Menu

Lost.In.The.Library

I tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co bym chciała zanim umrę...

Marzenia nie spełniają się same

bookfa

Magda Witkiewicz

Alek Rogoziński

Pudełko z marzeniami

Filia, 2017, stron 336

Odpowiednia lektura zwłaszcza na okres zimowy, choć oczywiście można ją przeczytać i latem na plaży. Lubię od czasu do czasu poczytać takie opowiastki typu feel good. Ta jest z tych lekkich, łatwych i przyjemnych, co jest znakiem rozpoznawczym Alka Rogozińskiego. Nie umiem precyzyjnie ocenić ile w niej Alka, a ile Magdy Witkiewicz, bo moja znajomość z twórczością Witkiewicz jak na razie ogranicza się do jednej pozycji, która dość skutecznie zniechęciła mnie do czytania kolejnych. Jestem w tym momencie lekko niesprawiedliwa, bo dowiedziałam się, że takie kobiety jak bohaterka z Opowieści niewiernej istnieją i to, co wydawało mi się kompletną bzdurą wymyśloną przez autorkę dzieje się czasem naprawdę!

Nie dostąpiłam zaszczytu wtajemniczenia, że oto rodzi się duet Witkiewicz-Rogoziński, więc wiadomość o premierze książki była dla mnie niespodzianką. Alek Rogoziński o tym skąd wziął się ten pomysł mówi tak:

W czasie każdego z naszych spotkań, czy to na żywo w księgarniach albo bibliotekach, czy też w Internecie, pojawiało się pytanie, czy coś kiedyś napiszemy razem. Krople drążyła skałę i wreszcie nasze kamienne postanowienie, że tego nie zrobimy, zamieniło się najpierw w wahanie, a potem decyzję, że jednak to zrobimy. Bo szczerze mówiąc na początku wcale nie mieliśmy takiego zamiaru. Pisanie w duecie to pułapka. Łatwo się rozjechać z pomysłami albo ich realizacją, pokłócić nawet o jakiś drobiazg. To była największa próba dla naszej przyjaźni!

duetuwitkiewiczrogozinski

Wiem, że autorzy powieści ciągle się przyjaźnią, więc niewykluczone, że to nie będzie ich pierwsze i ostatnie wspólne dzieło.

Czytając Pudełko z marzeniami czułam wyraźnie „ducha” Joanny Chmielewskiej, co najpewniej jest zasługą Alka Rogozińskiego. Na pewno też jego są mające podsycać ciekawość czytelnika fragmenty typu: gdyby wiedział, że upadnie, to by się położył.

 pudelko1

Nieskomplikowana, pełna humoru i dowcipnych dialogów fabuła, z tych, co to bohater powieści rzuca wszystko i wyjeżdża rozpocząć gdzieś indziej nowe życie. Tu jest podobnie, choć muszę przyznać, że pomysł jak wysłać bohaterów (bo jest ich dwóch, a właściwie dwoje!) na zabitą dechami prowincję jest dość nietuzinkowy i mogę tu z czystym sumieniem napisać, że „tego jeszcze nie było”. Malwina zostawia stolicę i korporacyjne życie pod wpływem narzeczonego, który ma sto pomysłów na minutę na to, co chciałby robić w przyszłości, z których żadnego tak naprawdę nie zamierza zrealizować. Michał natomiast opuszcza stolicę kompletnie spłukany, ale za to z okazałym porożem, które zafundowała mu narzeczona. Zamierza zacząć nowe życie, a przede wszystkim odnaleźć ukryty w czasie II wojny światowej rodzinny skarb (dziwnym trafem historia o skarbie, która wydawała się być z początku istotnym elementem całej opowieści, właściwie nie ma finału). Spory wpływ na losy tej pary po przejściach będą mieć dwie wścibskie starsze panie, para gamoniowatych dzieciaków i… święty Ekspedyt.

Pudełko z marzeniami to nie tylko tytuł książki, to też pomysł do wykorzystania przez wszystkich, którym sprawia radość spełnianie cudzych marzeń. Jeżeli należycie do tej grupy, koniecznie przeczytajcie tę książkę! Na pewno Was zainspiruje.

Zaliczam się do tych czytelników, których wychowano na erratach. Kiedyś wydawnictwa dokładały wszelkich starań, żeby w książkach nie było żadnych błędów, ani merytorycznych, ani gramatycznych. Te drugie właściwie nigdy się nie zdarzały. Ot, czasem chochlik poprzestawiał litery i zauważano to dopiero po wydrukowaniu książki, gdy następowało ostatnie czytanie korektorskie. Dodrukowywano wtedy erratę, taką małą kareczkę z poprawkami, którą umieszczano w każdym egzemplarzu książki, często wraz z przeprosinami z błędy. Korektor w Filii wydaje się być tylko figurantem, bo w książce roi się od różnorakich błędów, a „półtora godziny” po prostu mnie dobiło. Mam jedno proste pytanie do wydawnictwa: dlaczego to robicie czytelnikom, a zwłaszcza waszym autorom???

7/10

cytat kursywą i fotka autorów zapożyczone ze strony empik.com

Kuleję

bookfa

Do trzech razy śmierć

Alek Rogoziński

Filia, 2017, stron 322

Alek Rogoziński wpędza mnie w poczucie winy, że za wolno czytam, lub innymi słowy: kuleję z czytaniem.

