Menu

Lost.In.The.Library

ma nowy adres: www.bookfa.se

Wpisy otagowane : jussi-adler-olsen

Q7

bookfa

Selfies

Jussi Adler-Olsen

Albert Bonniers Förlag, 2017, stron 468

To już siódmy tom serii o departamencie Q. Ekipa dalej rezyduje w piwnicach kopenhaskiej policji, a jej dalsza egzystencja stoi pod dużym znakiem zapytania. Z raportów, które docierają do szefostwa, czyli na tzw. trzecie piętro wynika, że departament Q od dawna nie rozwiązał żadnej archiwalnej sprawy. Oczywiście nie jest to prawdą i Karl próbuje wyjaśnić co się stało z raportami, za które odpowiedzialna jest Rose. Niestety jej stan zdrowia znacznie się pogorszył od czasu kiedy poddała się hipnozie, a po ostatniej, dość nieprzyjemnej rozmowie z Karlem po prostu więcej nie pojawiła się w pracy i nikt nie wie co się z nią dzieje.

selfies

Departament Q prowadzi aktualnie sprawę zamordowanej przed laty nauczycielki, niestety śledztwo się ślimaczy. Kiedy w jednym z parków zostaje zamordowana starsza kobieta, jeden z emerytowanych policjantów dostrzega w obu sprawach wiele podobieństw.

W tym samym czasie pracownica socjalna Anne-Line Svendsen wypowiada prywatną wojnę społecznym pasożytom bez żadnych ambicji. Ma na myśli młode kobiety przychodzące do ośrodka pomocy socjalnej tylko w jednym celu, po pieniądze, które wydają potem na modne ciuchy, fryzjera i imprezki. Zamierza je skutecznie wyeliminować ze społeczeństwa.

Któregoś pięknego dnia zamierzała odwiedzić zaułki Vesterbros, żeby zorganizować sobie broń ciężkiego kalibru i kiedy te idiotki, które były u niej dzisiaj w ośrodku, siedziałyby znów w poczekalni zamierzała wyjść na korytarz i zastrzelić je jedną po drugiej, częstując każdą kulką prosto w starannie upudrowane czółko.

Lista przyszłych ofiar jest dość długa, a jedną z nich jest wnuczka zamordowanej kilka dni temu starszej pani, o czym Annelie oczywiście nie ma pojęcia.

Akcja Selfies toczy się w kilku płaszczyznach. Oprócz dalszych losów pracowników departamentu Q, których jest obecnie już czworo, „dobroczynnej” działalności pracownicy socjalnej, śledzimy także losy trzech dziewczyn z jej listy. Autor z  typowym dla siebie humorem i ironią opowiada chwilami wręcz niewiarygodną historię, wprowadza też kolejne wątki, które zdają się nie mieć żadnego znaczenia dla rozwoju akcji. Podsuwa różne tropy i kiedy już, już prawie wiem kto jest mordercą nagle okazuje się, że oczywiście się myliłam.

Doskonała lektura!

 

Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego wydawanie polskiego przekładu serii utknęło na trzecim tomie. Selfie to już siódmy tom i jakimś cudem wszystkie trzymają wysoki poziom, co jako nałogowa czytelniczka wielotomowych serii wiem, że wcale nie jest takie proste.

W jednym z ostatnich wywiadów (dla Deckarhuset) Jussi Adler-Olsen zdradził szczegóły dalszych tomów serii o departamencie Q. Selfies skupia się na Rose i jej przeszłości, następny odkryje kilka tajemnic Assada, kolejny zdradzi sekrety Karla, a ostatni dziesiąty zamknie całość.

kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu (z języka szwedzkiego)

Kobieta w klatce, czyli dwóch facetów bez osobowości

bookfa

Na punkcie książek o Departamencie Q mam bzika. Jussi Adler-Olsen i jego seria o Carlu Morcku jest doskonała. Świetne zagadki kryminalne i jeszcze lepsza ekipa, która je rozwiązuje.

Wreszcie doczekałam się ekranizacji pierwszej z nich, Kobieta w klatce. Kiedy doczytałam się, że Fares Fares będzie filmowym Assadem, byłam pewna, że w filmie oprócz interesującej intrygi kryminalnej znajdzie się miejsce dla specjalnej jednostki do spraw zupełnie beznadziejnych, czyli Departamentu Q i jego pracowników.

Fares Fares to wyjątkowo uzdolniony aktor komediodramatyczny, po prostu stworzony do roli Assada. Oczekiwałam więc czegoś więcej niż tylko mrocznego thrillera, który wciśnie mnie w fotel. 

Pierwszą sprawą, którą zajmuje się Departament Q jest tajemnicze zniknięcie przed pięciu laty znanej polityk, Merete Lynggaard. Niestety film skupił się tylko i wyłącznie na tym wątku powieści, który z resztą też okrojono do granic przyzwoitości. Widz, który nie czytał książki będzie na przykład zachodził w głowę, skąd w zrujnowanym gospodarstwie rolnym wzięła się specjalistyczna komora ciśnieniowa.

Trudno uwierzyć, że autorem scenariusza jest Nikolaj Arcel, nominowany do nagrody BAFTA scenarzysta Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Z Wydziału Q została tylko nazwa na filmowym afiszu i dwóch facetów bez osobowości. Wielka szkoda!

6/10

Bukiet na Dzień kobiet

bookfa

Jest to ułożony starannie bukiet z… mężczyzn. I to jakich!

Wybrałam do niego tych, którzy pojawiali się w moich blogowych wpisach. To pisarze, moim skromnym zdaniem, prawdziwi mistrzowie pióra: Johan Theorin, Jussi Adler-Olsen, Zbigniew Białas, Ian Rankin i Ian Sansom. Warto ich poznać, bo nie są gwiazdy tylko jednej książki. Niektórzy z nich piszą od lat, inni krócej, ale wszyscy są niezwykle utalentowani i mają swój niepowtarzalny styl.

Johan Theorin ma na swoim koncie kilka książek, z których najbardziej znany jest kwartet olandzki. Po przeczytaniu tej serii wyspa Oland stała się dla mnie zupełnie innym miejscem niż wcześniej. Autor ją po prostu zaczarował, częściowo z pomocą swoich powieściowych bohaterów. Trudno jednoznacznie sklasyfikować to co pisze Theorin. Przy każdej kolejnej książce na nowo wybuchała w bibliobusie gorąca dyskusja, czy powinien rezydować na półce z kryminałami, czy też nie.

Jussi Adler-Olsen to niekwestionowany mistrz nietypowego kryminału. Wymyślony przez niego, po kilku wcześniejszych powieściach Departament Q, to strzał w dziesiątkę. Bohaterowie, których powołał do życia w tej serii nie mają swoich odpowiedników nigdzie indziej. Mistrzostwo świata! Do tej pory napisał pięć książek o Departamencie Q i czytając je nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że może to być barrrrdzo długa seria. I bardzo mnie to cieszy! Nie rozumiem jednak dlaczego wydawanie ich po polsku utknęło w martwym punkcie.

Zbigniew Białas to prawie debiutant. Ma na swoim koncie dopiero dwie powieści. Ale jakie! Niewielu jest zdolnych snuć swoją opowieść bez „gwałtownych zwrotów akcji” tak jak on, że trudno się od niej oderwać. Sosnowiec, dość niepozorne miasteczko nabiera zupełnie innego wymiaru i staje się już dzięki tylko tym dwóm powieściom bardziej widoczne na mapie Polski. Jeżeli każdy, kto przeczytał powieści Białasa nabierze takiej samej ochoty jak ja, żeby tam pojechać, to będą tam tłumy oglądające zwłaszcza… kafelki!

Ian Rankin i jego Rebus oraz Edynburg. Fantastyczna seria, która zaczęła powstawać jeszcze w latach 80-tych. I nie zestarzała się ani trochę. Myślę, że fabułę tych powieści do dziś można uznać za nowatorską. Mam też wrażenie, że sporo kreowanych później przez innych pisarzy bohaterów jest wzorowanych (mniej lub wiecej) właśnie na komisarzu Rebusie. Na serię składa się kilkanaście powieści, z których część została także sfilmowana. To zupełnie przyzwoity serial, zwłaszcza od momentu, kiedy w rolę Rebusa wcielił się Ken Stott. Niestety twórcy serialu kompletnie się nie przejęli chronologią, i tak pierwszy tom powieściowy Supełki i krzyżyki, jest ostatnim odcinkiem serialu.

Ian Sansom to północnoirlandzki pisarz, który zadebiutował w 2002 roku. Cztery lata później wydał pierwszy tom z serii Bibliobus. Pewnie bym Sansoma nie odkryła gdyby nie wymyślił Israela Armstronga, bibliobusowego bibliotekarza. Na znajomy mi język przełożono niestety na razie tylko dwa z czterech tomów przygód ofermowatego bibliotekarza. Polecam tę serię wszystkim miłośnikom najwyższej próby angielskiego humoru. W ubiegłym roku autor wydał The Norfolk Mysteries, co najprawdopodobniej jest początkiem nowej fantastycznej serii. W takich momentach żałuję, że znam angielskiego.

 

Śmierć banksterom, chciałoby się krzyknąć

bookfa

Jussi Adler-Olsen

Efekt Marco

Albert Bonniers Forlag, 2013, stron 484

 

Czytało się fantastycznie, bo po prostu świetnie napisana. Biorąc pod uwagę, że to już piąty tom z Carlem Mörckiem i departamentem Q, to nie lada wyczyn. Z praktyki wiem, że nawet najlepsze pomysły nie wytrzymują próby czasu i przy którymś tomie zaczynam kręcić nosem, że pomysły się wyczerpały i nie wiadomo czemu autor ciągnie za uszy ten sam schemat przez kilka kolejnych powieści, narażając czytelnika na śmierć z nudów. Fakt, jest trendy, żeby pisać niekończące się serie, co jest zabiegiem bardzo sprytnym. Niektórzy (czytaj: ja) przywiązują się do bohaterów i  w razie potrzeby wydobędą nawet spod ziemi  wszystkie kolejne tomy serii. Akurat z Carlem Mörckiem mam ten luksus, ze Szwedzi wydają go szybko i na dodatek chronologicznie. Polecam tę metodę polskim wydawcom, bardzo to uprości czytelnikom życie. Rekordem świata jest  według mnie wydawanie po polsku Marininy. Na pierwszy tom i następne chronologicznie trzeba było czekać kilka lat i jeszcze naszukać się w sieci prawidłowej kolejności.

Tym razem jedynym zmartwieniem jest to, że  Jussi Adler-Olsen po prostu pisze trochę za wolno. No ale łatwo mi narzekać jak sama nie piszę. A jak taka na przykład niemoc twórcza dopadnie pisarza, to co? Co ja o tym wiem?

Książki sobie na razie nie kupiłam (czekam na wydanie pocket, które wymaga mniej miejsca na półce), ale jako personel biblioteczny miałam możliwość wypożyczyć go pierwsza, po prostu ustawiłam się w kolejce po tę książkę zanim się ukazała. Za mną jest kilkunastu chętnych, ale na szczęście egzemplarzy jest do wypożyczania kilka.

Dorwałam więc z biciem serca kolejny tom o departamencie Q, jeszcze pachnący farbą drukarską, i przepadłam.  Autor nadąża za przestępczymi trendami świata realnego, więc zaserwował czytelnikom tym razem historię o banksterach, ich machlojach pieniędzmi rządowmi przeznaczonymi na pomoc dla trzeciego świata, oraz oszczędnościami zwykłych ciułaczy przynoszących w zębach do banku każdy z trudem zaoszczędzony grosz. Pierwszy trup pada zaraz na początku książki gdzieś w Afryce, potem akcja przenosi się w czasie i do Danii.

Piętnastoletni Marco, wychowywany od urodzenia przez klan na żebraka i złodzieja podsłuchuje przez przypadek rozmowę swojego tatusia i jego brata, którzy planują jak skutecznie zrobić z niego kalekę. Nie namyślając się wiele postanawia natychmiast uciec i nie ma się czemu dziwić, któż chciałby być kaleką?  Ze sprytem godnym Jamesa Bonda ukrywa się przed hordami poszukujących go członków klanu, a później nawet bandziorów wschodnioeuropejskich i afrykańskich. Powodem tych intensywnych poszukiwań jest pewna tajemnica, którą Marco odkrył zupełnie przypadkowo podczas ucieczki, a która absolutnie nie może ujrzeć światła dziennego.

Tymczasem departament Q zajmuje się kolejną sprawą, szef Carla odchodzi ze służby, a na jego miejsce pojawia się inny, którego Carl nie darzy, ani symapatią, ani zaufaniem. Do departamentu Q dołącza kolejny współpracownik, Gordon, który wydaje się być zafascynowany Rose od pierwszego wejrzenia. Życie osobiste Carla chwieje się w posadach, a na horyzoncie pojawia się ponęntna bibliotekarka. Była żona też nie daje o sobie zapomnieć, teściowa w domu starców czeka na odwiedziny zięcia, a do domu Carla sprowadza się następny lokator. Assad dochodzi powoli do formy, po tym jak został napadnięty, Rose farbuje włosy na fioletowo i upiera się nad zamknięciem jednej sprawy i zajęciem się inną, czyli sprawdzeniem pewnej informacji, którą znalazła na słupie ogłoszeniowym, o zaginięciu kilka lat temu pewnego faceta. Carl oponuje, ale przecież z góry wiadomo, że z Rose nie wygra, więc poleca sprawdzić co i jak. I tym sposobem w kręgu zainteresowania departamentu Q znajdzie się w końcu Marco i banksterzy. Ci ostatni nie wzbudzają sympatii za grosz, myślę, że każdy czytelnik (nie tylko ja) będzie im życzył wszystkiego najgorszego. To dopiero mistrzowskie kreślenie postaci! A do tego te zupełnie niespodziewane zwroty akcji i inne niespodzianki...

Całe szczęście, że nie dowiadujemy się i tym razem zbyt wiele o przeszłości Assada, co pozwala mieć nadzieję, że kolejny tom o departamencie Q, to kwestia kolejnych kilku miesięcy. A swoją drogą kto wpadł na pomysł żeby wydział nazwać departamentem?

9/10

Czwarte spotkanie z mistrzem

bookfa

Jussi Adler-Olsen

Journal 64

Bra Böcker, 2012, stron 415

 

Dukając po duńsku, mozoląc się z angielskim, węszyłam w sieci, co tam słychać u mojego jednego z dwóch, wyjątkowo ulubionych pisarzy. Nie ukrywam, że wytropić czegoś bardzo aktualnego się nie dało. Nawet autorska strona pisarza lekko kuleje. Nie ma tam też żadnych pocieszających wieści, że kolejny tom o Departamencie Q się pisze. Wygląda raczej na to, że autor jest zajęty odbieraniem kolejnych nagród, bo gdzie tylko pojawi się przekład jego powieści, tam zaraz, jak z rękawa, sypią się kolejne nagrody i wyrazy uznania. Ostatnio w Niemczech, Szwajcarii i Japonii. Czyżby z tego powodu brakowało czasu na pisanie?

Doszperałam się za to dwóch kolejnych, wcześniejszych książek autora, oprócz debiutanckiego Alfabetu, napisanego w 1997 roku. W 2003 napisał Og hun takkede guderne, a w 2006 Washington dekretet. Niestety, ani jedna, ani druga nie ukazała się do tej pory w jakimś zrozumiałym mi języku.

Journal 64 to historia oparta częściowo na faktach. Departament Q, czyli znane z trzech wcześniejszych powieści trio: Carl, Assad i Rose zajmują się kolejną starą sprawą. Zaginięciem ponad dwadzieścia lat temu, starszawej burdelmamy nikt się wtedy dostatecznie nie przejął i sprawa została nierozwiązana. Kiedy akta sprawy trafiają w ręce Rose, śledztwo rusza nieoczekiwanie z miejsca. Dociekliwa Rose odkrywa, że w tym samym czasie zaginęło więcej osób. Jednak dopiero karta pacjenta nr 64 pozwoli rozwiązać tę zagadkę. Historia okaże się bardziej skomplikowana niż się na początku wydawało, znajdą się też ludzie gotowi na wszystko, żeby dalej pozostała nierozwiązana.

Jak to zwykle bywa w powieściach Jussiego Adlera-Olsena, teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Tak więc, oprócz śledztwa prowadzonego przez Departament Q, powoli, po kawałeczku, dowiadujemy się co się wtedy stało. Na wyspę Sprogø (widoczna na zdjęciu poniżej), przez wiele lat wysyłano kobiety, które oceniano jako niebezpieczne lub niepożądane w społeczeństwie. Skazane na bezterminową izolację i zapomnienie egzystowały tam w nieludzkich warunkach. Jedną z tych kobiet jest bohaterka powieści, Nete. Udało jej się wydostać z wyspy i zacząć nowe życie. Kiedy dopadły ją demony z przeszłości, to co starała się ukryć i zapomnieć nagle rujnuje jej z trudem ustabilizowane życie. Wymyśliła więc iście diabelski plan definitywnego rozprawienia się z przeszłością, raz na zawsze.

Tylko to wystarczyłoby na interesującą powieść sensacyjną i gdyby autorem nie był Jussi Adler-Olsen, tak by pewnie było. Jednak autor oprócz tego serwuje ciąg dalszy historii strzelaniny, w której Carl został ranny, a także śledztwo z 1978 roku, w sprawie śmierci w niewyjaśnionych okolicznościach, stryja Carla.  Dochodzenie może być wznowione, ponieważ pojawiły się nowe fakty, a w związku z tym dwóch podejrzanych, sam Carl i jego kuzyn Ronny. Do tego wszystkiego porcja perypetii sercowych i rodzinnych Carla oraz kilka kolejnych tajemnic Rose.

Wszystko kończy się efektownym, iście filmowym finałem, a ponieważ nie wiem, czy autor pisze kolejną historię o Departamencie Q, porządnie się bałam, czy czasem nie zamierza uśmiercić głównych bohaterów. Krótko mówiąc, kolejna doskonała powieść Jussiego Adlera-Olsena.

 10/10

Chwilami bałam się czytać dalej

bookfa

Wybawienie

Jussi Adler-Olsen

Bra böcker, 2011, stron 443

 

Wpis jest edytowany po ukazaniu się polskiego przekładu pod tytułem "Wybawienie" (ja przeczytałam w tłumaczeniu na język szwedzki).

Uwielbiam takie niespodzianki. Rzadko jakiemu pisarzowi udaje się pisać coraz lepiej. Zwykle jedna powieść zachwyci a potem czeka się całe wieki na powtórzenie tego sukcesu. Tym razem jest inaczej, każda kolejna powieść autora jest lepsza od poprzedniej. Przeczytałam właśnie trzecią powieść  o Departamencie Q, „Wybawienie”. Autor zaskoczył po raz kolejny. Elementy komiczne i tragiczne powieści składają się na doskonałą całość.  Trzeba się mocno starać, żeby przy czytaniu, od czasu do czasu nie wpaść w panikę. Żadna z jego powieści nie jest podobna do poprzedniej, tak jak to pewnie bywa w policyjnej robocie, że jedno śledztwo nie jest podobne do poprzedniego. Łączy je tylko ekipa prowadząca dochodzenie, w tym przypadku bardzo nietypowe trio: Carl, Assad i Rose.

 

Od poprzedniej opisanej przez autora sprawy minęło kilka miesięcy. Zespół rozwiązał do tej pory jeszcze trzy sprawy, a kolejne dwie umorzył. Niestety, nic bliższego o tych sprawach w tej powieści nie ma, a ja chętnie widziałabym każdą z nich jako odrębną książkę. Życie prywatne Carla trochę bardziej się komplikuje. Z jednej strony wrażliwy na kobiece wdzięki, z drugiej zupełnie bezradny w momentach wymagających zdecydowanej postawy. Nie jest w stanie ogarnąć sytuacji w domu, a w pracy, próba poznania Assada bliżej, kończy się porażką. Assad wydaje się być osobnikiem coraz bardziej tajemniczym. Dużo lepiej udaje się z Rose. Carl i Assad, na skutek pewnego zbiegu okoliczności, odkrywają jej tajemnicę.  Nie mają żadnych wątpliwości, że ten fakt może im tylko skomplikować współpracę... 

„Nie zamierzasz chyba tego ujawnić co, Carl?

Zwariowałeś? Wolałbym wskoczyć do wanny pełnej jadowitych węży. – odpowiedział.”*

Departament Q prowadzi sprawę tajemniczych pożarów, kiedy trafia do nich list w butelce, wyłowiony z morza już kilka lat temu. Z tekstu niewiele zostało, ale jedno słowo widać wyraźnie: POMOCY. Carl nie jest przekonany, że to coś poważnego, ale upór jego współpracowników pozwala odkryć więcej szczegółów, więc śledztwo w końcu rusza z miejsca.

Jak zwykle w powieściach tego autora akcja toczy się dwutorowo. Oprócz dochodzenia, na bieżąco śledzimy poczynania psychopatycznego mordercy, który czuje się zupełnie bezkarny. Tę bezkarność wydaje mu się gwarantować fakt, że kolejnych ofiar wyszukuje w sektach i tak manipuluje otoczeniem, że rodziny ofiar nigdy nie zawiadamiają policji. Swoją działalność uważa za akt zemsty, a przy okazji pewny sposób na zarabianie pieniędzy. Powieści nie brakuje zwrotów akcji, nawet wytrawny znawca schematów kryminalnych historii będzie kilka razy zaskoczony. Jest w tej powieści też sporo o sektach religijnych i chyba własnie ten wątek powieści najbardziej mnie przeraził. Pranie mózgu, „wychowywanie” z biblią w ręku, oraz terroryzowanie członków rodziny poprzez maltretowanie psychiczne i fizyczne, to tylko niektóre z elementów życia codziennego członków sekt, a jak dla mnie i tak zbyt wiele.

Zajrzałam na stronę internetową autora, www.jussiadlerolsen.dk i z przykrością stwierdziłam, że jest jeszcze tylko jedna książka o Departamencie Q, której nie czytałam, „Journal 64” i ani słowa o kolejnej. Oprócz tego mam w planch przeczytanie jego debiutu „Alfabet”, który podobno był średnio udany. Są też jeszcze dwie inne, które zamierzam przeczytać, jeżeli tylko ukażą się w jakimś znajomym mi języku. Do autora można napisać na adres jussi@dbmail.dk i zamierzam to zrobić, ponieważ mam w zwyczaju namawiać ulubionych autorów do pisania nieco szybciej.

10/10

* kursywą fragment powieści w moim tłumaczeniu.

Piwniczny show II

bookfa

Jussi Adler-Olsen

Zabójcy bażantów

słowo/ obraz terytoria, 2011, stron 423

 

Jussi Adler-Olsen to wirtuoz intrygi kryminalnej. Po udanym debiucie zawsze mam pewne opory sięgnąć po następną powieść autora. Ciężko jest napisać coś lepiej, kiedy poprzednie dzieło jest doskonałe. Jussi Adler-Olsen jednak dał radę. Zastosował tę samą metodę narracji co poprzednio czyli łącząc teraźniejszość z przeszłością odkrywał czytelnikom szczegóły sprawy, którą zajął się tym razem Carl z Assanem.

Drugie spotkanie z Departamentem Q czyli „piwniczny show”, jak to w pewnej chwili określił poirytowany szef Carla, nie zawiodło moich oczekiwań. Od zakończenia pierwszej sprawy opisanej w pierwszej powieści, minął mniej więcej miesiąć. Carl wrócił do swojej służbowej piwnicy po urlopie i dowiedział się, że sukces Departamentu Q nie pozostał niezauważony i dlatego otrzymał wsparcie w postaci kolejnego współpracownika. Tym sposobem do męskiego duetu Carl/Assan dołączyła Rose. Ta niedoszła policjantka, zatrudniona na etacie sekretarki, to wyjątkowo barwna indywidualność. Chyba trudno byłoby mi znaleźć podobne trio w literaturze. Jestem nim tak zafascynowana, że chyba nawet sama kryminalna intryga usunęła mi się nieco na dalszy plan. Zwykle mam odwrotnie. Nudzą mnie przewidywalne grupy dochodzeniowe i schematyczne śledztwa.

O Assanie ciągle nie dowiadujemy się zbyt wiele. Zagadkowy facet i tyle. Prywatne życie Rose jest równie tajemnicze. Carl nadal boryka się domowymi problemami, jednocześnie nie mogąc oprzeć się urokowi policyjnej pani psycholog.

Pomysłowości naprawdę autorowi nie brakuje. Kolejna sprawa, którą zajmuje się rezydujący w piwnicy Departament Q, trafia na biurko Carla w dość zagadkowy i jak się później okazuje, nieprzypadkowy sposób. Niewiele brakuje aby po pobieżnym sprawdzeniu trafiła z powrotem do archiwum. Sprawca podwójnej zbrodni, który z resztą sam się do niej przyznał, odsiaduje właśnie wieloletni wyrok. Czytelnik jednak od początku wie to, o czym nie ma pojęcia Carl, że sprawa ma drugie dno. Odetchnęłam wiec z ulgą, kiedy Carl i Assan zaczynają z coraz większym zapałem węszyć w tej sprawie. Kiedy góra próbuje zablokować śledztwo, cała trójka zaczyna w nim grzebać z jeszcze większą determinacją. Gdy pojedyncze puzzle zaczynają pasować do układanki, wiadomo, że żadne kłody rzucane Carlowi i jego wpółpracownikom pod nogi nie powstrzymają Departamentu Q i nie zatrzymają zbliżającej się lawiny, która porwie wszystko, co napotka na swej drodze. Carl nie popuści. Prominentni mordercy i skorumpowani politycy nie są go w stanie ani zastraszyć, ani przestraszyć.

Autor niestety nie oparł się efektownym choć banalnym scenom finałowym, które ewentualnie świetnie zagrają w filmie, bo nie mam żadnych wątpliwości, że ekranizacja powieści to tylko kwestia czasu. Takie cliché trochę mi popsuło efekt całości, ale tylko trochę.

Czekam (niecierpliwie) w bibliotecznej kolejce na trzecią powieść autora i równie niecierpliwie na czwartą, która ma się wkrótce ukazać.

9/10

Departament jedyny w swoim rodzaju

bookfa

Jussi Adler-Olsen

Kobieta w klatce

słowo/obraz terytoria, 2011, stron 411

 

Autor zrobił zawrotną karierę w rekordowo krótkim czasie. Ma obecnie 62 lata i pisze od kilku lat na „na cały etat”. Pierwszą książkę napisał już w 1985 roku ale na sławę przyszło mu trochę poczekać. Dopiero jego powieść kryminalna „Kobieta w klatce” przyniosła mu międzynarodową sławę. I to też nie od razu, bo napisał ją w 2007 roku, a świat o niej usłyszał mniej wiecej rok temu. To za sprawą nagrody Glasnyckeln (Szklany klucz za najlepszą skandynawską powieść kryminalną roku), którą otrzymał w 2010 roku. Po tej powieści co roku pisze kolejny kryminał. Mam wrażenie, że autor się rozkręca, bo w tej chwili czytam kolejny, napisany rok później, który jest według mnie jeszcze lepszy.

„Kobieta w klatce” ma w sobie to tzw. COŚ. Już w pierwszym rozdziale autor wrzuca nas w sam środek dramatu i ten sposób narracji się sprawdza. W prologu dowiadujemy się, że parlamentarzystka Merete Lynggaard została porwana. Początkowo nie wiadomo tylko czy dla okupu czy też może przez jakiegoś, pożal się Boże, pacyfistę, który chce, żeby jego głos stał się słyszalny.

Autor robi zgrabne skoki w czasie, trochę teraźniejszości, trochę przeszłości, co odpowiednio dozuje napięcie. Okazuje się wkrótce, że sprawa porwania nigdy nie została wyjaśniona, a co gorsza, nawet nikt nie zorientował się, że to było porwanie. Aż trudno mi było chwilami uwierzyć, że prowadzono dochodzenie tak byle jak. Zginęła młoda, zdolna pani polityk i jakoś nikt się tym specjanie nie przejął.

Kiedy powstaje Departament Q, ma za główne zadanie być przykrywką dla sporej dotacji finansowej przeznaczonej dla policji a sam najlepiej nic nie kosztować. Składa się on z dwóch pracowników, starego wyjadacza z wydziału zabójstw, Carla, z którym szefostwo nie wiadomo co zrobić, oraz jego arabskiego pomocnika, Assada, który słabo mówi po duńsku a o pracy policji wie tyle co nic. Ten dość nietypowy duet, ulokowany w piwnicznych lokalach kopenhaskiej policji, ma za zadanie przede wszystkim nie przeszkadzać tym, którzy pracują na górze.

Zawaleni aktami spraw, których nie dało się do końca wyjaśnić, na dobrą sprawę nie mają szans na większe sukcesy. Bardziej z przypadku niż z wyboru zajmą się sprawą zaginięcia Merete Lynggaard. Jako czytelnika, bardzo mnie to ucieszyło, bo już od pierwszego rozdziału wiem, że pani polityk żyje. Nie wiem co prawda czy zamiarem autora było żeby czytelnik też prawie od początku wiedział kto jest porywaczem ale akurat ja odkryłam ten fakt w bardzo wczesnej fazie powieści, bo w rozdziale dziewiątym. Gdyby nie kunszt pisarski Jussi Adler-Olsena to na pewno nie czytałabym jej do końca w takim napięciu. Możliwe, że w ogóle rzuciłabym ją w kąt!

Świetne tłumaczenie, choć korektor parę drobnych błędów przegapił, wciągająca intryga, rewelacyjny duet Carl - Assad, nic tylko czytać! Gorąco polecam!

8/10

© Lost.In.The.Library
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci