interesujące rozmowy. Wystarczy komputer, MOW i już! To właśnie nowe techniki komunikowania się stwarzają niespotykane dotąd możliwości poznawania ludzi, nawet na drugim krańcu świata. W ten sposób poznałam właśnie jedną z rozmówczyń autorki, Kasię i to z nią, przez internet, prowadzę  od czasu do czasu fantastyczne pogawędki o książkach, filmach i teatrze.

Na końcu wstępu i w dedykacji autorka napisała, aby, otwierając książkę przyłączyć się do rozmowy. Bardzo żałuję, że to nie było możliwe. Aż się rwałam żeby wtrącić swoje trzy grosze do tej pogawędki, a mogłam ją właściwie tylko „podsłuchiwać”.

Przeczytałam całość z zainteresowaniem, zwłaszcza, że jedną z rozmówczyń jest moja dobra, internetowa znajoma, Kasia. Przyznam się, że wadą tej książki jest, że jest w niej za mało Kasi. W jednym z rozdziałów nie zabrała głosu wcale! Panie rozmawiają właściwie o wszystkim, o szczęściu, uczuciach, przyjaźni, rozstaniach, rodzinie, pasjach, religii, polityce, snach, Polsce i Polakach. Od czasu do czasu także o książkach, bo czy możliwe jest, żeby mole książkowe choćby mimochodem o nich nie wspomniały?

Jedne tematy zainteresowały mnie bardziej, inne trochę mniej, ale w każdym rozdziale roiło się od myśli pozłacanych, z których niektóre wydrukowano „ku pamięci” powiększoną czcionką. Bardzo interesujący jest rozdział o Polsce i Polakach. Podobało mi się, że wszystkie panie potrafiły mówić na ten temat bez zbędnego patosu, snując przy okazji nostalgiczne, PRL-owskie wspomnienia z dzieciństwa.

Ostatni fragment książki to "Moje pytanie do Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk" czyli pytania, które zadały pisarce internautki. Megii24 zadała tych pytań (niebanalnych) więcej niż jedno i złożyły się one na bardzo interesujący wywiad z autorką.

Jestem za tym, żeby powstały kolejne tego typu książki. Chętnie poczytałabym podobne rozmowy np. o książkach czy filmach.

7/10

Wydawnicwtu PWN bardzo dziękuję za podesłanie przedpremierowego egzemplarza książki i z dedykacją autorki.

wtorek, 08 maja 2012

Jussi Adler-Olsen

Journal 64

Bra Böcker, 2012, stron 415

 

Dukając po duńsku, mozoląc się z angielskim, węszyłam w sieci, co tam słychać u mojego jednego z dwóch, wyjątkowo ulubionych pisarzy. Nie ukrywam, że wytropić czegoś bardzo aktualnego się nie dało. Nawet autorska strona pisarza lekko kuleje. Nie ma tam też żadnych pocieszających wieści, że kolejny tom o Departamencie Q się pisze. Wygląda raczej na to, że autor jest zajęty odbieraniem kolejnych nagród, bo gdzie tylko pojawi się przekład jego powieści, tam zaraz, jak z rękawa, sypią się kolejne nagrody i wyrazy uznania. Ostatnio w Niemczech, Szwajcarii i Japonii. Czyżby z tego powodu brakowało czasu na pisanie?

Doszperałam się za to dwóch kolejnych, wcześniejszych książek autora, oprócz debiutanckiego Alfabetu, napisanego w 1997 roku. W 2003 napisał Og hun takkede guderne, a w 2006 Washington dekretet. Niestety, ani jedna, ani druga nie ukazała się do tej pory w jakimś zrozumiałym mi języku.

Journal 64 to historia oparta częściowo na faktach. Departament Q, czyli znane z trzech wcześniejszych powieści trio: Carl, Assad i Rose zajmują się kolejną starą sprawą. Zaginięciem ponad dwadzieścia lat temu, starszawej burdelmamy nikt się wtedy dostatecznie nie przejął i sprawa została nierozwiązana. Kiedy akta sprawy trafiają w ręce Rose, śledztwo rusza nieoczekiwanie z miejsca. Dociekliwa Rose odkrywa, że w tym samym czasie zaginęło więcej osób. Jednak dopiero karta pacjenta nr 64 pozwoli rozwiązać tę zagadkę. Historia okaże się bardziej skomplikowana niż się na początku wydawało, znajdą się też ludzie gotowi na wszystko, żeby dalej pozostała nierozwiązana.

Jak to zwykle bywa w powieściach Jussiego Adlera-Olsena, teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Tak więc, oprócz śledztwa prowadzonego przez Departament Q, powoli, po kawałeczku, dowiadujemy się co się wtedy stało. Na wyspę Sprogø (widoczna na zdjęciu poniżej), przez wiele lat wysyłano kobiety, które oceniano jako niebezpieczne lub niepożądane w społeczeństwie. Skazane na bezterminową izolację i zapomnienie egzystowały tam w nieludzkich warunkach. Jedną z tych kobiet jest bohaterka powieści, Nete. Udało jej się wydostać z wyspy i zacząć nowe życie. Kiedy dopadły ją demony z przeszłości, to co starała się ukryć i zapomnieć nagle rujnuje jej z trudem ustabilizowane życie. Wymyśliła więc iście diabelski plan definitywnego rozprawienia się z przeszłością, raz na zawsze.

Tylko to wystarczyłoby na interesującą powieść sensacyjną i gdyby autorem nie był Jussi Adler-Olsen, tak by pewnie było. Jednak autor oprócz tego serwuje ciąg dalszy historii strzelaniny, w której Carl został ranny, a także śledztwo z 1978 roku, w sprawie śmierci w niewyjaśnionych okolicznościach, stryja Carla.  Dochodzenie może być wznowione, ponieważ pojawiły się nowe fakty, a w związku z tym dwóch podejrzanych, sam Carl i jego kuzyn Ronny. Do tego wszystkiego porcja perypetii sercowych i rodzinnych Carla oraz kilka kolejnych tajemnic Rose.

Wszystko kończy się efektownym, iście filmowym finałem, a ponieważ nie wiem, czy autor pisze kolejną historię o Departamencie Q, porządnie się bałam, czy czasem nie zamierza uśmiercić głównych bohaterów. Krótko mówiąc, kolejna doskonała powieść Jussiego Adlera-Olsena.

 10/10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Szybki cash

Tre Vänner Produktion AB, 2010

 

Premiera filmu ”Szybki cash” odbyła się w 2010. W sierpniu tego roku odbędzie się premiera Szybki cash II, drugiej części planowanej trylogii filmowej opartej na trzech powieściach Jensa Lapidusa: Szybki cash, Zimna stal i Życie delux, stanowiących tzw. trylogię Stockholm Noir.

Biorąc pod uwagę datę premiery, dość późno obejrzałam część pierwszą, ale zdążyłam jednak przed premierą „dwójki”. Film bardzo mi się podobał, więc „dwójkę” obejrzę zdecydowanie szybciej. Co prawda reżyser się zmienił, ale nie sądzę, żeby to zaszkodziło filmowi, o ile scenariusz będzie wierny powieściom Lapidusa.

Jens Lapidus to oryginalny pisarz, z zawdodu prawnik, czynny zawodowo adwokat. Pisanie traktuje bardziej jako hobby niż zawód. Szybki cash, Zimna stal i Życie delux to opowieści o sztokholmskim półświatku. Z nowatorskich językowo powieści, którymi autor nieźle namieszał w środowisku ludzi pióra, zachwycił krytyków i czytelników, powstał świetny film, w niczym nie przypominający hollywodzkich, ani żadnych innych, dość powszechnie dziś już znanych, szwedzkich produkcji kryminalnych. Nie ma tu żadnego alkoholizującego się i skłóconego z życiem policjanta, żadnego śledztwa po omacku ani żadnego nagłego przełomu w sprawie. Są za to ponad dwie godziny trójwątkowej opowieści o sztokholmskiej przestępczości zorganizowanej i życiu zblazowanej złotej młodzieży.

JW, ubogi, zdolny i naiwny do granic możliwości student prestiżowej szkoły handlowej zakochany w dziewczynie z wyższych sfer musi za wszelką cenę zdobyć pieniądze, żeby dorównać poziomem życia swoim uczelnianym kolegom. Zaczyna dorabiać jako taksówkarz na czarno, a potem wplątuje się w narkotykowe interesy i porachunki gangów. Naiwnie wydaje mu się, że ma ciągle kontrolę nad swoim życiem i sytuacją. Jorge, latynoski kryminalista ucieka z więzienia. Zaplątany w interesy serbskiej mafii, postanawia jak najszybciej opuścić Szwecję. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem. Mrado, zawodowy morderca, który musi nagle zająć się swoją kilkuletnią córką, postanawia zakończyć swoją „pracę” i wrócić do ojczyzny. Przed nim ostatnie zadanie: zabić Jorge. Los niespodziewanie połączy tych trzech, a finał tej historii nie będzie wesoły.

Szczególną uwagę zwróciłam na niepozorną zdawałoby się rólkę, Lovisy, ośmioletniej córki Mrado, zagraną rewelacyjnie przez Leę Stojanow.

foto: Filmcafe.se

Wartka akcja, surowe dialogi i niemal dokumentalna forma przekazu, to duże zalety tej ekranizacji.

8/10

czwartek, 26 kwietnia 2012

Neil Gaiman

Koralina

Epix Bokförlag AB, 2011, stron 192

Koralina ma swoje kolejne pięć minut. W 2002 została wydana książka, w 2009 powstał film, a zaraz po nim także teatralne adaptacje.

Nasz gdański kolega zrobił mojej młodszej córce urodzinowy prezent w postaci biletów na spektakl w gdańskim teatrze Miniatura. Poszłyśmy więc do teatru obejrzeć teatralną wersję Koraliny i wyszłyśmy z niego bardzo ukontentowane. Inscenizacja bardzo nam się podobała. Potem, zajadając się lodami w Galerii Bałtyckiej, moje rozgorączkowane dziecko opowiadało mi z zapałem co lepsze fragmenty po raz kolejny. To, że podczas przedstawienia siedziałam obok, nie miało żadnego znaczenia.

Teraz trafiła do rąk czytelników komiksowa wersja Koraliny. Świetne ilustracje pobudzające wyobraźnię idealnie współgrają z dość niesamowitą fabułą.

Koralina wprowadza się do starego, zaniedbanego domu wraz z rodzicami, którzy zajęci pracą nie poświęcają córce tyle czasu ile ona by chciała. Koralina zaczyna więc wędrówki po domu i wgłąb zapuszczonego ogrodu. W czasie jednej z wypraw po domu trafia na tajemnicze drzwi, prowadzące podobno do nikąd. Kiedy odkrywa, że trafia do świata podobnego do tego, w którym mieszka, z drugimi, na pierwszy rzut oka, bardziej troskliwymi rodzicami ma zamiar tam zostać. Jednak szybko przekonuje się, że to tylko pozory i postanawia wrócić do swojego prawdziwego domu. Tam odkrywa, że rodzice zniknęli. Odzyskanie ich oznacza bezwzględną walkę na śmierć i życie z "drugą" matką.

Jak to zwykle w bajkach bywa, nawet tych najstraszniejszych, wszystko skończy się dobrze, choć nie ten przewidywalny koniec jest najważniejszy, tylko to co się wydarzy zanim „będą żyli długo i szczęśliwie”.

6/10

 

sobota, 21 kwietnia 2012

Nie chce się wierzyć, ale od konferencji pod tym tytułem minął już tydzień!

Wyruszyliśmy w drogę w mglisty poranek. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów zmieniały się bajeczne widoki za oknem. Resztki mgły snuły się nad lasem, opierając się o wierzchołki sosen, a jezioro Vettern chmury przykrywały tak szczelnie, że nawet wyspa Visingsö była kompletnie niewidoczna. Jechaliśmy ponad chmurami wzdłuż jeziora, około stu kilometrów. Bajeczne widoki!

Na miejscu byliśmy około 11.00. Zaparkowaliśmy (nie bez problemów) na placu przed biblioteką, wsród wielkich donic z bratkami i żonkilami. Obok nas zaparkował bibliobus roku 2012 z Uppsali i jeszcze dwa inne, dużo mniejsze. Samochwalstwo to paskudna cecha, ale nasz bibliobus nie ma na razie równego sobie w całej Szwecji.

Podobno przyjechały tylko te busy, którymi warto się pochwalić. Niektórzy mieli na konferencję dość daleko, więc przylecieli samolotem.

Konferencję punktualnie o 13.00 otworzył lokalny polityk, który od razu na wstępie przyznał, że nie ma pojęcia jak w praktyce wygląda działalność mobilnych bibliotek. Potem nie było lepiej, bo następne zabrały głos dwie panie, które też nigdy nie miały do czynienia z tego typu działalnością. Kolejnym mówcą był gość specjalny, Duńczyk. Mówił ponad czterdzieści minut, a ja wpatrywałam się w niego jak sroka w gnat. Nie wiem czy zrozumiałam z tego choć dziesięć procent. Potem wszyscy gadali już po naszemu, a głos zabierali „specjaliści” w temacie, czyli sami bokbuss-freaks.

Nasz bus był oblegany przez przypadkowych gości i mobilnyvh bibliotekarzy z całego kraju.

Po prelekcjach była pora na oglądanie bibliobusów. Zbity tłum kłębił się po naszym przez ponad godzinę czyli do momentu, kiedy zaczęliśmy grzecznie wypraszać i zapraszać na jutro. Chcieliśmy zdążyć na wieczorną imprezę połączoną ze spotkaniem z pisarką Anną Jansson. Szczęście, że nasz hotel leżał w bezpośrednim sąsiedztwie biblioteki.

Anna Jansson opowiada o swoich pierwszych spotkaniach z czytelnikami.

Impreza miała miejsce w bibliotecznej knajpce. Po zamknięciu biblioteki mieliśmy dość ograniczoną swobodę poruszania się, ponieważ większość pomieszczeń była pod alarmem (grupowe wyjście do toalety, grupowe wyjście z imprezy do hotelu). Między kolacją a kawą z kawałkiem tortu czekoladowego, Anna Jansson opowiadała nam o początkach kariery pisarskiej, bohaterce serii swoich powieści kryminalnych, Marii Wern i jej filmowej elter ego. Przez uprzejmość dodała, że to wielkie przeżycie spotkać tylu mobilnych bibliotekarzy w jednym miejscu. Oczywiście musiałam się z czymś wyrwać i zapytałam, czy w związku z tym możemy liczyć, że w kolejnej powieści jednym z bohaterów będzie bibliobusowy bibliotekarz, przebywający na wakacjach na Gotland. Autorka się roześmiała i powiedziała, że rozważy taką możliwość. Kiedy spytała czy ma być tym złym czy tym dobrym, z drugiego krańca sali rozległ się gromki okrzyk: złym, do szpiku kości. Na sali zapanowała ogólna wesołość. Wieczór zakończyliśmy w pubie The Bishops Arms, też wśród książek.

Pub jak biblioteka. Tematycznie było. Oprócz książek także sporo trunków, w tym piwa za mniej więcej 100 zet butelczyna.

Następnego dnia mieliśmy konferencję typu open speace. Pierwszy raz brałam udział w czymś takim. Super sprawa! Po konferencji znów mieliśmy gości w bibliobusie, aż do odjazdu. Podróż do domu zajęła nam dwie godziny więcej niż w odwrotną stronę. Czy ktoś jest ciekawy dlaczego? ZABŁĄDZILIŚMY!

Żeby trafić do domu trzeba znać na pamięć wszystkie potrzebne numery dróg. Nazwy miast nie są takie istotne.



Zachód słońca nad Vettern, w drodze powrotnej.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Pierwszy poświąteczny dzień w pracy spędziłam na czipowaniu. Zakończyliśmy czipowanie mediów dla dorosłych. Dziś była to przede wszystkim literatura obcojęzyczna, w tym po polsku. Ktoś wcześniej przetrzebił obcojęzyczne zbiory i trochę je przemeblował. Książki po polsku już nie mieszczą się na jednej półce. Wyparły najpierw z tej półki "literaturę fachową po rosyjsku", a teraz przeniosły się też na półkę niżej, gdzie królują książki po duńsku. Na moje oko nic z polskich nie wyrzucono. Chociaż kilku tytułów nie było, to myślę, że po prostu ktoś się zlitował i je wypożyczył. Muszę koniecznie sprawdzić statystyki.

Najbardziej stresujące było czipowanie encyklopedii i słowników w pobliżu pogrążonych w nauce studentów. Starałyśmy się z koleżanką zachowywać jak najciszej, porozumiewając się na migi. Oczywiście kilka grubych tomisk z hałasem przewróciło się na półkach, co w panującej ciszy przypominało armatni wybuch, a ja za każdym razem byłam bliska zawału serca.

Jutro będę czipować literaturę młodzieżową. Nie wiem tylko na razie, czy sama, czy w towarzystwie. Jeszcze parę dni i przeniesiemy się z maszynerią czipującą do piwnic.

W czwartek rano jadę WRESZCIE na krajową konferencję bibliobusowych bibliotekarzy. Cały ten wyjazd zaczyna przypominać thriller. Syna jednego z kolegów, dopadła grypa żołądkowa i mimo, że wyjazd już pojutrze rano, to nie jesteśmy pewni w jakim pojedziemy składzie. Nie jest to bez znaczenia, bo wyjazd był zaplanowany tak, że jeśli jeden z kolegów nawali, to cały nasz misterny plan weźmie w łeb. Planu B na razie nie mamy.

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Suzanne Collins

Igrzyska śmierci

Media Rodzina, 2009, stron 352

 

Nasze gazety napisały kilka dni temu, że Suzanne Collins powinna się przyzwyczajać się do myśli, że zostanie milionerką. I nie ma w tym chyba przesady. Igrzyska śmierci, po czterech latach od pierwszego amerykańskiego wydania, robią światową karierę. Popularność filmu pobiła dotychczasowe rekordy odniesione przez Harry Pottera i Zmierzch. Nawet krytycy są wyjątkowo zgodni, że to dobry film, choć używają skrajnie różnych argumentów aby tę tezę udowodnić.

"Głodowe igrzyska" to trylogia, na którą składają się Igrzyska śmierci, W pierścieniu ognia i Kosogłos. Na razie sfilmowano tom pierwszy, ale można się spodziewać, że wkrótce zacznie się ekranizacja kolejnych. Wydawcy postanowili pójść za ciosem i wznowić całość drukiem. Przy okazji premiery filmu, do księgarni wielu krajów, trafiło łącznie dwadzieścia milionów egzemplarzy powieści.

Ten czytelniczy szał dotarł też do mojego domu. Już wcześniej pisałam, że kupiłam córce wszystkie trzy cześci Głodowych igrzysk w jednym tomie. Nie było to jednak tak do końca związane z ogólnoświatowym szaleństwem, które zaczęło się chyba nieco później. Kilka miesięcy wcześniej klasa mojej córki wybrała sobie tę książkę na „lekturę obowiązkową”. Z bibliotecznego skolservice wypożyczono dla każdego po egzemplarzu i zaczęło się wielkie klasowe czytanie. Jedni trochę kręcili nosem przy wyborze, ale w miarę czytania ogólny entuzjazm całej klasy rósł. Moja córka zaczęła ją czytać w szkole, w piątek, i tak się wciągnęła, że wzięła książkę do domu na weekend, żeby przeczytać jeszcze kawałeczek. W sobotę trochę po północy była gotowa z całą, a od niedzieli rano zaczęła mnie męczyć, że też muszę tę książkę KONIECZNIE przeczytać. Działo się to wszystko parę ładnych tygodni temu, ale w końcu, ponaglana coraz bardziej niecierpliwie, wzięłam się za czytanie. I mimo, że nie lubię fantasy, to nie żałuję, a nawet zamierzam przeczytać resztę, bo pierwszy tom, to tak naprawdę tylko kawałek większej całości.

Nie jestem fanką fantasy, ale książka zrobiła na mnie spore wrażenie. Nawet nawiedził  mnie jakiś koszmar, śniło mi się, że uciekam przed żądnymi krwi trybutami. Nie mam w zwyczaju zdradzać szczegółów czytanych książek, więc i tym razem tego nie zrobię. Po prostu zaczęcam do przeczytania. Jest duża szansa, że nie pożałujecie.

Katniss, główna bohaterka powieści trafia na arenę wraz z dwudziestoma trzema innymi zawodnikami tzw. trybutami, gdzie ma stoczyć walkę na śmierć i życie. Zwycięzca może być tylko jeden, ostatni żywy zawodnik. Eliminacja przeciwników polega na zabijaniu, gdzie jedyną zasadą walki jest brak zasad. Akcja toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w Panem, państwie złożonym z dwunastu dystryktów, powstałym na gruzach wyniszczonego kataklizmami USA. Zawodnicy ze wszystkich dystryktów biorą udział w transmitowanym na żywo reality show, Igrzyskach śmierci.

Skąd pomysł takich igrzysk w państwie Panem? Autorka podaje jeden „oficjalny” powód, ale wyraźnie sugeruje czytelnikowi też inne. Trudno nie zauważyć, że próbuje uświadomić do czego może prowadzić totalitaryzm, bezkompromisowy wyzysk, znudzenie nadmiernym dobrobytem i ciągła pogoń za „mocnymi wrażeniami”. Dla przeciwwagi mamy jednocześnie przyjaźń, honor i wszechobecną tęsknotę za uczuciem starym jak świat, czyli miłością. Wszystko to pod postacią „trzy w jednym”: opowieść lekko romantyczna, science fiction i survival.

7/10

 

Teraz pora obejrzeć film...

piątek, 30 marca 2012

 

To, że zniknie śnieg wcale nie oznacza, że zaczęła się wiosna. Jedenaście wanien, wyszorowanych i napełnionych wodą, jednak tak. Tyle naliczyłam wczoraj w drodze do wioski nad jeziorem, ukrytej wśród lasów pełnych troli (wedlug teorii jednego z moich kolegów). Stoją już na pastwiskach i czekają na spragnione krowy i konie. To moja druga wiosna obserwowana z okien bibliobusa. Kiedy zaczynałam pracę w bibliotece, nie zanosiło się, że w ogóle doczekam tam jakiejkolwiek wiosny. Życie jest czasem pełne niespodzianek...

Zmiana czasu na letni też zrobiła swoje. Wczoraj, po raz pierwszy w tym roku, wracaliśmy do domu podziwiając przez okno piękny zachód słońca. Byłam bliska oczopląsu od wypatrywania w rowach pierwszych zawilców i podbiałów, ale je zauważyłam. Już (nareszcie?) są!

W bibliotece dalej czipujemy. Mam za sobą już kilka dwugodzinnych sesji przy maszynie czipującej. Czasem wklejam czipy w książki, a czasem aktywuję alarm. Pracujemy najczęściej parami, ale zdarzyło mi się już stać przy maszynie samotnie. Mam na swoim koncie literaturę piękną na literę L i M oraz dział G i L. Gotowe jest do tej pory mniej więcej trzydzieści tysięcy książek, czyli minęliśmy półmetek.

W poniedziałek zjawi się w pracy Nowa, czyli przedszkolanka przeobrażona w bibliotekarkę. Dziwnym zbiegiem okoliczności, stanowisko pracy zorganizowano jej w naszym bibliobusowym biurze. Będziemy więc mieć przyjemność spotykać się codziennie.

W środę uroczyście pożegnaliśmy odchodzącą na emeryturę, moją ulubioną kadrową. Impreza w leżącej rzut kamieniem od mojego domu restauracji, była bardzo udana. Kadrowa była wzruszona frekwencją, prezentami i specjalnie dla niej skomponowaną piosenką. Odśpiewaliśmy ją nawet dwukrotnie, przy akompaniamencie dwóch gitar. Tekst napisały koleżanki (zdolne bestie!) z kancelarii wydziału kultury. Było naprawdę sympatycznie, choć nie mogłam się nadziwić jak to się stało, że od kadrowej dzieliły mnie tylko dwie osoby, szefowa wydziału kultury i nasz Pan woźny, fantastycznie kreatywny facet, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Wiem, że kadrowa nie spodziewała się mojego udziału w imprezie, a tym bardziej w prezencie, więc ją pewnie mile zaskoczyłam. Podziękowała za zrobioną przeze mnie własnoręcznie karteczkę, wklejoną do pamiątkowego albumu.

Przyszły tydzień jest ostatnim przed świętami, więc kończy się już w środę. W następnym, zaraz po świętach, czeka nas konferencja w Örebro. Wyjeżdżamy w czwartek, skoro świt. Wczoraj przyszło zaproszenie wraz z programem, a jako „P.S.” dodano, że w odpowiednią atmosferę wprawi nas powieść „Sprawa zaginionych książek” Sansoma, i o ile jeszcze jej nie czytaliśmy, to organizatorzy imprezy gorąco nas namawiają, żeby zrobić to jak najszybciej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22