Za każdym razem, kiedy zabieram się za napisanie paru słów o jego ostatniej powieści, okazuje się, że jest już wydana następna, a kolejna za chwilę w druku. Bardzo mnie cieszy, że Alkowe rozweselacze ukazją się w tak zawrotnym tempie, bo czasy mamy takie, że tylko niewiekiej grupie społeczeństwa jest dziś do śmiechu. A wiadomo, że książka jest doskonałym środkiem na poprawę nastroju i nie ma żadnych skutków ubocznych. Powieści Alka bawią! Jedne mniej, drugie więcej, ale to zależy oczywiście od iloczynu (ilorazu?) poczucia humoru czytelnika.

Oto pojawiła się nowa bohaterka Róża Krull. Akcja powieści Do trzech razy śmierć osadzona jest w środowisku dobrze znanym autorowi i najwięcej radości sprawi pewnie tym, którzy znają to środowisko równie dobrze jak on. Ja niestety do tego grona się nie zaliczam, więc, żeby pośmiać się na całego, potrzebowałabym do tej książki bardzo zaawansowany facit.

 do_trzech

Autorka powieści kryminalnych, Róża Krull, jedzie na zjazd pisarzy, odbywający się w stylowym dworku pod Krakowem. Już pierwszego dnia pada pierwszy trup. Morderca zostawia na miejscu zbrodni czarną różę, co sugeruje, że inspiruje się jedną z powieści Róży Krull.

Oto kolejny kryminał, czyli ktoś morduje kogoś, a zagadka rozwiązywana jest, jak to zwykle u Alka, na wesoło. Bardzo mi się podobał fragment z blogerkami, które kierują śledztwo na właściwy tor. Nie napiszę więcej na ten temat, bo nie lubię spojlerować. Czytelniku tego wpisu, po prostu weź do ręki tę kryminalną komedyjkę i przeczytaj. Jeśli masz choć trochę poczucia humoru, to prawie na pewno Ci się spodoba. Skłamałabym gdybym napisała, że to najlepsza z książek, które Alek do tej pory napisał, bo moją ulubioną jest ciągle Jak cię zabić, kochanie?. Uwielbiam tę mieszankę kryminału, komedii i absurdu (z naciskiem na absurd), którą Alek w niej zaserwował.

To jest moment, że żałuję, że nie należę do "stajni blogerskiej" Filii, bo właśnie ukazała się druga książka z serii Róża Krull na tropie, a z powodu mojego położenia geograficznego trochę to potrwa zanim trafi w moje ręce. Drugi tom nosi tytuł Lustereczko, powiedz przecie, choć w zapowiedziach wcześniejszych miała to być powieść pod tytułem Zabójcza korekta. Przeczucie mi mówi, że nie chodzi tu tylko o zmianę tytułu książki.

lustereczko

Właśnie odbywa się autorskie tournée promujące Lustereczko, powiedz przecie. Jeżeli macie szansę pojść na spotkanie z autorem, nie przegapcie tej okazji, bo na spotkaniach (nie wiem, czy na wszystkich) serwowane są też ciasteczka wykonane osobiście przez Pawła Płaczka! Przegapić coś takiego byłoby niewybaczalnym błędem!

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości autora.

W (czytelniczej) histerii

bookfa

Czarne światło

Marta Guzowska

Książki Burda, 2016, stron 440

Mario Ybl chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. To taka pierwsza myśl po przeczytaniu Czarnego światła. Druga, że gdyby żył Alfred Hitchcock to stanąłby na głowie, żeby zrobić film na podstawie tej powieści.

yblczarne

Prowincjonalna społeczność gdzie nie lubią obcych, ale Mario jest w jakimś sensie „swój”, gdyż tym razem autorka umieściła akcję w jego rodzinnym miasteczku. I to był świetny pretekst, żeby więcej uwagi poświęcić właśnie jemu, co mnie bardzo ucieszyło, ale szybko się rozczarowałam. Tak się składa, że z takim samym zainteresowaniem jak zagadki kryminalne śledzę wątek o życiu prywatnym i uczuciowym Ybla. Ten socjopatyczny malkontent, a przy tym cynik i egoista rozbrajał mnie uwielbieniem dla Poli. Teraz wreszcie jest z kobietą swojego życia. I co? Okazuje się jednak, że fajne było tylko gonienie króliczka. Teraz Pola jest tylko jeszcze jedną z irytujących go bab. Hallo???

Na mojej fascynacji pokręconym charakterem Maria pojawiła się pierwsza rysa. Próbuję jednak go trochę usprawiedliwiać tym, że w Czarnym świetle gdzieś się zapodziała szorstkość i stanowczość Poli, chociaż udało jej się zmusić Maria do poddania się terapii.

- Profiesor Ybl pocziemu wy przyszli na tę terapię?

Oderwałem wzrok od okna.

- Na korytarzu czeka taka jedna pani. Jest niska, ładna i wygląda jakby chciała kogoś pobić, rozpozna ją pan bez trudu. Proszę iść i ją zapytać.

Lekarz wyglądał na zrelaksowanego, musiałem się lepiej postarać.

- Ja rozumiem, że ta terapia to nie wasza idea, i teraz wy robicie wsio, żebym ja wam napisał w papierach „nieuleczalny”.

Miałem wielką ochotę przytaknąć, ale tego nie zrobiłem.

- Jeżeli wy tego chcecie, to też mogę wam dać na to papier. Dla tej pani, która czeka na korytarzu. Z pieczątką.

Napiąłem mięśnie, żeby wstać, ale on mówił dalej:

- Ale może wy powinni na chwilę zapomnieć o tej pani i zrobić coś dla siebia. Tylko dla siebia.

 

Małe, senne miasteczko pełne tajemnic, złowroga atmosfera wokół wykopalisk związanych z antywampirycznymi pochówkami, kradzieże wykopaliskowych szkieletów, satanistyczne napisy na grobach i Mario Ybl z latarką w kieszeni próbujący rozwikłać tę zagadkę. Oprócz tego w związku z terapią musi zmierzyć się ze swoimi demonami oraz skonfrontować z teraźniejszością. Mieszanka psychotropów i alkoholu, którego Mario nadużywa powoduje, że zachowuje się momentami jak szaleniec, jest kompletnie nieprzewidywalny, a także bardziej niż zwykle arogancki, żeby nie powiedzieć, że po prostu chamski. Jak dla mnie aż za bardzo i tu pojawia się druga rysa, bo Mario przypominający menela wcale mi się nie podoba. Autorka przerysowała tę postać do tego stopnia, że kryminalna intryga ze spektakularnym nocnym finałem na cmentarzu w czasie Zaduszek przesunęła się dla mnie na drugi plan.

Daliście radę doczytać do tego miejsca, mimo, że tyle uwagi poświęciłam głównemu bohaterowi? Czytam już bez mała pół wieku, ale nie przypominam sobie, żeby bohater jakiejkolwiek powieści doprowadził mnie do takiej hm… histerii.

To jest dowód na wyjątkową umiejętność autorki w sugestywnym kreśleniu postaci. Lubię też skrzący humorem styl Guzowskiej, powieść świetnie się czyta i mam nadzieję, że Mario upadł tym razem już tak nisko, że w następnej części cyklu (o ile taka będzie) po prostu musi się odbić od dna.

 

kursywą fragment powieści

Przeczytałam dzięki wyjątkowej uprzejmości autorki (wygrałam co prawda książkę w konkursie wydawnictwa, ale jej nigdy nie dostałam)

 

Q7

bookfa

Selfies

Jussi Adler-Olsen

Albert Bonniers Förlag, 2017, stron 468

To już siódmy tom serii o departamencie Q. Ekipa dalej rezyduje w piwnicach kopenhaskiej policji, a jej dalsza egzystencja stoi pod dużym znakiem zapytania. Z raportów, które docierają do szefostwa, czyli na tzw. trzecie piętro wynika, że departament Q od dawna nie rozwiązał żadnej archiwalnej sprawy. Oczywiście nie jest to prawdą i Karl próbuje wyjaśnić co się stało z raportami, za które odpowiedzialna jest Rose. Niestety jej stan zdrowia znacznie się pogorszył od czasu kiedy poddała się hipnozie, a po ostatniej, dość nieprzyjemnej rozmowie z Karlem po prostu więcej nie pojawiła się w pracy i nikt nie wie co się z nią dzieje.

selfies

Departament Q prowadzi aktualnie sprawę zamordowanej przed laty nauczycielki, niestety śledztwo się ślimaczy. Kiedy w jednym z parków zostaje zamordowana starsza kobieta, jeden z emerytowanych policjantów dostrzega w obu sprawach wiele podobieństw.

W tym samym czasie pracownica socjalna Anne-Line Svendsen wypowiada prywatną wojnę społecznym pasożytom bez żadnych ambicji. Ma na myśli młode kobiety przychodzące do ośrodka pomocy socjalnej tylko w jednym celu, po pieniądze, które wydają potem na modne ciuchy, fryzjera i imprezki. Zamierza je skutecznie wyeliminować ze społeczeństwa.

Któregoś pięknego dnia zamierzała odwiedzić zaułki Vesterbros, żeby zorganizować sobie broń ciężkiego kalibru i kiedy te idiotki, które były u niej dzisiaj w ośrodku, siedziałyby znów w poczekalni zamierzała wyjść na korytarz i zastrzelić je jedną po drugiej, częstując każdą kulką prosto w starannie upudrowane czółko.

Lista przyszłych ofiar jest dość długa, a jedną z nich jest wnuczka zamordowanej kilka dni temu starszej pani, o czym Annelie oczywiście nie ma pojęcia.

Akcja Selfies toczy się w kilku płaszczyznach. Oprócz dalszych losów pracowników departamentu Q, których jest obecnie już czworo, „dobroczynnej” działalności pracownicy socjalnej, śledzimy także losy trzech dziewczyn z jej listy. Autor z  typowym dla siebie humorem i ironią opowiada chwilami wręcz niewiarygodną historię, wprowadza też kolejne wątki, które zdają się nie mieć żadnego znaczenia dla rozwoju akcji. Podsuwa różne tropy i kiedy już, już prawie wiem kto jest mordercą nagle okazuje się, że oczywiście się myliłam.

Doskonała lektura!

 

Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego wydawanie polskiego przekładu serii utknęło na trzecim tomie. Selfie to już siódmy tom i jakimś cudem wszystkie trzymają wysoki poziom, co jako nałogowa czytelniczka wielotomowych serii wiem, że wcale nie jest takie proste.

W jednym z ostatnich wywiadów (dla Deckarhuset) Jussi Adler-Olsen zdradził szczegóły dalszych tomów serii o departamencie Q. Selfies skupia się na Rose i jej przeszłości, następny odkryje kilka tajemnic Assada, kolejny zdradzi sekrety Karla, a ostatni dziesiąty zamknie całość.

kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu (z języka szwedzkiego)

Läckberg, bój się.

bookfa

Otulone ciemnością

Hanna Greń

Replika, 2016, stron 432

Od jakiegoś czasu nie piszę regularnie o swoich lekturach i pewnie o wielu już nie napiszę. Pamięć mam dobrą, ale krótką, więc jeżeli książka się niczym nie wyróżniła, wpadła do czarnej dziury gdzieś z tyłu głowy. Jest jednak kilka, które tam nie wpadły. Jedne ze względu na fabułę, inne ze względu na to kto je napisał, a jeszcze inne ze względu na to w jakich okolicznościach trafiły w moje ręce.

Otulone ciemnością Hanny Greń spełnia kilka tych kryteriów jednocześnie, więc po prostu muszę o niej napisać, choć od momentu kiedy ją czytałam minęło już trochę czasu.

Pozwolę sobie przy okazji na trochę prywatności i mam nadzieję, że autorka nie weźmie mi tego za złe. Przeczytałam tę powieść jeszcze zanim trafiła do wydawcy. Do tej pory czuję się zaszczycona zaufaniem, którym obdarzyła mnie Hanna Greń, choć właściwie wcale się nie znamy. Tytuł książki był wtedy inny i do dziś uważam, że o wiele lepszy od obecnego.

Otulone ciemnością to trzeci tom cyklu wiślańskiego, dla mnie pierwszy, bo poprzednich nie miałam okazji jeszcze przeczytać. Nie lubię czytać niczego od końca, ale uległam zapewnieniom autorki, że się da. Dostałam więc autorski egzemplarz, jeszcze przed korektą. Po kilkunastu stronach wiedziałam już, że czytam wciągający, dobrze skonstruowany kryminał. Jest w nim kilka tajemniczych zbrodni i sporo mylących tropów.

otuloneciemnoscia

Znaki zapytania szybko się mnożą i wkrótce staje się jasne, że policja poszukuje seryjnego mordercy. Ktoś morduje młode kobiety, okrywa je całunem, zostawiając przy zwłokach tajemnicze rysunki, a w ręce ofiar złożonych jak do modlitwy wkłada świecę. Śledztwo prowadzi Benita Herrera. Ta kontrowersyjna i nietuzinkowa policjantka wplątuje się w dość dwuznaczną i niebezpieczną relację z głównym podejrzanym, co stwarza poważne ryzyko dla racjonalnej oceny sytuacji. Postać Benity nie do końca mnie przekonuje, z jednej strony twarda i apodyktyczna, z drugiej nieco bezbarwna mimo ciętego języka i nietypowych metod prowadzenia śledztwa. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach cyklu autorka uczyni tę postać bardziej wyrazistą i charyzmatyczną.

Hanna Greń umiejętnie buduje napięcie, gmatwa akcję, kluczy i mnoży tropy tworząc precyzyjną zagadkę kryminalną. Choć Otulone ciemnością to soczysty kryminał nie brak w nim też wątków obyczajowych, akcentów romantycznych, rozlanej kawy i… kobaltowych oczu.

Wiem, że wersja, którą czytałam różni się nieco od tej ostatecznej, która ukazała się drukiem. Szkoda. Nie jestem za tym, żeby poprawiać to co jest dobre, bo jak powszechnie wiadomo lepsze jest wrogiem dobrego.

Szwedzi mają Camillę Läckberg, Polacy Hannę Greń.

Śmierć schematom

bookfa

Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach

Emmy Abrahamson

Rebis, 2017, stron 271

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach Emmy Abrahamson to pierwsza powieść dla dorosłych i jednocześnie pierwsza jej książka, która ukazała się w języku polskim. Bardzo mnie cieszy, że polscy czytelnicy wreszcie poznają tę autorkę, bo to jedna z moich ulubionych szwedzkich pisarek. Zadebiutowała w 2011 roku powieścią dla młodzieży Mój tata jest miły, a moja mama jest cudzoziemką, którą (uwaga wydawcy! ;-) ) z wielką chęcią przetłumaczyłabym na język polski. Napisałam na blogu o wszystkich książkach autorki, a nawet miałam zaszczyt gościć ją tu na blogu w jednym z wywiadów bez pytań.

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach to nie jest poradnik jak się zakochać, ani jak znaleźć sobie faceta w krzakach, co może sugerować tytuł, który niestety został przetłumaczony za bardzo dosłownie, a przez to niezbyt trafnie. To ani typowy romans, ani komedia. Jest pełną humoru choć momentami bardzo wzruszającą opowieścią o tym, jak nagle może się zmienić pozornie poukładane życie.

jak

Julia, bohaterka powieści, pracuje jako nauczycielka angielskiego, ale marzy o innym życiu. Pragnie zostać pisarką i zaprzyjaźnić się ze swoją sąsiadką Elfride Jelinek. Na razie bez powodzenia szuka pomysłu na powieść, próbuje przyzwyczaić się do życia jako singielka i od czasu do czasu chodzi na podryw. Pewnego dnia poznaje cuchnącego, brodatego bezdomnego, który z jednej strony budzi w niej odrazę, a z drugiej od pierwszej chwili ją fascynuje. I tak pozornie uporządkowane życie Julii zaczyna się chwiać w posadach. Mimo, iż będzie próbowała walczyć, żeby wszystko zostało po staremu, w końcu zda sobie sprawę, że jest gotowa wiele poświęcić, żeby być z tym niespodziewanie poznanym śmierdzącym kloszardem.

- Nie mogę go znaleźć – powtarzam i znów wybucham płaczem.

Rebecca prowadzi mnie ostrożnie do najblizszej ławki.

- Może miał wypadek i trafił do szpitala – mówi, kiedy już siedzimy na ławce.

- Dzwoniłam do Szpitala Miejskiego. Nie ma go w ich rejestrze.

- Może został aresztowany?

- Ale wtedy pewnie by zadzwonił.

- Chyba, że zrobił coś potwornego i nie chce żebyś się o tym dowiedziała.

- Na przykład?

Rebecca nie odpowiada. Rzuca mi tylko spojrzenie, które sugeruje coś pomiędzy nekrofilią a zwędzeniem jajek z niespodzianką.

- Oczywiście dzwoniłaś na jego komórkę?

- On nie ma komórki – wyjaśniam – nie znam też maila, jeżeli w ogóle jakiś posiada.

- A konto na Facebooku?

- Nie ma go na Facebooku. Według niego Facebook jest dla idiotów.

- Ale przecież ty posiadasz tam konto – mówi Rebecca.

- No i co z tego?

- Nie wkurzyło cię, że nazwał wszystkich użytkowników Facebooka idiotami?

- Tak szczerze, to Facebook nie jest dla mnie na tyle ważny, żeby było mi przykro z tego powodu – odpowiadam.

 

Zanim Julia zrozumie, że kloszard jest facetem, z którym chce spędzić resztę życia, popełni kilka szaleństw; zaśpiewa w kościelnym chórze, stanie oko w oko z niedźwiedziem, zgubi się w wielkim mieście…

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach to napisana lekkim piórem opowieść o tym, że uczucie (i pożądanie) może spaść na człowieka niespodziewanie, jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Wymarzona lektura dla tych, którzy lubią przy czytaniu pośmiać się i jednocześnie wzruszyć. Tak mi się podobała, że nawet nie wspomnę o błędach, które przegapił korektor.

kursywą fragment powieści

 

Przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis.

A może (po raz piąty!) nad morze? Z książką.

bookfa

 

Uprzedzam, będzie nostalgicznie…

Pomysł spotkań wziął się stąd, że lubię łączyć real z światem wirtualnym. Mam świadomość, że za każdym nickiem kryje się człowiek, którego warto poznać w realu. Kiedy spotkałam się po raz pierwszy osobiście z Beatą Kobierowską i zaproponowałam jej wspólne zorganizowanie takiego spotkania bardzo chętnie się zgodziła. Nawzajem zarażałyśmy się entuzjazmem. Gdyby odmówiła nie spotkalibyśmy się pewnie do tej pory.

Tym sposobem w 2013 roku doszło do pierwszego spotkania ludzi, których łączy wielka pasja: książki. Przyszli na spotkanie blogerzy, komentatorzy blogów o książkach i sami ludzie pióra. Kto nie marzy o poznaniu blogerów, których wszystkie wpisy czyta od dechy do dechy (nawet te najdłuższe!), czy o spotkaniu ulubionej autorki/autora i możliwości porozmawiania z nią/nim zupełnie prywatnie? A mieliśmy przez te lata przyjemność spotkać się z wieloma!

Co odróżnia te spotkania od wszystkich innych? Formuła i atmosfera, którą tworzą sami uczestnicy. Nie ma podiów, prelekcji, kursów itp. Po prostu spotykamy się w jednym (pięknym!!!) miejscu na sopockiej plaży i rozmawiamy o tym co kochamy, czyli o książkach. Nasi sponsorzy dbają o to, żeby nie zaschło nam w gardłach, a dźwigając do domu nowe książki utrzymywali dobrą kondycję fizyczną.

spons2017

books20017

Jak wiadomo mole książkowe mają tę przypadłość, że chętniej wtykają nos w książki niż udzielają się towarzysko. Żeby temu zaradzić od lat przygotowujemy na spotkania quizy integracyjne i muszę przyznać, że dopiero w tym roku osiągnęliśmy nasz cel. Quiz był taki w swej prostocie skomplikowany, że trzeba było bardzo intensywnej współpracy, żeby sobie z nim poradzić. Mam nadzieję, że współpraca w grupach tym razem zaowocuje wieloma nowymi przyjaźniami.

 ksiazka

W tym roku spotkaliśmy się jubileuszowo, bo już po raz piąty. Tradycyjnie z widokiem na morze, szumem fal oraz piaskiem pod stopami. Zatoka Sztuki przyjęła nas jak zwykle bardzo gościnnie, użyczając nam Sali Morskiej z przepięknym widokiem na morze, które jest od lat naszą „ścianką”. W tym roku pogoda się nie bardzo spisała, więc taras należący do sali był oblegany z przerwami, jednak widok zza szyby był równie piękny.

ZatokaSztukilogo

Równie piękny był jubileuszowy tort wykonany przez samozwańczych cukierników, Aleksandrę i zuz. Miałyśmy z Beatą zaszczyt zdmuchnąć świeczkę i przemówić jubileuszowo. Wyszło bardzo spontanicznie, bo była to dla nas kompletna niespodzinaka. Bardzo przepraszam, jeżeli wypadło to niezbyt uroczyście, bo nie chciałam ględzić, a jednocześnie wzruszenie trochę odebrało mi głos.

tort1

Sponsorzy zadbali o to, żebyśmy mieli co czytać przez kolejne miesiące. Tradycyjna wymiana ksiażek, która powróciła do starej formuły zadowoliła pewnie wszystkich. Zrobiliśmy też zbiórkę książek dla jednego z gdyńskich szpitali. Mamy nadzieję, że zebrane przez nas lektury pomogą pacjentom choć na chwilę umilić czas.

Kapitalnym pomysłem była fotobudka. Narobiliśmy sobie masę pamiątkowych zdjęć. Dorzucę pewnie kilka fotek do wpisu trochę później, jak dotrą do mnie fotobudkowe pliki.

Po latach wypracowaliśmy wreszcie piękne logo (zerr) i stworzyliśmy własne torby (wielkie podziękowania dla jednej z uczestniczek spotkania, która je nam zafundowała). Kochani, efekt przerósł moje oczekiwania!

torby

Wiele osób przybywa na spotkania od samego początku, za każdym razem jest jednak także kilka lub kilkanaście nowych i bardzo mi miło czytać w ich relacjach ze spotkań, że mimo obaw, jak to będzie, poczuli się natychmiast jak wśród starych znajomych. No cóż, to nie przypadek. W tym roku zawdzięczamy to jedynemu takiemu trio: Aleksandra, zuz i zerr. Cieszę się, że to oni przejęli prowadzenie imprezy, bo to daje pewność, że za rok znów się spotkamy i na pewno będzie znów absolutnie wyjątkowo.

Dziękuję wszystkim!

P.S. Wielka prośba do wszystkich uczestników tegorocznej edycji: umieśćcie w komentarzach linki do swoich relacji ze spotkania.

450 stron wstępu

bookfa

Wotum nieufności

Remigiusz Mróz

Filia, 2017, stron 621, cykl W kręgach władzy, tom pierwszy

Moja znajomość z twórczością Remigiusza Mroza zaczęła się chyba dość niefortunnie? Wotum nieufności, pierwszy tom z cyklu W kręgach władzy, to mój pierwszy raz z Mrozem i mój zachwyt nad tym fenomenem rodzimej literatury (wiek: 30 lat, wydanych powieści: 23. Jak on to robi???) będzie bardzo umiarkowany. Podobno Mróz jest sympatyczny, przystojny i pisze książki, które łączy wartka akcja. Ponieważ jednak źródłem tej ostatniej informacji jest wikipedia, którą trzeba traktować z lekkim przymrużeniem oka, po lekturze Wotum nieufności mogę potwierdzić tę opinię o wikipedii. W tej powieści wartkiej akcji brak. Dałam się zwieść zajawce na okładce książki, że to polski House of Cards, ale spieszę wszystkich uspokoić, że lepszy thriller polityczny można oglądać codziennie w TVN24.

mroz

Zaczyna się dość tajemniczo. Pewna pani polityk ma luki w pamięci. Kompletnie nie pamięta co robiła ostatniej nocy i ostrzegam potencjalnego czytelnika, że po sześciuset siedemnastu stronach dalej nie wiadomo co się tej nocy wydarzyło. Sporo można powiedzieć o Wotum nieufności, ale nie to, że akcja toczy się wartko. Powieść składa się z mniej więcej czterystu pięćdziesięciu stron wstępu, potem zaczyna się coś dziać, choć dokładnie i tak jeszcze nie wiadomo co. Autor pracuje nad ciągiem dalszym cyklu, jest więc spora szansa, że tom drugi (Większość bezwzględna) posunie akcję o krok naprzód. Jak wcześniej wspomniałam, na okładce jest informacja: Polskie House of Cards. Obawiam się jednak, że na podstawie Wotum nieufności trudno byłoby napisać scenariusz choćby jednego odcinka serialu bez ryzyka, że widz uśnie z nudów.

Wotum nieufności ukazało się w dobrym momencie. Autor wykorzystał w fabule sporo bieżących wydarzeń, co sprawia, że książka jest niezwykle aktualna, choć nie należy zapominać, że to mimo wszystko political fiction. Powieść nie zawiera jakichś odkrywczych treści, jednak zgrabnie wykorzystuje i obnaża mechanizmy rządzące polityką, zimne kalkulacje i kuluarowe rozgrywki tzw. wybrańców suwerena.

- Jak on to robi?

- Jak każdy konserwatysta. Zawiera pakt z diabłem.

- Oni raczej odwołują się do Boga.

- Przeciwnie. Boga najczęściej ośmieszają, wygłaszając tyrady pod adresem bliźnich, których powinni miłować. Na moje oko to oczywisty dowód na to, że dogadali się z drugą stroną.

 

Jeżeli jest ktoś, kto jeszcze wierzy w bajki, że politycy to urodzeni idealiści, którzy zajęli się polityką, żeby zrobić „coś” dla ojczyzny, to ta powieść pozbawi go złudzeń.

- Nie ma mowy. Są pewne granice.

- Nie ma – zaoponowała stanowczo. – Nie w polityce, a już szczególnie nie podczas kampanii. Ci, którzy je widzą, przegrywają. Wiesz dlaczego?

Nie odpowiedział.

- Bo zatrzymują się tam, gdzie inni idą naprzód. Ty będziesz jednym z tych drugich.

Warto zwrócić uwagę na element obywatelski w powieści. To według mnie najciekwszy wątek tej historii. Autor pokazuje (i powinno to być ostrzeżeniem dla wszystkich!) do czego może prowadzić manipulowanie społeczeństwem i jakie mogą być tego skutki.

Kursywą cytaty z książki

Sceny z życia nastolatków

bookfa

Kalesony Sokratesa

Jakub Łaszkiewicz

Nova Res, 2017, stron 220

DZIĘKUJĘ. Muszę zacząć od podziękowań, bo to dzięki autorom i wydawnictwom oraz innym fantastom literatury sięgam czasem do interesujących pozycji, które z marszu odrzucam, jako te nie dla mnie. Kalesony Sokratesa są właśnie taką książką. Bo niby dlaczego miałabym ją przeczytać? Niezbyt ciekawa okładka (nigdy nie osądzać książki po okładce), tematyka młodzieżowa (nie zapominać, że kiedyś miało się naście lat) i (o zgrozo!) wiek autora.

kalesony

Tytuł powieści przywołał lekki uśmiech na moje nieco zasępione oblicze, bo oto znów dałam się wkręcić w czytanie czegoś nie dla mnie. Wiek autora nieco mnie zszokował. Co??? Taki nastolatek po prostu usiadł do komputera i napisał książkę??? Oczywiście wygooglowałam sobie co się tylko dało na temat debiutu autora, ale niestety znalazłam w zasadzie tylko krótkie notatki z prasy brukowej, gdzie opisano to jako prawadziwe kuriozum.

Tytuł powieści może sugerować, że jest to książka o intymnych częściach garderoby greckich filozofów, ale nie, spokojnie. To powieść o problemach zupełnie nam współczesnych gimnazjalistów, którzy powoli wkraczają w dorosłe życie. Forma, to częściwo blog (za moich czasów był to pamiętniki głęboko skrywane w szufladach biurek, mój do dziś nie ma poza mną żadnego czytelnika), a częściowo opowieść w narracji osoby trzeciej.

Powieść ma dwóch bohaterów, Maćka i Patryka. Maciek z powodu przeprowadzki zmienia szkołę, a więc zaczyna jakby nowe życie, które postanawia opisywać na blogu. Patryk jest jednym z jego nowych kolegów, a losy obu chłopaków połączy miłość do muzyki i dziewczyny.

Powieść napisana lekkim, inteligentnym, choć momentami trochę egzaltowanym językiem, co w zasadzie nie jest niczym dziwnym, ani nagannym biorąc pod uwagę młody wiek autora (rocznik 2001!). Trudno tu mówić o jakimś warsztacie i w zasadzie dobrze, że go nie ma, bo to nie jest książka dla koneserów słowa pisanego, tylko złożona z blogowych wpisów opowieść o młodzieży dla młodzieży, co już na wstępie zaznacza sam autor.

Wszystkich dorosłych ostrzegam: książka ta jest przeznaczona dla osób w wieku, powiedzmy 13 - 18 lat. Jeżeli dysponujesz nieco większym doświadczeniem życiowym, radzę odłożyć ją tam skąd ją wziąłeś.

Jeżeli jednak ktoś ma ochotę na powrót do przeszłości lub ma w domu nastolatka, to ja jak najbardziej polecam przeczytanie właśnie Kalesonów Sokratesa. To książka napisana naturalnym językiem o problemach nastolatków wchodzących w dorosłe życie, relacjach międzyludzkich, empatii i jej braku, miłości oraz muzyce. Czasy się zmieniają, metody wychowacze i środki przekazu też, ale problemy nastolatków są niezmiennie takie same.

Na koniec pozwolę sobie zaapelować do autora: Pisz! Masz talent i szkoda by było go zmarnować.

8/10

 

Przez bardzo duże R

bookfa

Jak cię zabić, kochanie?

Alek Rogoziński

Filia, 2016, stron 335

Po przeczytaniu pierwszej powieści Alka Rogozińskiego nie mogłam się oprzeć porównaniu jej do książkek Joanny Chmielewskiej z czasów jej świetności, czyli czasów Lesia, Romansu wszechczasów i Całego zdania nieboszczyka. Podobny styl i podobni bohaterowie.

Drugiej powieści, czyli dalszych przygód Joanny niestety nie przeczytałam do tej pory z powodu zamieszania, którego głównymi winowajcami są pocztowi złodzieje. Tym sposobem wbrew własnej woli przeskoczyłam od razu do Jak cię zabić, kochanie? trzeciej książki autora, która jest o niebo lepsza od tej pierwszej. U Joanny Chmielewskiej było akurat odwrotnie. Jej późniejsze dzieła są coraz słabsze, a bohaterowie już nie są roztargnieni i nierozgarnięci, a po prostu głupawi.

jakciezabic

Autor odnalazł swój styl, nikogo już nie naśladuje, stworzył nietuzinkowych bohaterów, którym zbrodnia niestraszna i wymyślił intrygę tak nieprawdopodobną, że czytając można dostać zawrotów głowy. Fabuła mieści się w ramach klasycznej komedii omyłek polegającej na gigantycznym splocie szczęśliwych i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Choć jest przewidywalnie, to nie jest nudno. Barwni, pozbawieni skrupułów bohaterowie, dowcipne dialogi z dużą dozą czarnego humoru to główne atuty tej powieści (moje absolutne faworytki to siostrzyczki zakonne z LA). Akcja toczy się częściowo w USA i tak się szczęśliwie składa, że książka ukazała się już także za oceanem.

jakcie

Kasia i Darek akurat przeżywają kryzys małżeński, kiedy na horyzoncie pojawia się amerykański spadek obwarowany pewnymi warunkami. Kasia zaczyna więc od razu planować zbrodnię doskonałą. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że zamiast morderczynią sama stanie się ofiarą.

Jak zwykle u Alka jest dowcipnie, błyskotliwie, ironicznie i groteskowo. Na wesoło oberwało się przy okazji po trochu celebrytom, politykom, duchownym, służbie zdrowia i programom serwowanym przez polską telewizję. Jestem pewna, że trudno będzie znaleźć lepszą lekturę na poprawę humoru. Rozrywka przez bardzo duże R.

9/10

 

Na koniec nie mogę się oprzeć, żeby nie zacytować samego autora (tekst kursywą). Oto historyjka o tym, jak sam kupował swoją powieść w księgarni X. Mam nadzieję, że mi to wybaczy!

Jak wiadomo zapominalstwo to jedna z moich głównych cech. Tym razem udało mi się zagubić w mrokach niepamięci fakt, że obiecałem podarować swoją książkę pewnej przemiłej pani i to w dodatku w szczytnym celu, bo na aukcję charytatywną. Poszedłem więc do księgarni, wcześniej sprawdziwszy w Internecie, że książka tam jest. Poszukałem na półce - nie ma. Poszukałem w stosach, walających się na podłodze - też bez sukcesu. Udałem się więc do punktu oznaczonego optymistycznie brzmiącym napisem "Informacja" i ozdobionego mocno znudzoną nastolatką, mającą makijaż, jakby właśnie zgarnęli ją z koncertu Behemotha , tudzież kolczyki wszędzie gdzie się dało, upodabniające ją troche do postaci z horroru "Hellraiser". Odbyliśmy tam dialog dramatyczny treści następującej:
Ja (radośnie i z nadzieją): Dzień dobry, czy mogłaby mi pani pomóc?
Pani (obrzuciwszy mnie obojętnym wzrokiem): Bry. Zobaczymy...
Ja: Szukam książki "Jak Cię zabić, kochanie?"
Pani (nieco się ożywiwszy): Fajny tytuł. Jaka kategoria? Poradnik?
Ja (nieco skonfudowany): Nie. Kryminał.
Pani (tracąc i tak nikłe zainteresowanie): A, kryminał. Pewnie Remigiusza Mroza...
Ja (wzniósłszy oczy ku niebiosom): Mój.
Pani (znów ożywiona, z nadzieją): Pan jest Remigiuszem Mrozem?
Ja (zastanawiając się, czy oby tym razem na kłamstwie nie wyszedłbym lepiej): Nie. Ale bardzo go lubię...
Pani (znów tracąc entuzjazm): A, bo jak ktokolwiek pyta ostatnio o kryminał, to zawsze o niego...
Ja (pouczająco): Ale on naprawdę nie napisał wszystkich kryminałów w naszym kraju.
Pani: No tak... Jest jeszcze Bonda i ta od wsi...
Ja (zastanawiając się, kogo dziewczynka ma na myśli, mówiąc "od wsi", i postanawiając w duchu nie wdawać się w dyskusję o mnogości polskich twórców literatury kryminalnej): A moja książka? Powinna być, a nie ma. Może pani sprawdzić...
Pani (spoglądając na komputer i zaczynając pukać palcem w klawiaturę): Jak cię udusić...
Ja: Zabić!
Pani (puka i puka; w międzyczasie zdążyłem policzyć, że ma w sumie powbijanych w różne częsci głowy 18 kolczyków): System wolno pracuje. Ale tytuł nie brzmi jakoś zbyt kryminalnie. Może leży na romansach?
Ja (zdziwiony): Jak to niekryminalnie?
Pani (nie odrywając wzroku od komputera): No to "kochanie". Jak w melodramacie...
Ja (czując się wdeptany w niezbyt czystą wykładzinę): Ale to jest komedia kryminalna!
Pani (z powątpiewaniem, cedząc słowa): Komedia...? Kryminalna...? To chyba na dziale DVD i blu-ray?
Ja (z rozpaczą): Ale to książka! Sam ją napisałem!
Pani (stanowczo): To na przyszłość niech pan pisze jakoś poważniej!
No cóż, chyba nie mam innego wyjścia.

 

 

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci